11.03.2026, 12:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.03.2026, 12:42 przez Brenna Longbottom.)
Brenna zesztywniała trochę, gdy Millie nadeszła od Stawu – nie zwróciła uwagi, że ktoś zbliżył się z labiryntu i jeszcze, do licha, miał okazję widzieć, jak absolutnie jej odbiło. Wepchnęła różdżkę do kieszeni, głębiej niż zazwyczaj, choć przez moment miała ochotę tę po prostu wyrzucić.
Trzy razy w jeden dzień.
Przejdzie, obiecała sobie, bo była u specjalistki, ba, była u doskonałej specjalistki, tylko Philippa uprzedzała, że jeszcze chwilę może źle się czuć, i cóż… można było uznać, że było już lepiej, bo nie wpadła w panikę na widok tego ognia, prawda? Już działało?
Powinna się cieszyć, że nie podpaliła dzisiaj w pracy pudła z dowodami, które przenosiła do Bulstroda. Albo jego samego. To dopiero by było gorące powitanie.
– Ta rzeźba bardzo mnie wkurzała. Trzeba je stąd wreszcie powynosić i usunąć te pospalane fragmenty żywopłotu – oświadczyła, bardzo się starając, żeby głos jej nie drżał. Czy zresztą nie miała racji? Pożar sprawił, że ta część ogrodu wyglądała okropnie i o ile taką fontannę może dało się uratować, to parę rzeźb nadawało się już tylko do wywalenia. Zwróciła spojrzenie na Millie i zmusiła się do uśmiechu. – Potrzebujemy raczej komunikacji. Ja i Heath nauczyłyśmy się fal, mam też komplet lusterek i drugie dostała Dora, wczoraj okazało się, że Erik dostał takie z Lammas… Mam zamiar spróbować zdobyć jeszcze jakiś komplet, byłoby pewnie dobrze, żebym miała kontakt z Jonathanem.
Komunikacja bywała kluczowa, o czym na pewno mogli zaświadczyć choćby dowódcy z takiej II wojny światowej. Może i tutaj działali na zupełnie inną skalę, ale niewiele się zmieniało. A śmierciożercy (choć Bren akurat nie wiedziała tego dokładnie, bo na szczęście albo nieszczęście nie miała okazji studiować mrocznych znaków) byli tu krok przed nimi, mogąc się wzywać bez trudu w określone miejsca.
– Myślałam też o… o obrazie? Namalowaniu kogoś, kto by nam sprzyjał. Dwa bliźniacze portrety, jeden mógłby być w Stawie, drugi w innym miejscu, aby mieć stałą łączność między dwoma punktami. Chciałabyś spróbować taki namalować?
Nie zgubiła uśmiechu. Jak się z tym czuła? To było jedno z tych pytań, na które odpowiedź brzmiała: to trochę skomplikowane…
– Na razie po prostu postaram się skupić na pomocy ludziom po Spalonej i na tym, żebyśmy mogli sprawniej się organizować, gdyby Voldemort znowu postanowił nam spuścić na głowy deszcze ognia. I nie. Żadnej czekoladowej żaby, niestety.
Trzy razy w jeden dzień.
Przejdzie, obiecała sobie, bo była u specjalistki, ba, była u doskonałej specjalistki, tylko Philippa uprzedzała, że jeszcze chwilę może źle się czuć, i cóż… można było uznać, że było już lepiej, bo nie wpadła w panikę na widok tego ognia, prawda? Już działało?
Powinna się cieszyć, że nie podpaliła dzisiaj w pracy pudła z dowodami, które przenosiła do Bulstroda. Albo jego samego. To dopiero by było gorące powitanie.
– Ta rzeźba bardzo mnie wkurzała. Trzeba je stąd wreszcie powynosić i usunąć te pospalane fragmenty żywopłotu – oświadczyła, bardzo się starając, żeby głos jej nie drżał. Czy zresztą nie miała racji? Pożar sprawił, że ta część ogrodu wyglądała okropnie i o ile taką fontannę może dało się uratować, to parę rzeźb nadawało się już tylko do wywalenia. Zwróciła spojrzenie na Millie i zmusiła się do uśmiechu. – Potrzebujemy raczej komunikacji. Ja i Heath nauczyłyśmy się fal, mam też komplet lusterek i drugie dostała Dora, wczoraj okazało się, że Erik dostał takie z Lammas… Mam zamiar spróbować zdobyć jeszcze jakiś komplet, byłoby pewnie dobrze, żebym miała kontakt z Jonathanem.
Komunikacja bywała kluczowa, o czym na pewno mogli zaświadczyć choćby dowódcy z takiej II wojny światowej. Może i tutaj działali na zupełnie inną skalę, ale niewiele się zmieniało. A śmierciożercy (choć Bren akurat nie wiedziała tego dokładnie, bo na szczęście albo nieszczęście nie miała okazji studiować mrocznych znaków) byli tu krok przed nimi, mogąc się wzywać bez trudu w określone miejsca.
– Myślałam też o… o obrazie? Namalowaniu kogoś, kto by nam sprzyjał. Dwa bliźniacze portrety, jeden mógłby być w Stawie, drugi w innym miejscu, aby mieć stałą łączność między dwoma punktami. Chciałabyś spróbować taki namalować?
Nie zgubiła uśmiechu. Jak się z tym czuła? To było jedno z tych pytań, na które odpowiedź brzmiała: to trochę skomplikowane…
– Na razie po prostu postaram się skupić na pomocy ludziom po Spalonej i na tym, żebyśmy mogli sprawniej się organizować, gdyby Voldemort znowu postanowił nam spuścić na głowy deszcze ognia. I nie. Żadnej czekoladowej żaby, niestety.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.