12.03.2026, 11:18 ✶
Pod pewnymi względami mieli bardzo różne doświadczenia. Jeśli szło o Christophera, to jego życie można było uznać za po prostu dość proste. Rodzice nie stawiali mu ponadprzeciętnych wymagań, to czego od niego chcieli i tak robić chciał sam, nie stracił wielu bliskich ludzi, nie znęcano się nad nim. Był i trochę młodszy, różnica niewielka, ale to ona zdecydowała, że rodzice dopiero zaczynali o pewnych sprawach przebąkiwać, i miał dotąd sporo swobodny. Miał za sobą jakieś przelotnie oczarowania i może jedno czy dwa miłosne rozczarowania, był w jego historii związek z Cressidą, który uważał obecnie za sen wariata, ale żadnych serc połamanych na kawałki, wielkich miłości i dramatów. Ustępował tu zresztą nawet większości swoich kolegów, co pewnie skwitowałby typowym dla kogoś, kto bywał primadonną komentarzem, że po co tracić czas na kiepskie wino, słabe książki i przeciętne kobiety. I o ile mógł się domyślać, że rodzina Lestrange trzymała Victorię mocnymi szponami – bogowie, inaczej nie zaręczyłaby się z jego kuzynem, widać było od początku, że nadciąga tu katastrofa – o tyle to co działo się między nią a Saurielem i jak na nią wpłynęło pozostawało dla niego tajemnicą.
– Czy Kwiatuszka można za to obwiniać? – skwitował te słowa o wzajemnej miłości od pierwszego wejrzenia, wciąż w tym samym tonie tego lekkiego flirtu, a jego wzrok na moment zatrzymał się na kocie, który otarł się mu o nogę. Nie żeby Chris miał przyznać, że zależało mu na jakichś kocich względach, ale i tak przyjął to z pewnym ukontentowaniem, bo pewnie gdyby został absolutnie zignorowany, czułby się tym trochę oburzony. Przeszła mu chyba też przez głowę myśl, że z tej dwójki woli Błękitnego Kwiatuszka, który był spokojniejszy, niezwykły przez to niebieskie futerko i sądząc po tym, jak usadowił się na oparciu, to też lubił otrzymywać względu. Bo czarna Luna zdawała się małym, chodzącym chaosem.
– Zasugerowałbym zamknięcie tych akwariów w jakimś pomieszczeniu, ale pewnie wtedy koty tylko czekałaby na okazję, żeby się tam dostać? – spytał, bo może i nie miał kota, ale wystarczyło te parę przelotnych spotkań w Pokoju Wspólnym, aby nauczyć się, że jeśli tylko kot nie był zaniedbanym i maltretowanym biedakiem, to charakteryzował się pewną niezależnością i przekorom. A te dwa zdecydowanie zaniedbane nie były.
Usiadł w fotelu, a gdy przyniesiono mu filiżanki, przypatrywał się swojej przez moment, ot w pewnego rodzaju odruchu: kształt, materiał, wzór, drobny przedmiot, ale mogący świadczyć o guście i upodobaniach. Popijając zerkał jednak na Victorię, czytającą list: wyglądało na to, że wiadomości nie były miłe, i szybko się okazało, że nie mylił się z tą oceną.
Odstawił filiżankę i pokręcił głową, z jakąś rezygnacją.
– Słyszałem, że sporo osób przeszukiwało ruiny za takimi znaleziskami, a po Londynie nawet grasowała parę dni cała banda… Włamywali się do miejsc, które częściowo ocalały, okradali ludzi, a nawet napadli jedną czy dwie osoby. – Śmiecie. Śmiecie po każdej stronie, bo śmierciożercy podpalili Londyn, ale raczej nie bawili się w napadanie później sąsiadki, lat siedemdziesiąt, żeby ukraść jej srebra, bo wszyscy sąsiedzi wynieśli się na wieś. Włamali się i do kamienicy, w której wcześniej mieszkał, ale na szczęście nie do jego apartamentu, wciąż pokrytego sadzą. – Chociaż nie spodziewałbym się, że ktoś robi to po takim czasie. Chcesz to sprawdzić?
– Czy Kwiatuszka można za to obwiniać? – skwitował te słowa o wzajemnej miłości od pierwszego wejrzenia, wciąż w tym samym tonie tego lekkiego flirtu, a jego wzrok na moment zatrzymał się na kocie, który otarł się mu o nogę. Nie żeby Chris miał przyznać, że zależało mu na jakichś kocich względach, ale i tak przyjął to z pewnym ukontentowaniem, bo pewnie gdyby został absolutnie zignorowany, czułby się tym trochę oburzony. Przeszła mu chyba też przez głowę myśl, że z tej dwójki woli Błękitnego Kwiatuszka, który był spokojniejszy, niezwykły przez to niebieskie futerko i sądząc po tym, jak usadowił się na oparciu, to też lubił otrzymywać względu. Bo czarna Luna zdawała się małym, chodzącym chaosem.
– Zasugerowałbym zamknięcie tych akwariów w jakimś pomieszczeniu, ale pewnie wtedy koty tylko czekałaby na okazję, żeby się tam dostać? – spytał, bo może i nie miał kota, ale wystarczyło te parę przelotnych spotkań w Pokoju Wspólnym, aby nauczyć się, że jeśli tylko kot nie był zaniedbanym i maltretowanym biedakiem, to charakteryzował się pewną niezależnością i przekorom. A te dwa zdecydowanie zaniedbane nie były.
Usiadł w fotelu, a gdy przyniesiono mu filiżanki, przypatrywał się swojej przez moment, ot w pewnego rodzaju odruchu: kształt, materiał, wzór, drobny przedmiot, ale mogący świadczyć o guście i upodobaniach. Popijając zerkał jednak na Victorię, czytającą list: wyglądało na to, że wiadomości nie były miłe, i szybko się okazało, że nie mylił się z tą oceną.
Odstawił filiżankę i pokręcił głową, z jakąś rezygnacją.
– Słyszałem, że sporo osób przeszukiwało ruiny za takimi znaleziskami, a po Londynie nawet grasowała parę dni cała banda… Włamywali się do miejsc, które częściowo ocalały, okradali ludzi, a nawet napadli jedną czy dwie osoby. – Śmiecie. Śmiecie po każdej stronie, bo śmierciożercy podpalili Londyn, ale raczej nie bawili się w napadanie później sąsiadki, lat siedemdziesiąt, żeby ukraść jej srebra, bo wszyscy sąsiedzi wynieśli się na wieś. Włamali się i do kamienicy, w której wcześniej mieszkał, ale na szczęście nie do jego apartamentu, wciąż pokrytego sadzą. – Chociaż nie spodziewałbym się, że ktoś robi to po takim czasie. Chcesz to sprawdzić?