12.03.2023, 22:54 ✶
Pewne odruchy były mocno zakorzenione, i ich pozbycie się czasochłonne. Kiedyś Brennie, z natury szczerej, może trochę naiwnej i skłonnej do szukania w ludziach tego, co najlepsze, ciężko było zacząć dopatrywać się noży za plecami, kłamać i zachowywać czujność. Teraz sama już nie była czasem pewna, czy jej uśmiech jest prawdziwy, czy fałszywy, a rezygnacja z poczęstunku tam, gdzie nie miała pewności co do jego źródeł, stawała się naturalna jak oddychanie.
Ludzie się zmieniali. Zmieniały ich okoliczności, świat, wydarzenia, inni ludzie. To, co Brenna planowała na koniec tego spotkania, było najlepszym dowodem.
- Odręcznie wystarczy, najważniejszy jest pani podpis, jest pani w końcu oficjalnie klątwołamaczką – powiedziała Longbottom, uśmiechając się odruchowo. Szczerze? I tak, i nie, jednocześnie, nawet jeśli brzmiało to paradoksalnie. Szczerze, bo naprawdę było coś w Alethei, co sprawiało, że Brenna od razu myślała: mogłaby polubić tę kobietę. Nieszczerze, bo ta instynktowna sympatia była podszyta nieufnością i sprawą, w jakiej Brenna tu przyszła.
Skinęła głową, kiedy Crouch powiedziała, że musi zniknąć. Nie planowała wykradać jej tajemnic i naprawdę nie zamierzała nikogo przyłapywać na fałszerstwie. Sama była tu wspólnikiem w zbrodni. Właściwie to nie, była jej prowodyrem, i łamała prawo pod tyloma względami, że powinna sama siebie aresztować.
Co jednak robić, kiedy prawo nie wystarcza, aby chronić tych, którzy na ochronę zasługują?
Brenna czekała w spokoju. Nie ruszyła się z miejsca i niczego nie dotykała, nie chcąc ani wzbudzać podejrzeń, ani nadużyć gościnności Alethei. Ot rozglądała się nieco bardziej uważnie niż wcześniej. A kiedy ta wróciła z papierami, wstała z miejsca, wyciągając sakiewkę.
- Dziękuję. Jestem pani bardzo wdzięczna. Też to oczywiste, ale na wszelki wypadek… proszę o dyskrecję. Tu chodzi o życie tych osób – powiedziała dla formalności, choć wątpiła, by Leta chciała komuś chwalić się, że fałszowała papiery. W końcu było to niezgodne z prawem. Nawet na prośbę Brygadzistki. Zdradzając szczegóły oficjalnie, posłałaby Brennę w dół, ale spadła razem z nią. A nieoficjalnie, pewnym ludziom...
...wobec tego Brenna była gotowa podjąć pewne środki zaradcze.
Podała Crouch sakiewkę.
Zawierała umówioną zapłatę, co do joty. Trochę więcej niż zwykle się brało w takich przypadkach, by skusić Crouch i wynagrodzić jej pewne… niedogodności, mianowicie współpracę z jednak obcą osobą, w dodatku z Brygady, ale też nie o tyle więcej, by wzbudzało to podejrzliwości i sugerowało desperację. Sakiewka miała jednak jeden mankament: została tak niestarannie zawiązana, że przy podawaniu kilka monet wytoczyło się z niej, spadło na podłogę, potoczyło się pod ścianę.
Celowo.
Brenna czekała na odpowiedni moment, czy Leta pochyli się, by podnieść którąś monetę, wycelować w nią różdżką, czy choćby obejrzy odruchowo. Sama zresztą sięgnęła po różdżkę i przywołała jedną z monet za pomocą accio, usprawiedliwiając przy okazji, że trzyma tę w ręku. Czekała na dogodny moment, by potraktować rozmówczynię zaklęciem, drobnym, do wyczucia ot jak powiew wiatru, mającym lekko zmodyfikować wspomnienie. Nie było to prawdziwe obliviate, bo Longbottom nie próbowała wymazać całego wspomnienia spotkania – byłoby to nazbyt podejrzane. Chciała wyłącznie zatrzeć w pamięci nazwiska, na jakie wystawiono dokumenty, zastępując innymi.
A potem? Uśmiech na ustach, przeprosiny za rozrzucenie monet i pożegnanie. Wyjście, i odpychanie od siebie – jak najdalej – myśli o tym, co robiła z nią ta wojna, i co jeszcze z nią zrobi, zanim nadejdzie koniec… w tej czy innej postaci.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Ludzie się zmieniali. Zmieniały ich okoliczności, świat, wydarzenia, inni ludzie. To, co Brenna planowała na koniec tego spotkania, było najlepszym dowodem.
- Odręcznie wystarczy, najważniejszy jest pani podpis, jest pani w końcu oficjalnie klątwołamaczką – powiedziała Longbottom, uśmiechając się odruchowo. Szczerze? I tak, i nie, jednocześnie, nawet jeśli brzmiało to paradoksalnie. Szczerze, bo naprawdę było coś w Alethei, co sprawiało, że Brenna od razu myślała: mogłaby polubić tę kobietę. Nieszczerze, bo ta instynktowna sympatia była podszyta nieufnością i sprawą, w jakiej Brenna tu przyszła.
Skinęła głową, kiedy Crouch powiedziała, że musi zniknąć. Nie planowała wykradać jej tajemnic i naprawdę nie zamierzała nikogo przyłapywać na fałszerstwie. Sama była tu wspólnikiem w zbrodni. Właściwie to nie, była jej prowodyrem, i łamała prawo pod tyloma względami, że powinna sama siebie aresztować.
Co jednak robić, kiedy prawo nie wystarcza, aby chronić tych, którzy na ochronę zasługują?
Brenna czekała w spokoju. Nie ruszyła się z miejsca i niczego nie dotykała, nie chcąc ani wzbudzać podejrzeń, ani nadużyć gościnności Alethei. Ot rozglądała się nieco bardziej uważnie niż wcześniej. A kiedy ta wróciła z papierami, wstała z miejsca, wyciągając sakiewkę.
- Dziękuję. Jestem pani bardzo wdzięczna. Też to oczywiste, ale na wszelki wypadek… proszę o dyskrecję. Tu chodzi o życie tych osób – powiedziała dla formalności, choć wątpiła, by Leta chciała komuś chwalić się, że fałszowała papiery. W końcu było to niezgodne z prawem. Nawet na prośbę Brygadzistki. Zdradzając szczegóły oficjalnie, posłałaby Brennę w dół, ale spadła razem z nią. A nieoficjalnie, pewnym ludziom...
...wobec tego Brenna była gotowa podjąć pewne środki zaradcze.
Podała Crouch sakiewkę.
Zawierała umówioną zapłatę, co do joty. Trochę więcej niż zwykle się brało w takich przypadkach, by skusić Crouch i wynagrodzić jej pewne… niedogodności, mianowicie współpracę z jednak obcą osobą, w dodatku z Brygady, ale też nie o tyle więcej, by wzbudzało to podejrzliwości i sugerowało desperację. Sakiewka miała jednak jeden mankament: została tak niestarannie zawiązana, że przy podawaniu kilka monet wytoczyło się z niej, spadło na podłogę, potoczyło się pod ścianę.
Celowo.
Brenna czekała na odpowiedni moment, czy Leta pochyli się, by podnieść którąś monetę, wycelować w nią różdżką, czy choćby obejrzy odruchowo. Sama zresztą sięgnęła po różdżkę i przywołała jedną z monet za pomocą accio, usprawiedliwiając przy okazji, że trzyma tę w ręku. Czekała na dogodny moment, by potraktować rozmówczynię zaklęciem, drobnym, do wyczucia ot jak powiew wiatru, mającym lekko zmodyfikować wspomnienie. Nie było to prawdziwe obliviate, bo Longbottom nie próbowała wymazać całego wspomnienia spotkania – byłoby to nazbyt podejrzane. Chciała wyłącznie zatrzeć w pamięci nazwiska, na jakie wystawiono dokumenty, zastępując innymi.
A potem? Uśmiech na ustach, przeprosiny za rozrzucenie monet i pożegnanie. Wyjście, i odpychanie od siebie – jak najdalej – myśli o tym, co robiła z nią ta wojna, i co jeszcze z nią zrobi, zanim nadejdzie koniec… w tej czy innej postaci.
Postępowanie uzgodnione z graczką Alethi.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.