To miejsce zawsze wzbudzało w Prue wyłącznie ciepłe uczucia, miała wrażenie, że czuła się tu bardziej jak w domu, niż w miejscu, w którym się wychowywała, być może przez to, że to tutaj spędziła większość dzieciństwa? Bywała u Ellie naprawdę często, podczas wakacji spędzała tu tygodnie, znała każdy kąt w tym domu, tak właściwie to była przecież u siebie, kobieta nigdy nie próbowała jej tego wyperswadować.
Znalazły się więc na strychu, wiedziała, że było to wyjątkową częścią tego miejsca. Łatwo było tu się zatracić, ignorować rzeczywistość, przepadać w swoich myślach. Całkiem skutecznie oddzielał od reszty świata. Noc powoli okrywała Londyn swoim ciemnym całunem, promienie księżyca ledwie przebijały się przez drzewa, które rosły wokół domu. Babcia nie dbała o wymianę żarówek, nie musiała tego robić, było tu wystarczająco jasno, jak na to, czym miały się zająć.
Nie pomagała jej często podczas oporządzania roślin, to nigdy nie było jej szczególnie bliskie, jasne - znała większość gatunków, ale nie miała w sobie zewu ogrodnika, raczej korzystała po prostu z ich właściwości podczas swojej medycznej kariery, na tym się skupiała, nie na tym, jak je hodować, czy suszyć. Doceniała to, że Ellie nie miała nic przeciwko jej dzisiejszemu zaangażowaniu się w sprawę, miała sporo energii, było całkiem jasne, że chętnie by ją w coś włożyła.
Podeszła do skrzyni, która służyła za tymczasowe miejsce robocze. Słuchała tego, co miała do powiedzenia kobieta, w końcu to ona tutaj dowodziła, Prue miała tylko i wyłącznie wykonywać jej polecenia, zupełnie jej to nie przeszkadzało. Lubiła czasem tak po prostu zatracić się w prostych czynnościach, zająć czymś myśli, właściwie to powodować, aby nie były zbyt głośne. Te wszystkie manualne czynności się do tego przyczyniały.
- Pierwszy krok - oczyszczenie. - Powtórzyła za babcią. Nie wydawało się to być szczególnie trudnym zadaniem, powinna sobie z nim poradzić bez większego problemu, spojrzała na to, w jaki sposób ona zajmowała się szałwią, żeby nic przypadkiem jej nie umknęło. Oczywiście, że jak zawsze, zamierzała się zaangażować się w to w pełni. Przy okazji zsunęła z ramion swój płaszcz, nie był jej już do niczego potrzebny, w domu było ciepło, położyła go na stojącym nieopodal krześle. Jej biała koszula zapewne nie najbardziej nadawała się do podobnych czynności, ale nie wydawało się jej to w ogóle ruszać. Zaoferowała pomoc, to było całkiem proste.
- Tak, widzę. - Potwierdziła jeszcze, że dociera do niej, o czym mówi Ellie. Liście nie mogły być wilgotne, czy nadgryzione, miała wyselekcjonować najlepsze z nich, to nie mogło być trudne.
- Czyli trzeba trafić pomiędzy, nie za luźno, nie za ciasno. - To brzmiało nieco bardziej skomplikowanie, musiała wyczuć odpowiedni moment, ale i z tym powinna sobie poradzić.
Kobieta przesunęła w jej stronę kosz, nie było w nim szałwii, dostrzegła charakterystyczny kolor lawendy, sięgnęła po kilka gałązek i zaczęła im się bardzo uważnie przyglądać. Robiła to, o czym wspomniała wcześniej Ellie, obrywała liście, które były wilgotne, wszystkie te które wydawały się być nieco uszkodzone, w końcu zależało im na precyzji. Jej dłonie bardzo powoli poruszały się po łodygach, nie chciała nic popsuć, jak zawsze, starała się, aby było idealnie. Powtórzyła nawet ten jej ruch - stuknęła nimi o skrzynię, aby się wyrównały, po chwili związała je sznurkiem, tak jak mówiła babcia - nie za ciasno i nie za luźno, miała nadzieję, że dobrze to wyczuła. - Jest w porządku? - Przesunęła swoje dzieło w jej kierunku, aby mogła zweryfikować jej pracę.
Sukces!
- Nie mogłyśmy trafić na lepszy moment, moje serce dzisiaj jest wyjątkowo spokojne. - Przeniosła wzrok na twarz kobiety i posłała jej ciepły uśmiech, nie wydawało jej się, że musiała o tym wspominać, Ellie widziała więcej, na pewno doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Dawno nie widziała jej w takiej dobrej formie.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control