10.03.2026, 23:29 ✶
Było w Astorii Avery coś niesamowicie irytującego i Miles nie była do końca pewna, czy nie chodziło po prostu o to, że dziewczyna była czyściuszkową wydmuszką podcierającą się złotem.
Wydana komenda jeżyła Moody włosy na karku, bo nie po to wyszła z roboty, żeby wrócić do roboty i dawać się upodlić uprzywilejowanej kaście pierdolonych dyletantów, którzy nigdy nie musieli sobie usmażyć jajecznicy, bo mieli od tego ludzi.
Było w Astorii Avery coś niesamowicie przyciągającego i Milles najprawdopodobniej musiała to w końcu przyznać, że ten chłód, to opanowanie, te powściągliwe ruchy ignorujące jej rozedrgany chaos, stanowiły przeciwwagę, kontrast zbyt jaskrawy aby go zignorować i przejść obok obojętnie. Była pilnikiem na jej zęby i jakkolwiek Moody nienawidziła tego w sobie, zbyt łatwo przychodziło jej samej okazać słabość wspomnianą fascynacją.
Panna Avery była też po prostu piękna, choć osobiście Moody preferowała - podobnie jak brat z resztą - blondynki. Czasem jednak warto było zaangażować inne zmysły w poznawanie drugiego człowieka. Na przykład smak.
Idealnie pasowało do tematyki jabłka.
Jakkolwiek dzika fantazja, która popłynęła w głowie na temat pani prowadzącej kurs była głównym powodem zamknięcia przez krnąbrną kursantkę paszczy, tak było to na tyle skuteczne że drobna brunetka nie tylko nic nie mówiła, ale też obserwowała i dla odmiany spróbowała się skupić.
- Dobrze, to jak odpowiednia do drożdży i wody… - mimowolnie podzieliła się zbyt jawnie swoją bimbrowniczą karierą. Odebrała pędzel, ale nie patrzyła na płótno, ani na otrzymane narzędzie. Wręcz przeciwnie, skupiła się na niewielkiej ilości farby, która czekała obecnie na użycie. I zamiast malować, wzięła szpachelkę i ponownie, ale z większą ostrożnością zaczęła mieszać swoje farby, tym razem zgodnie z intrukcją. Tym razem była do bólu precyzyjna, jakby Avery zainfekowała ją na tą krótką chwilę swoim profesjonalizmem. Ostatecznie… Miles chciała się nauczyć. Operowanie węglem przychodziło jej naturalnie, nawet jeśli wiele, wiele szkiców w procesie stawało się czarnymi koszmarnymi kręgami pożerającymi wszelkie światło. Farby… Te pozostawały tajemnicą.
- Czy to prawda, że do każdego koloru potrzeba tylko trzech barw podstawowych i bieli? Że nie musiałabym kupować wszystkich mieszanek tęczy tylko sama je robić według własnych potrzeb? - zapytała metodycznie mieszając swój własny kolor na palecie. Efekt był zaskakująco dobry jak na kogoś, kto prawie przed chwilą przebił płótno własną frustracją.
Wydana komenda jeżyła Moody włosy na karku, bo nie po to wyszła z roboty, żeby wrócić do roboty i dawać się upodlić uprzywilejowanej kaście pierdolonych dyletantów, którzy nigdy nie musieli sobie usmażyć jajecznicy, bo mieli od tego ludzi.
Było w Astorii Avery coś niesamowicie przyciągającego i Milles najprawdopodobniej musiała to w końcu przyznać, że ten chłód, to opanowanie, te powściągliwe ruchy ignorujące jej rozedrgany chaos, stanowiły przeciwwagę, kontrast zbyt jaskrawy aby go zignorować i przejść obok obojętnie. Była pilnikiem na jej zęby i jakkolwiek Moody nienawidziła tego w sobie, zbyt łatwo przychodziło jej samej okazać słabość wspomnianą fascynacją.
Panna Avery była też po prostu piękna, choć osobiście Moody preferowała - podobnie jak brat z resztą - blondynki. Czasem jednak warto było zaangażować inne zmysły w poznawanie drugiego człowieka. Na przykład smak.
Idealnie pasowało do tematyki jabłka.
Jakkolwiek dzika fantazja, która popłynęła w głowie na temat pani prowadzącej kurs była głównym powodem zamknięcia przez krnąbrną kursantkę paszczy, tak było to na tyle skuteczne że drobna brunetka nie tylko nic nie mówiła, ale też obserwowała i dla odmiany spróbowała się skupić.
- Dobrze, to jak odpowiednia do drożdży i wody… - mimowolnie podzieliła się zbyt jawnie swoją bimbrowniczą karierą. Odebrała pędzel, ale nie patrzyła na płótno, ani na otrzymane narzędzie. Wręcz przeciwnie, skupiła się na niewielkiej ilości farby, która czekała obecnie na użycie. I zamiast malować, wzięła szpachelkę i ponownie, ale z większą ostrożnością zaczęła mieszać swoje farby, tym razem zgodnie z intrukcją. Tym razem była do bólu precyzyjna, jakby Avery zainfekowała ją na tą krótką chwilę swoim profesjonalizmem. Ostatecznie… Miles chciała się nauczyć. Operowanie węglem przychodziło jej naturalnie, nawet jeśli wiele, wiele szkiców w procesie stawało się czarnymi koszmarnymi kręgami pożerającymi wszelkie światło. Farby… Te pozostawały tajemnicą.
- Czy to prawda, że do każdego koloru potrzeba tylko trzech barw podstawowych i bieli? Że nie musiałabym kupować wszystkich mieszanek tęczy tylko sama je robić według własnych potrzeb? - zapytała metodycznie mieszając swój własny kolor na palecie. Efekt był zaskakująco dobry jak na kogoś, kto prawie przed chwilą przebił płótno własną frustracją.