13.03.2026, 07:12 ✶
– Gdyby to była powieść, Finnegan Anders okazałby się zabójczo przystojnym, młodym człowiekiem, który jest moją bratnią duszą i albo zakochalibyśmy się od pierwszego wejrzenia, albo zapałali do siebie absolutną niechęcią, a potem ciągle na siebie wpadali przypadkiem w różnych okolicznościach, jakby pchał nas do tego sam los – stwierdziła z pewnym rozbawieniem na uwagę Dory Brenna, która czytać uwielbiała, a nawet gdy była młodsza chętnie wymyślała różne historie. Ot nigdy nie miała dość czasu ani samozaparcia, aby próbować wyszlifować warsztat na tyle, by je zapisywać. – Ewentualnie byłby twoją bratnią duszą… Ale pewnie otworzy nam jakiś czarodziej z brzuszkiem koło pięćdziesiątki – dokończyła, bo życie jednak rzadko bywało jak z powieści, a jeśli tak, to bardziej z tych stojących na półkach z napisem dramat. A ona naprawdę średnio nadawała się na bohaterkę romansów, zaczynając od tego, że nie miała ani włosów jak złoto, ani jak skrzydła kruka, a kończąc na absolutnym braku cech charakteru i zachowania, jakie te najczęściej przejawiały. Bohaterki, znaczy się, nie włosy, oczywiście.
– Tak sobie myślę, że gdyby Morpheus chodził po Manchester z wahadełkiem w ręku, pośród mugoli, mógłby przyciągnąć niezdrową uwagę. A niby to że chcę kupić lusterka to nie jest nic nadzwyczajnego, mogę przecież twierdzić, że chciałabym mieć kontakt z bratem, to wolałabym, żeby nie plotkowało o nas pół Anglii… – westchnęła Brenna i opadła na krzesło. Mogłaby spróbować podpytać w Ministerstwie, ale znowu, niekoniecznie chciała, aby ktoś zwrócił uwagę, że ugania się za Andersem, nawet jeśli powód był niezły. Ba, nie musiała nawet mówić, że chodzi o lusterka dla niej, a „kupił coś u mojej krewnej i przypadkiem dała mu zły towar, trzeba to naprawić, żeby nie popsuć opinii sklepu!”
Na szczęście takie wypytywanie nie było potrzebne, bo Dora wyciągnęła z pamięci, że w Manchester była ulica, przy której znajdowało się trochę ukrytych domów czarodziejów. Był tam nawet nieduży bar, w którym być może mogłyby wymienić nazwisko Andersa i potem go odszukać…
– Tak sobie myślę, że gdyby Morpheus chodził po Manchester z wahadełkiem w ręku, pośród mugoli, mógłby przyciągnąć niezdrową uwagę. A niby to że chcę kupić lusterka to nie jest nic nadzwyczajnego, mogę przecież twierdzić, że chciałabym mieć kontakt z bratem, to wolałabym, żeby nie plotkowało o nas pół Anglii… – westchnęła Brenna i opadła na krzesło. Mogłaby spróbować podpytać w Ministerstwie, ale znowu, niekoniecznie chciała, aby ktoś zwrócił uwagę, że ugania się za Andersem, nawet jeśli powód był niezły. Ba, nie musiała nawet mówić, że chodzi o lusterka dla niej, a „kupił coś u mojej krewnej i przypadkiem dała mu zły towar, trzeba to naprawić, żeby nie popsuć opinii sklepu!”
Na szczęście takie wypytywanie nie było potrzebne, bo Dora wyciągnęła z pamięci, że w Manchester była ulica, przy której znajdowało się trochę ukrytych domów czarodziejów. Był tam nawet nieduży bar, w którym być może mogłyby wymienić nazwisko Andersa i potem go odszukać…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.