13.03.2026, 10:04 ✶
Chris miał to szczęście, że posiadał starszą siostrę, która grzecznie znalazła sobie porządnego kawalera. Będąc mężczyzną zresztą ten wiek, kiedy ktoś zaczynał patrzyć na ciebie jak na zbyt starego na kawalerski żywot, przesuwał się w górę – o ile kobieta kończącą trzydzieści lat była już tą starą panną, co sobie męża nie złapała, o tyle jeśli mężczyzna miał pieniądze, nie musiał aż tak mocno się przejmować. Ale i po prawdzie Rosier nigdy nie prowadził jakichś wielkich analiz
– Koty są zawsze niewinne, oczywiście. A to akwarium omal nie spadło, bo niegrzeczny był pies – oświadczył Christopher, chociaż nie, że nie wiedział, że nigdzie w zasięgu wzroku, a zapewne i w domu, nie było żadnego psa. Kwiatuszek nie wyglądał na ani trochę przejętego niedoszłą katastrofą, a Luna też zachowywała się obecnie tak, jakby nigdy w życiu nie mogła zrobić niczego niewłaściwego, i o co w ogóle tym ludziom chodzi.
Pomyślał, że koty miały w sobie chyba z samej swojej natury coś Ślizgońskiego. Może nawet bardziej niż węże. Przynajmniej jeśli szło o tych faktycznie co sprytniejszych Ślizgonów.
– Ryby to więc właściwy prezent dla Victorii Lestrange? – spytał, spoglądając znad filiżanki na Victorię i kota na jej kolanach. Nie, obdarowanie jej rybami było jedną z tych rzeczy, na które prawdopodobnie sam nigdy by nie wpadł, chociaż pochlebiał sobie, że wyobraźnię miał raczej z gatunku tych bogatych.
Wyłapał ozdoby kwiatowe i motywy na zastawie, ale to że lubiła takie wzory faktycznie nie było żadną tajemnicą i motyw powracał od dawna i w sukniach, które dla niej projektował, jeśli akurat potrzeba było bardziej strojnej na lato czy wiosnę. Wystarczyło zresztą wpaść do niej choćby raz, aby dostrzec, że tych wszędzie było pełno, a i wspominała niedawno, że lubi je pielęgnować w wolnym czasie. Ciekawszy był fakt, że faktyczny wzór filiżanki ujawniał się dopiero, kiedy upiłeś herbaty i dostrzegałeś wnętrze.
– Nie musisz przepraszać za szczerość – skwitował krótko, marszcząc lekko jasne brwi, bo w pierwszej chwili przeprosiny wręcz go skonsternowały i nie był pewien, za co właściwie przeprasza. Dobre maniery dobrymi manierami, ale przecież to nie tak, że oczekiwał, że będzie pilnowała każdego wypowiedzianego słowa… Kontemplował przez chwilę myśl nad tym, jakby czuł się, gdyby spłonął jego dom rodzinny czyli apartament rodziców w Londynie. Prawdopodobnie źle. Chociaż musiał też przyznać, że zapewne znacznie gorzej zniósłby, i pewnie gorzej znieśliby to rodzice, gdyby spłonął Dom Mody Rosierów. To miejsce było ich dziedzictwem. Mieszkanie dało się odremontować albo zastąpić, Dom Mody jednak… gdyby zabrał go ogień, ciężko byłoby powstać z popiołów. Czy w przypadku domu mogło być jednak inaczej? Czarodzieje przywiązywali się często do takich posiadłości, zwłaszcza gdy żyli w nich przez wiele lat, a mieszkanie rodziców… cóż, wprowadzili się tam po prostu jakiś czas po ślubie, gdy matka miała dość teściowej.
– Jeśli poczujesz się raźniej, mogę wybrać się z tobą – rzucił, może trochę niepewnie, co było dla niego wręcz nietypowe. – Chociaż jeżeli niczego tam już nie znajdą, i na razie nie zdecydowaliście o odbudowie, może po prostu lepiej pozwolić im tracić czas na grzebanie w tych gruzach…
– Koty są zawsze niewinne, oczywiście. A to akwarium omal nie spadło, bo niegrzeczny był pies – oświadczył Christopher, chociaż nie, że nie wiedział, że nigdzie w zasięgu wzroku, a zapewne i w domu, nie było żadnego psa. Kwiatuszek nie wyglądał na ani trochę przejętego niedoszłą katastrofą, a Luna też zachowywała się obecnie tak, jakby nigdy w życiu nie mogła zrobić niczego niewłaściwego, i o co w ogóle tym ludziom chodzi.
Pomyślał, że koty miały w sobie chyba z samej swojej natury coś Ślizgońskiego. Może nawet bardziej niż węże. Przynajmniej jeśli szło o tych faktycznie co sprytniejszych Ślizgonów.
– Ryby to więc właściwy prezent dla Victorii Lestrange? – spytał, spoglądając znad filiżanki na Victorię i kota na jej kolanach. Nie, obdarowanie jej rybami było jedną z tych rzeczy, na które prawdopodobnie sam nigdy by nie wpadł, chociaż pochlebiał sobie, że wyobraźnię miał raczej z gatunku tych bogatych.
Wyłapał ozdoby kwiatowe i motywy na zastawie, ale to że lubiła takie wzory faktycznie nie było żadną tajemnicą i motyw powracał od dawna i w sukniach, które dla niej projektował, jeśli akurat potrzeba było bardziej strojnej na lato czy wiosnę. Wystarczyło zresztą wpaść do niej choćby raz, aby dostrzec, że tych wszędzie było pełno, a i wspominała niedawno, że lubi je pielęgnować w wolnym czasie. Ciekawszy był fakt, że faktyczny wzór filiżanki ujawniał się dopiero, kiedy upiłeś herbaty i dostrzegałeś wnętrze.
– Nie musisz przepraszać za szczerość – skwitował krótko, marszcząc lekko jasne brwi, bo w pierwszej chwili przeprosiny wręcz go skonsternowały i nie był pewien, za co właściwie przeprasza. Dobre maniery dobrymi manierami, ale przecież to nie tak, że oczekiwał, że będzie pilnowała każdego wypowiedzianego słowa… Kontemplował przez chwilę myśl nad tym, jakby czuł się, gdyby spłonął jego dom rodzinny czyli apartament rodziców w Londynie. Prawdopodobnie źle. Chociaż musiał też przyznać, że zapewne znacznie gorzej zniósłby, i pewnie gorzej znieśliby to rodzice, gdyby spłonął Dom Mody Rosierów. To miejsce było ich dziedzictwem. Mieszkanie dało się odremontować albo zastąpić, Dom Mody jednak… gdyby zabrał go ogień, ciężko byłoby powstać z popiołów. Czy w przypadku domu mogło być jednak inaczej? Czarodzieje przywiązywali się często do takich posiadłości, zwłaszcza gdy żyli w nich przez wiele lat, a mieszkanie rodziców… cóż, wprowadzili się tam po prostu jakiś czas po ślubie, gdy matka miała dość teściowej.
– Jeśli poczujesz się raźniej, mogę wybrać się z tobą – rzucił, może trochę niepewnie, co było dla niego wręcz nietypowe. – Chociaż jeżeli niczego tam już nie znajdą, i na razie nie zdecydowaliście o odbudowie, może po prostu lepiej pozwolić im tracić czas na grzebanie w tych gruzach…