11.03.2026, 12:35 ✶
Poznać, poznać… co to znaczyło kogoś poznać?
Zielony Duch nie wpisywał się w typ jego posiłków, które zwykły oscylować wokół wysokich brunetów o szarmanckim uśmiechu. Była o wiele dziksza, w zieleni, w oderwaniu od spraw tego świata na rzecz ducha kotłującego się pod warstwą darni. Przyjemnym był fakt, że nie wzdrygała się przed jego chłodem, nie miała lęku, ochoczo nadstawiając krew, swoje życie, swoją banalnie prostą do złamania łodyżkę.
- Niektórzy wolą musujący strach, ale czyż jest coś piękniejszego niż la petit mort na języku? Coś słodszego niż drżenie zamknięte w uścisku? - Pocałunek miał być jeden, będący bardziej droczeniem się z oczekiwaniami nieznajomej, aniżeli rzeczywistym zaproszeniem. W swej naturze jednak był istotą poddającą się łatwo impulsom, podążającym za zielonym ognikiem satysfakcji, która przy odrobinie wysiłku mogła być satysfakcją obopólną. Dłoń mimowolnie podążyła w dół do uda, głądząc wrażliwą skórę, jak mógłby głaskać ją wiatr. Jeden pocałunek stał się ciągiem uwielbienia, nie różniącym się bardziej od kulinarnych starań, niezbędnych preparacji służących pogłębieniu bukietu, finalnego dania.
Przed laty preferował chów klatkowy, jako stały dostęp do posiłku, który nie musiał nieść smakowych walorów, nią rzecz podejmowania prób ukojenia jego niezaspokojenia pragnienia. Teraz preferował o wiele bardziej wolny wybieg, podobnie jak degustatorzy wołowiny zauważając, jak bardzo okoliczności życia człowieka wpływają później tak na jego wrażenia smakowe jak i sytość posiłku.
Zapodziani wśród krzewów, nie mieli wiele czasu, ale wystarczająco wiele, by mogli potraktować to jako przystawkę, zachęcającą do podtrzymania tej nici. Zdecydowanie nie chciał ścinać tego kwiatu, zafascynowany pięknem, które nie musiało uchodzić z piersi zbyt szybko. Piersi, która o wiele piękniej wyglądałaby ozdobiona barwnym kwieciem niż prostotą białego sukna.
Zielony Duch nie wpisywał się w typ jego posiłków, które zwykły oscylować wokół wysokich brunetów o szarmanckim uśmiechu. Była o wiele dziksza, w zieleni, w oderwaniu od spraw tego świata na rzecz ducha kotłującego się pod warstwą darni. Przyjemnym był fakt, że nie wzdrygała się przed jego chłodem, nie miała lęku, ochoczo nadstawiając krew, swoje życie, swoją banalnie prostą do złamania łodyżkę.
- Niektórzy wolą musujący strach, ale czyż jest coś piękniejszego niż la petit mort na języku? Coś słodszego niż drżenie zamknięte w uścisku? - Pocałunek miał być jeden, będący bardziej droczeniem się z oczekiwaniami nieznajomej, aniżeli rzeczywistym zaproszeniem. W swej naturze jednak był istotą poddającą się łatwo impulsom, podążającym za zielonym ognikiem satysfakcji, która przy odrobinie wysiłku mogła być satysfakcją obopólną. Dłoń mimowolnie podążyła w dół do uda, głądząc wrażliwą skórę, jak mógłby głaskać ją wiatr. Jeden pocałunek stał się ciągiem uwielbienia, nie różniącym się bardziej od kulinarnych starań, niezbędnych preparacji służących pogłębieniu bukietu, finalnego dania.
Przed laty preferował chów klatkowy, jako stały dostęp do posiłku, który nie musiał nieść smakowych walorów, nią rzecz podejmowania prób ukojenia jego niezaspokojenia pragnienia. Teraz preferował o wiele bardziej wolny wybieg, podobnie jak degustatorzy wołowiny zauważając, jak bardzo okoliczności życia człowieka wpływają później tak na jego wrażenia smakowe jak i sytość posiłku.
Zapodziani wśród krzewów, nie mieli wiele czasu, ale wystarczająco wiele, by mogli potraktować to jako przystawkę, zachęcającą do podtrzymania tej nici. Zdecydowanie nie chciał ścinać tego kwiatu, zafascynowany pięknem, które nie musiało uchodzić z piersi zbyt szybko. Piersi, która o wiele piękniej wyglądałaby ozdobiona barwnym kwieciem niż prostotą białego sukna.
Koniec sesji