11.03.2026, 23:24 ✶
Czas rozmył się na moment. Dla Gabriela nic już w tym domu nie było interesujące. Dlaczego miałoby być? Polowanie skończone, ofiara złapana, cała reszta była mało istotnym dopiskiem na ostatnich stronach.
Bla bla bla sprawca ujawniony, bla bla bla rozmawianie z głową rodziny, tłumaczenie sytuacji, polecenie jednego czy dwóch egzorcystów do ducha zaklętego w tiarze. Bla bla bla… Całe tło rozmazywało się wobec jaśniejącego oblicza Lucy, która co jakiś czas posyłała mu gniewne spojrzenia i mruczała coś o właściwym zachowaniu i patrzeniu się w inny sposób.
A niby w jaki sposób on patrzył, tego nie doprecyzowała, Gabriel też za bardzo nie wnikał we własną mimikę, patrząc po prostu na swoją szefową. Tylko, że wcale nie… Czuł jak unoszą się mu policzki, czuł jak łuk warg wygina się w rozmarzonym uśmiechu, gdy myśli uciekały mu do prawdziwego epilogu gdzieś na wieży w opactwie. Najchętniej zabrałby ze sobą tego JJ-a w ramach zapłaty, młoda krew odpowiednia przeładowana adrenaliną, mogłaby smakować Lucy, choć jeszcze za krótko mieszkali ze sobą, aby w pełni odkrył jej żywieniowe preferencje.
Może wolałaby kobietę?
Były takie momenty, łapał się na tym, że żałował, że nie może jej podsunąć własnego nadgarstka. Byłoby to przecież absolutnie normalna wymiana dla ich rodzaju, normalniejsza niż to co kłębiło się w jego głowie, gdy tylko zawisił na niej wzrok dłużej niż pół sekundy, a ostatnio zawieszał go o wiele częściej i o wiele dłużej.
Formalności zostały dopełnione, zapłata, dokumenta, ulotki srotki, w końcu byli w opactwie, a Gabriel od razu po przetelportowaniu się stęknął ciężko i donośnie w miejscu w którym się znaleźli.
– No w końcu! Myślałem, że będziemy tam tysiąc lat, ile można gadać, jacy Ci śmiertelni są absolutnie nieznośni, nie sądzisz? - już miał odejść pochłonięty sobą i swoimi rozrywkami, szybko jednak ogarnął, że jego główną rozrywką w przestronnym budynku było drażnienie się z Lucy. Szybko więc zawrócił ku niej, jak satelita ściągany na właściwe kosmiczne tory.
– Czy to znaczy, że dziś świętujemy? Może pójdziemy na wieżę napić się razem i popodziwiać widoki? Całkiem ładne są tu widoki. – I znów rozmarzył się, znów uśmiechnął rozespanym zachwytem czekając jej decyzji, gotów walczyć zajadle jeśli odmówi. Noc był młoda, rozkosznie młoda, a wiatr niósł przyjemną woń deszczu… cóż jeszcze im było potrzebne, aby sięgnąć doskonałości?
Bla bla bla sprawca ujawniony, bla bla bla rozmawianie z głową rodziny, tłumaczenie sytuacji, polecenie jednego czy dwóch egzorcystów do ducha zaklętego w tiarze. Bla bla bla… Całe tło rozmazywało się wobec jaśniejącego oblicza Lucy, która co jakiś czas posyłała mu gniewne spojrzenia i mruczała coś o właściwym zachowaniu i patrzeniu się w inny sposób.
A niby w jaki sposób on patrzył, tego nie doprecyzowała, Gabriel też za bardzo nie wnikał we własną mimikę, patrząc po prostu na swoją szefową. Tylko, że wcale nie… Czuł jak unoszą się mu policzki, czuł jak łuk warg wygina się w rozmarzonym uśmiechu, gdy myśli uciekały mu do prawdziwego epilogu gdzieś na wieży w opactwie. Najchętniej zabrałby ze sobą tego JJ-a w ramach zapłaty, młoda krew odpowiednia przeładowana adrenaliną, mogłaby smakować Lucy, choć jeszcze za krótko mieszkali ze sobą, aby w pełni odkrył jej żywieniowe preferencje.
Może wolałaby kobietę?
Były takie momenty, łapał się na tym, że żałował, że nie może jej podsunąć własnego nadgarstka. Byłoby to przecież absolutnie normalna wymiana dla ich rodzaju, normalniejsza niż to co kłębiło się w jego głowie, gdy tylko zawisił na niej wzrok dłużej niż pół sekundy, a ostatnio zawieszał go o wiele częściej i o wiele dłużej.
Formalności zostały dopełnione, zapłata, dokumenta, ulotki srotki, w końcu byli w opactwie, a Gabriel od razu po przetelportowaniu się stęknął ciężko i donośnie w miejscu w którym się znaleźli.
– No w końcu! Myślałem, że będziemy tam tysiąc lat, ile można gadać, jacy Ci śmiertelni są absolutnie nieznośni, nie sądzisz? - już miał odejść pochłonięty sobą i swoimi rozrywkami, szybko jednak ogarnął, że jego główną rozrywką w przestronnym budynku było drażnienie się z Lucy. Szybko więc zawrócił ku niej, jak satelita ściągany na właściwe kosmiczne tory.
– Czy to znaczy, że dziś świętujemy? Może pójdziemy na wieżę napić się razem i popodziwiać widoki? Całkiem ładne są tu widoki. – I znów rozmarzył się, znów uśmiechnął rozespanym zachwytem czekając jej decyzji, gotów walczyć zajadle jeśli odmówi. Noc był młoda, rozkosznie młoda, a wiatr niósł przyjemną woń deszczu… cóż jeszcze im było potrzebne, aby sięgnąć doskonałości?