Butelka poleciała pięknym łukiem i uderzyła w muszę klozetową. Szkło poleciało na wszystkie strony, a przynajmniej tak to sobie Greyback trochę nadpisywała w jakiejś dziecięcej ekscytacji, że oto czynią coś niegodziwego, ale tylko trochę bo przecież ich działania były uzasadnione. W końcu wróg to wróg, a do tego nie robili nic co zagrażałoby czyjemukolwiek zdrowiu, no chyba ze cierpiał na stany przedzawałowe, wtedy widmowa ekipa mogła dokończyć dzieła.
Z rzuconej przez nią butelki podniosła się duchowa mgła, formując powoli w człowieczą sylwetkę, kogoś ze zbolałym wyrazem twarzy i trzymającym się za podbrzusze. Sence nigdy nie było szybko do szydzenia z cudzego nieszczęścia, szczególnie z choroby, ale kiedy duch przysiadł na klozecie, zaszlochał i zaczął biadolić o tym że dopadła go czerwonka i oto dobiegł jego życia kres... - nie mogła nie uśmiechnąć się chociaż trochę. Tak, żałowała nieszczęśnika, ale oto obstalowała odpowiedniego ducha na odpowiednim miejscu. Niech mu kibel lekkim będzie.
Długo się tym widokiem sycić nie mogła i nawet nie chciała, bo wiedziała jak okropne to mogło być widowisko. Szybko więc podjęła się ewakuacji, wracając na salę główną niczym na komendę, kiedy Tarp zarządził głośno odwrót i deportację. Różdżka w ruch, raz dwa i puf, jak przykazał pan szef. Teleportowała się do domu. Do Rejwachu.
- No... nie było tak źle, ale chyba mi trochę w uszach dzwoni od tego ryczenia - podsumowała, biorąc się pod boki i spoglądając to na Tarpa, to na Lewisa z zadowolonym uśmiechem. Tak, mogło pójść o wiele lepiej, ale i tak udało im się chyba zainstalować przynajmniej po jednym duchu. - Jak wam poszło? Ja rozbiłam na kiblu i poszło całkiem cacy.
Blood is rare and sweet as cherry wine