11.03.2026, 11:19 ✶
Znał Victorię od lat, ale nie były to znajomość aż tak bliska, aby od razu wyłapał nową niepewność, która utkwiła gdzieś pod jej skórą. Pytanie z listu odebrał raczej jako grzecznościowe, na razie nie łącząc go jeszcze z niczym głębszym: może nie przyszło mu na razie do blond głowy, że mogłaby naprawdę uznać, że się nudził. Rzadko robił w końcu rzeczy, na które nie miał ochoty, a sam zaproponował, aby gdzieś się wybrali po balu u Lestrangów.
– Z radością. To musi być bardzo ważna paczka, skoro zmęczony dostawca może liczyć na herbatę – odparł bez większego krygowania, że nie, skąd, nie trzeba i nie rób kłopotu sobie, znaczy się skrzatowi. W końcu oboje doskonale wiedzieli, że to nie tak, że Dom Mody Rosierów nagle stracił wszystkich pracowników i nie było ich stać na kolejnych. Może i interesy ucierpiały przy okazji Spalonej Nocy, ale przecież nie aż tak.
Odstawił paczkę ostrożnie pod jedną ze ścian, zanim wszedł w głąb domu, rozglądając się. Był tu w końcu wcześniej zaledwie przez chwilę, kiedy odbierał Wiktorię ze świstoklikiem do Wenecji, nie miał więc okazji przekonać się, jakie miejsce wybrała. A chociaż zwykle zwracał uwagę przede wszystkim na ubrania, i uważał, że te sporo mogły powiedzieć o człowieku – zwłaszcza jeśli zobaczyłeś w co był ubrany przy więcej niż jednej okazji – to dom, który mogłeś zagospodarować sam, też bardzo dużo pokazywał.
– Błękitny Kwiatuszek – powtórzył, z odrobiną rozbawienia, spoglądając znów na niebieskiego kota. Nie powiedział, że chyba imię dała mu jakaś siedmiolatka, na wypadek, gdyby Victoria je wybrała. – Koty i kwiaty, właściwie do ciebie pasuje – ocenił, chociaż jeśli szło o kolory, to akurat błękit wydawał mu się dla kogoś z urodą Victorii trochę za blady, przynajmniej do innych okazji niż „koszula noszona na co dzień”. – Zapewniam, że moja pracownia przed sezonem wygląda znacznie gorzej. Zwłaszcza że nie pozwalam jej wtedy sprzątać skrzatowi, żeby przypadkiem czegoś nie przestawił albo nie wyrzucił – oświadczył, wręczając jej jajo bez protestów.
Bo to było jajko, nie było wątpliwości, Victoria wiedziała o przyrodzie więcej niż on, mogła więc nawet skojarzyć, w jaki sposób je wykluć. Z daleka może i dałoby się je pomylić z szyszką, ale gdy wzięła je do ręki, powierzchnia okazywała się zupełnie inna, a kształt i rozmiar był bardzo podobny do tego, które ostatnio sama znalazła w okolicy… chociaż to bez wątpienia należało do innego gatunku ptaka.
– Primrose jest w domu czy w pracy? – dodał, bo może i wypadałoby przywitać i ją, jeśli akurat tutaj przebywała.
Akwaria przyciągnęły jego wzrok dość skutecznie, i może nawet by podszedł, ot z czystej ciekawości, gdyby kot nie postanowił… cóż, być kotem. W jednej chwili w ręku Christophera znów znalazło się jajko, w drugiej po prostu stał, tak trochę niepewny, czy powinien się wtrącać: na całe szczęście kocie nieszczęście zostało powstrzymane przed zasianiem zniszczenia przez Lestrange. A Christopher ostatecznie postanowił ruszyć do okna, żeby wpuścić stukającą dziobem w szybę sowę – dość odruchowo, bo ptak zdawał się bardzo uparty, a Victoria zajęta.
Ptak wpadł do środka i upuścił list na stolik, z którego chwilę temu omal nie zrzucono akwarium.
– Z radością. To musi być bardzo ważna paczka, skoro zmęczony dostawca może liczyć na herbatę – odparł bez większego krygowania, że nie, skąd, nie trzeba i nie rób kłopotu sobie, znaczy się skrzatowi. W końcu oboje doskonale wiedzieli, że to nie tak, że Dom Mody Rosierów nagle stracił wszystkich pracowników i nie było ich stać na kolejnych. Może i interesy ucierpiały przy okazji Spalonej Nocy, ale przecież nie aż tak.
Odstawił paczkę ostrożnie pod jedną ze ścian, zanim wszedł w głąb domu, rozglądając się. Był tu w końcu wcześniej zaledwie przez chwilę, kiedy odbierał Wiktorię ze świstoklikiem do Wenecji, nie miał więc okazji przekonać się, jakie miejsce wybrała. A chociaż zwykle zwracał uwagę przede wszystkim na ubrania, i uważał, że te sporo mogły powiedzieć o człowieku – zwłaszcza jeśli zobaczyłeś w co był ubrany przy więcej niż jednej okazji – to dom, który mogłeś zagospodarować sam, też bardzo dużo pokazywał.
– Błękitny Kwiatuszek – powtórzył, z odrobiną rozbawienia, spoglądając znów na niebieskiego kota. Nie powiedział, że chyba imię dała mu jakaś siedmiolatka, na wypadek, gdyby Victoria je wybrała. – Koty i kwiaty, właściwie do ciebie pasuje – ocenił, chociaż jeśli szło o kolory, to akurat błękit wydawał mu się dla kogoś z urodą Victorii trochę za blady, przynajmniej do innych okazji niż „koszula noszona na co dzień”. – Zapewniam, że moja pracownia przed sezonem wygląda znacznie gorzej. Zwłaszcza że nie pozwalam jej wtedy sprzątać skrzatowi, żeby przypadkiem czegoś nie przestawił albo nie wyrzucił – oświadczył, wręczając jej jajo bez protestów.
Bo to było jajko, nie było wątpliwości, Victoria wiedziała o przyrodzie więcej niż on, mogła więc nawet skojarzyć, w jaki sposób je wykluć. Z daleka może i dałoby się je pomylić z szyszką, ale gdy wzięła je do ręki, powierzchnia okazywała się zupełnie inna, a kształt i rozmiar był bardzo podobny do tego, które ostatnio sama znalazła w okolicy… chociaż to bez wątpienia należało do innego gatunku ptaka.
– Primrose jest w domu czy w pracy? – dodał, bo może i wypadałoby przywitać i ją, jeśli akurat tutaj przebywała.
Akwaria przyciągnęły jego wzrok dość skutecznie, i może nawet by podszedł, ot z czystej ciekawości, gdyby kot nie postanowił… cóż, być kotem. W jednej chwili w ręku Christophera znów znalazło się jajko, w drugiej po prostu stał, tak trochę niepewny, czy powinien się wtrącać: na całe szczęście kocie nieszczęście zostało powstrzymane przed zasianiem zniszczenia przez Lestrange. A Christopher ostatecznie postanowił ruszyć do okna, żeby wpuścić stukającą dziobem w szybę sowę – dość odruchowo, bo ptak zdawał się bardzo uparty, a Victoria zajęta.
Ptak wpadł do środka i upuścił list na stolik, z którego chwilę temu omal nie zrzucono akwarium.