15.03.2026, 00:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.03.2026, 00:28 przez Samuel McGonagall.)
Zmieniła się. Nawet jeśli nie z zewnątrz, nie tak bardzo w korze, tak jej wnętrze stwardniało. Nabrało substancji, choć czy była to służąca jej substancja, trudno było powiedzieć, zwłaszcza komuś, dla kogo zasady rządzące ograniczonym dość przed nadopiekuńczą matkę światem były banalnie wręcz proste.
Ptaki zrzucały dziecięce pierze i obrastały w nowe piórka, barwne lotki pomagające w pewnym momencie uwić gniazdo i zdobyć partnerkę. Tak i on odrósł od ziemi zdecydowanie zmienił upierzenie na młodzieńcze, całkiem przystojne według wszelkich standardów, zwłaszcza gdy ojciec - ten o którym nigdy zgodnie z przykazaniem nie powiedział ani słowa - nauczył go obsługi brzytwy. Zmężniał. Poszerzył się też i w szczęce i w barkach, choć uśmiech jego wciąż był prostoduszny. I jego substancja nie zmieniła się nadto. Było tu i teraz, tak wypadało mieszkańcowi Kniei, szanować koło czasu i powracające pory roku, ich puls, puls ziemi, który był własnym. Samuelowi daleko było do buntu, do krewkości Helloise z czasów w których przyszło im się poznać. Tyle zim temu.
Cieszył się, że ją widział i cieszyłby się z tego nawet jeśli nie zaproponowałaby mu żadnego poczęstunku. Nie chciał nic w zamian za sadło, nic więcej ponad uniesione lekko policzki, oczy jak łezki układające się w aprobacie, w spokoju ducha, w zapewnieniu, że przyszłe dni będą choć odrobinę lżejsze dla jej barków.
Zwierzęta pomagały sobie w stadach, i Samuel bardzo żałował, że ona nie jest częścią jego stada. Pani matka nigdy by na to nie pozwoliła.
Ale teraz przez moment, przez króciutki momencik chciał poudawać, że tak właśnie by było.
W końcu oboje byli tego samego rodzaju. W pewnym sensie.
– Och niedźwiedzie mają wystarczająco dużo sadła i futra, nie wiem czy wiesz, że na ten przykład polarne odmiany mogą z powodzeniem pływać w zamarzającej wodzie i... – umilkł w końcu łapiąc, że był to żart i z ukłuciem zazdrości spoglądając jak dekoruje bladolicego niedźwiedzia szalikiem.
Czy gdyby sam pokazałby jej jak wprawnie opanował przemianę... czy dostałby taki sam szalik?
Czy matka pozwoliłaby mu go zatrzymać?
Zaraz jednak pojawiła się nowa sytuacja dla niego zupełnie, gdy domek kucnął, a wizja cukierków zamajaczyła na końcu wrażliwego nosa przyszłego stolarza, który na tamten moment raczej o las dbał niż czerpał nieco zachłanniej z jego darów.
– Ja... nie... ja... – poszedł wiedziony obietnicą, poszedł za nią do ciasnej chatki rozglądając się w zaciekawieniu, ale gdy odsłoniła przed nim swoje skarby, to wtedy błękitne jak lipcowe niebo oczy rozjaśniły się zachwytem, a ręce brudne od uczciwej pracy wysunięte z rękawic z drżeniem niedowierzenia sięgnęły ku koszykowi. Zatrzymał się jednak w pół drogi i spojrzał na Helloise z zastanowieniem.
– Czy Ty... Czy Ty chcesz mnie utuczyć i zjeść potem...? – czytał w książce, którą dostał od dziewczyny o włosach jak len. Dostał od niej prezent w ubiegłe wakacje i nie wiedział co ma o tym myśleć. Przełknął ślinę zezując na koszyk. Pokusa była ogromna, bowiem Sam uwielbiał słodycze. Były zakazanym owocem. Jedynym po który odważał się sięgać, choć przecież i ta wizyta nie była do końca zaplanowana i mile widziana przez jego trzyosobową rodzinę... – Co... co Ty lubisz z tego najbardziej? Chciałbym spróbować. Chciałbym spróbować to co Ty lubisz – poprosił cicho zastygając na łakociami, jak krogulec zastygał na gałęzi, nie patrząc nawet tylko stając się patrzeniem.
Ptaki zrzucały dziecięce pierze i obrastały w nowe piórka, barwne lotki pomagające w pewnym momencie uwić gniazdo i zdobyć partnerkę. Tak i on odrósł od ziemi zdecydowanie zmienił upierzenie na młodzieńcze, całkiem przystojne według wszelkich standardów, zwłaszcza gdy ojciec - ten o którym nigdy zgodnie z przykazaniem nie powiedział ani słowa - nauczył go obsługi brzytwy. Zmężniał. Poszerzył się też i w szczęce i w barkach, choć uśmiech jego wciąż był prostoduszny. I jego substancja nie zmieniła się nadto. Było tu i teraz, tak wypadało mieszkańcowi Kniei, szanować koło czasu i powracające pory roku, ich puls, puls ziemi, który był własnym. Samuelowi daleko było do buntu, do krewkości Helloise z czasów w których przyszło im się poznać. Tyle zim temu.
Cieszył się, że ją widział i cieszyłby się z tego nawet jeśli nie zaproponowałaby mu żadnego poczęstunku. Nie chciał nic w zamian za sadło, nic więcej ponad uniesione lekko policzki, oczy jak łezki układające się w aprobacie, w spokoju ducha, w zapewnieniu, że przyszłe dni będą choć odrobinę lżejsze dla jej barków.
Zwierzęta pomagały sobie w stadach, i Samuel bardzo żałował, że ona nie jest częścią jego stada. Pani matka nigdy by na to nie pozwoliła.
Ale teraz przez moment, przez króciutki momencik chciał poudawać, że tak właśnie by było.
W końcu oboje byli tego samego rodzaju. W pewnym sensie.
– Och niedźwiedzie mają wystarczająco dużo sadła i futra, nie wiem czy wiesz, że na ten przykład polarne odmiany mogą z powodzeniem pływać w zamarzającej wodzie i... – umilkł w końcu łapiąc, że był to żart i z ukłuciem zazdrości spoglądając jak dekoruje bladolicego niedźwiedzia szalikiem.
Czy gdyby sam pokazałby jej jak wprawnie opanował przemianę... czy dostałby taki sam szalik?
Czy matka pozwoliłaby mu go zatrzymać?
Zaraz jednak pojawiła się nowa sytuacja dla niego zupełnie, gdy domek kucnął, a wizja cukierków zamajaczyła na końcu wrażliwego nosa przyszłego stolarza, który na tamten moment raczej o las dbał niż czerpał nieco zachłanniej z jego darów.
– Ja... nie... ja... – poszedł wiedziony obietnicą, poszedł za nią do ciasnej chatki rozglądając się w zaciekawieniu, ale gdy odsłoniła przed nim swoje skarby, to wtedy błękitne jak lipcowe niebo oczy rozjaśniły się zachwytem, a ręce brudne od uczciwej pracy wysunięte z rękawic z drżeniem niedowierzenia sięgnęły ku koszykowi. Zatrzymał się jednak w pół drogi i spojrzał na Helloise z zastanowieniem.
– Czy Ty... Czy Ty chcesz mnie utuczyć i zjeść potem...? – czytał w książce, którą dostał od dziewczyny o włosach jak len. Dostał od niej prezent w ubiegłe wakacje i nie wiedział co ma o tym myśleć. Przełknął ślinę zezując na koszyk. Pokusa była ogromna, bowiem Sam uwielbiał słodycze. Były zakazanym owocem. Jedynym po który odważał się sięgać, choć przecież i ta wizyta nie była do końca zaplanowana i mile widziana przez jego trzyosobową rodzinę... – Co... co Ty lubisz z tego najbardziej? Chciałbym spróbować. Chciałbym spróbować to co Ty lubisz – poprosił cicho zastygając na łakociami, jak krogulec zastygał na gałęzi, nie patrząc nawet tylko stając się patrzeniem.