12.03.2026, 21:29 ✶
Nie musiała się dziś spieszyć. I właściwie rzadko bywała na Alei Horyzontalnej o tej porze dnia, a jeszcze rzadziej w tak osobliwym nastroju, jaki pozostawił po sobie bal Lestrange’ów. Muzyka, światła, rozmowy - wszystko to wydawało się teraz należeć do innej rzeczywistości. Szła powoli wzdłuż ulicy, pozwalając, by chłodne powietrze obmywało twarz i rozpraszało ostatnie ślady zmęczenia. W niektórych miejscach budynki stały już prosto, odnowione i świeże, lecz między nimi wciąż czaiły się puste okna, osmolone ściany i zamknięte drzwi sklepów, które jeszcze nie wróciły do życia. Ten widok wywoływał w niej dziwną mieszankę odczuć.
Może to przez fakt intensywnych emocji podczas balu, może teraz każde inne odczuwała mocniej. Dlatego też dzisiaj postanowiła zrobić sobie przerwę od pracy. Jej ciało nie regenerowało się tak szybko, a wolała się nie przemęczać, żeby znów nie trafić do Świętego Munga. W pracowni czekało na nią zaledwie kilka obrazów - drobne pęknięcia w werniksie, niewielkie przetarcia farby, rama wymagająca delikatnego oczyszczenia z sadzy. Nic, co wymagałoby całodziennego skupienia ani walki z czasem.
Postanowiła wykorzystać wolny dzień na zakupy - potrzebowała nowych ubrań. Jej mieszkanie nadal strasznie śmierdziało i wszystkie jej ubrania były aktualnie nie do użytku. Poruszała się więc między jej ulubionymi butikami z cichą pewnością kogoś, kto wie dokładnie, czego potrzebuje. Wybrała jedną suknię w stonowanym odcieniu granatu, drugą jaśniejszą, z miękkiej tkaniny odpowiedniej na chłodniejsze dni. Nowy płaszcz - ciepły, cięższy od poprzedniego. Sprzedawczyni owijała wszystko w papier, a Astoria przyglądała się temu z lekkim uczuciem ulgi, którego nie spodziewała się od tak banalnej czynności.
Kiedy wyszła ze sklepu, jesienne powietrze było jeszcze chłodniejsze niż wcześniej. Wiatr poruszał żółtymi liśćmi, które przetaczały się po ulicy jak drobne, niespokojne cienie.
To wtedy zobaczyła tablicę ogłoszeń.
Nie planowała się przy niej zatrzymywać. Była już tam kilka dni temu, przeglądając kartki w poszukiwaniu informacji o zaginionych dziełach sztuki. Teraz jednak coś (odruch lub zwykła ciekawość) sprawiło, że skręciła w jej stronę. Pergaminy poruszały się cicho na wietrze. Czytała je bez większego skupienia. Kilka próśb o pracę, ogłoszenie o wynajmie pokoju, ktoś szukał kota, który zaginął podczas chaosu pożaru. Dopiero jedna z kartek zatrzymała jej wzrok; pismo było drobniejsze, trochę drżące. Atrament miejscami rozmył się od wilgoci, jakby pergamin wisiał tu już kilka dni. Nazwisko uderzyło ją natychmiast.
Pani Alderley.
Starsza czarownica o łagodnych oczach, która zawsze śmiała się cicho, gdy Astoria jako dziecko podkradała kolejne słodycze, udając przy tym absolutną niewinność. Koleżanka jej babci. Nie miała absolutnie nikogo na tym świecie, a jej mieszkanie wymagało kilku napraw. Nie zastanawiała się długo. Decyzja pojawiła się tak szybko, że niemal ją zaskoczyła. Instynktowna, natychmiastowa - ten sam rodzaj odruchu, który tamtej nocy, podczas chaosu pożaru, kazał jej rzucić się w stronę obcej czarownicy atakowanej przez mugolaków, zanim jeszcze zdążyła pomyśleć o własnym bezpieczeństwie. Palce zacisnęły się lekko na papierowej torbie z zakupami.
Odwróciła się od tablicy z wyraźnym skupieniem na twarzy, już układając w głowie plan. I wtedy jej spojrzenie natrafiło na czyjeś oczy. Ciemne. Znajome.
Rodolphus.
Stał kilka kroków dalej, jakby był tu od dłuższego czasu - przy tej samej tablicy, przy tych samych pergaminach, nad którymi przed chwilą pochylała się ona. Przez krótką chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, a w jej głowie pojawiła się niemal absurdalna myśl, że ostatnio spotykają się z zadziwiającą regularnością.
- Czy ty mnie śledzisz? - zmarszczyła brwi, wspierając ręce na biodrach, jakby to oskarżenie było jedynym logicznym wytłumaczeniem.
Może to przez fakt intensywnych emocji podczas balu, może teraz każde inne odczuwała mocniej. Dlatego też dzisiaj postanowiła zrobić sobie przerwę od pracy. Jej ciało nie regenerowało się tak szybko, a wolała się nie przemęczać, żeby znów nie trafić do Świętego Munga. W pracowni czekało na nią zaledwie kilka obrazów - drobne pęknięcia w werniksie, niewielkie przetarcia farby, rama wymagająca delikatnego oczyszczenia z sadzy. Nic, co wymagałoby całodziennego skupienia ani walki z czasem.
Postanowiła wykorzystać wolny dzień na zakupy - potrzebowała nowych ubrań. Jej mieszkanie nadal strasznie śmierdziało i wszystkie jej ubrania były aktualnie nie do użytku. Poruszała się więc między jej ulubionymi butikami z cichą pewnością kogoś, kto wie dokładnie, czego potrzebuje. Wybrała jedną suknię w stonowanym odcieniu granatu, drugą jaśniejszą, z miękkiej tkaniny odpowiedniej na chłodniejsze dni. Nowy płaszcz - ciepły, cięższy od poprzedniego. Sprzedawczyni owijała wszystko w papier, a Astoria przyglądała się temu z lekkim uczuciem ulgi, którego nie spodziewała się od tak banalnej czynności.
Kiedy wyszła ze sklepu, jesienne powietrze było jeszcze chłodniejsze niż wcześniej. Wiatr poruszał żółtymi liśćmi, które przetaczały się po ulicy jak drobne, niespokojne cienie.
To wtedy zobaczyła tablicę ogłoszeń.
Nie planowała się przy niej zatrzymywać. Była już tam kilka dni temu, przeglądając kartki w poszukiwaniu informacji o zaginionych dziełach sztuki. Teraz jednak coś (odruch lub zwykła ciekawość) sprawiło, że skręciła w jej stronę. Pergaminy poruszały się cicho na wietrze. Czytała je bez większego skupienia. Kilka próśb o pracę, ogłoszenie o wynajmie pokoju, ktoś szukał kota, który zaginął podczas chaosu pożaru. Dopiero jedna z kartek zatrzymała jej wzrok; pismo było drobniejsze, trochę drżące. Atrament miejscami rozmył się od wilgoci, jakby pergamin wisiał tu już kilka dni. Nazwisko uderzyło ją natychmiast.
Pani Alderley.
Starsza czarownica o łagodnych oczach, która zawsze śmiała się cicho, gdy Astoria jako dziecko podkradała kolejne słodycze, udając przy tym absolutną niewinność. Koleżanka jej babci. Nie miała absolutnie nikogo na tym świecie, a jej mieszkanie wymagało kilku napraw. Nie zastanawiała się długo. Decyzja pojawiła się tak szybko, że niemal ją zaskoczyła. Instynktowna, natychmiastowa - ten sam rodzaj odruchu, który tamtej nocy, podczas chaosu pożaru, kazał jej rzucić się w stronę obcej czarownicy atakowanej przez mugolaków, zanim jeszcze zdążyła pomyśleć o własnym bezpieczeństwie. Palce zacisnęły się lekko na papierowej torbie z zakupami.
Odwróciła się od tablicy z wyraźnym skupieniem na twarzy, już układając w głowie plan. I wtedy jej spojrzenie natrafiło na czyjeś oczy. Ciemne. Znajome.
Rodolphus.
Stał kilka kroków dalej, jakby był tu od dłuższego czasu - przy tej samej tablicy, przy tych samych pergaminach, nad którymi przed chwilą pochylała się ona. Przez krótką chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, a w jej głowie pojawiła się niemal absurdalna myśl, że ostatnio spotykają się z zadziwiającą regularnością.
- Czy ty mnie śledzisz? - zmarszczyła brwi, wspierając ręce na biodrach, jakby to oskarżenie było jedynym logicznym wytłumaczeniem.
learn the rules
then break some
then break some