16.03.2026, 13:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2026, 13:20 przez Brenna Longbottom.)
– Jestem ci niezmiernie wdzięczna – zgodziła się Brenna bez większych oporów, bo faktycznie radzenie sobie z panią Turpin w biurze mogłoby wystawić jej cierpliwość na poważną próbę.
Nie powinna być zaskoczona, że Sebastian potraktował jej słowa, żartobliwe przecież, poważnie. Chyba. Ewentualnie też sobie żartował, ale nie potrafiła tego w pełni wyczuć. W każdym razie prawdopodobnie powinna odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że tak naprawdę to wcale nie jest hobby. Tyle że w Macmillanie czy raczej w jego stosunku wobec niej było coś takiego, że jakoś odruchowo zamiast – jak robiła w wypadku innych – próbować dostosować swoje zachowanie, sposób mówienia, nawet wyrazy twarzy do sytuacji i odbioru… jakoś włączała tę najbardziej przekorną i wesołą część swojej osobowości.
– Ależ skąd, ja jestem po prostu wyjątkowa – zapewniła z uśmiechem, mrużąc lekko oczy, choć pewnie domyślała się, że Macmillan uzna, że mówi poważnie i musi się modlić za nią z powodu grzechu pychy. Albo z powodu jej domniemanych urojeń.
*
Sebastian nie musiał nawet szczególnie kombinować, jaką tu zająć pozycję i co zrobić, bo Brenna sama odbiła nieco na bok, aby przypadkiem nie zasłaniał jej ewentualnej linii strzału, zapatrzona na tę mgłę. Tym jednak, co się objawiało, był problem zdecydowanie z „działki” Sebastiana. Gdyby to była pułapka, klątwa, jakieś potwory, to musiałaby rzucić do akcji, ale wściekły duch – prawdopodobnie – pana Turpina był jednak już czymś, z czym musiał poradzić sobie Macmillan.
Milczała więc.
A pan Turpin…
Och.
Pan Turpin poczerwieniał – czy raczej posrebrzał – na twarzy i uniósł się, a potem opadł.
– Oczywiście, że nie mieliście pojęcia! Przecież nie chciałem, żeby ona… ona się dowiedziała!!! – zawołał dramatycznie, wskazując na naczynie, które trzymał Sebastian palcem. – Umarłem przez nią! Wykończyła mnie tym ciągłym gderaniem, pretensjami i jeszcze tym jak mnie karmiła, kiedy zachorowałem, bo to podobno zdrowe! A teraz chcecie mnie tu z nią uwięzić?! Kilka miesięcy?! Kilka miesięcy?! Wy jej nie znacie! Domagam się spokoju po śmierci! Zostałem tutaj tylko po to, by mieć spokój !Spoczywaj w pokoju, tak tu jest napisane, na moim nagrobku! Jak możecie teraz się domagać, żebym znosił to piekło po raz drugi!!!
Zbliżył się do nich, a razem z nim nadciągał chłód, który wdzierał się pod jesienne płaszcze, chłodził policzki i dłonie. Zdawało się, że oto zimowe wiatry zrodziły się w samym środku jesieni. Brenna, już znająca możliwości duchów, bo te próbowały ją zamrozić nie raz, a dwukrotnie, natychmiast uniosła różdżkę, usiłując stworzyć wokół nich podmuch ciepłego powietrza.
Ciepło starło się z chłodem, który niósł ze sobą pan Turpin, niosąc ze sobą dziwne wrażenie.
A duch lewitował ku Sebastianowi, jakby zapomniał, że jest niematerialny: i jakby chciał wyrwać mu z rąk to naczynie.
Nie powinna być zaskoczona, że Sebastian potraktował jej słowa, żartobliwe przecież, poważnie. Chyba. Ewentualnie też sobie żartował, ale nie potrafiła tego w pełni wyczuć. W każdym razie prawdopodobnie powinna odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że tak naprawdę to wcale nie jest hobby. Tyle że w Macmillanie czy raczej w jego stosunku wobec niej było coś takiego, że jakoś odruchowo zamiast – jak robiła w wypadku innych – próbować dostosować swoje zachowanie, sposób mówienia, nawet wyrazy twarzy do sytuacji i odbioru… jakoś włączała tę najbardziej przekorną i wesołą część swojej osobowości.
– Ależ skąd, ja jestem po prostu wyjątkowa – zapewniła z uśmiechem, mrużąc lekko oczy, choć pewnie domyślała się, że Macmillan uzna, że mówi poważnie i musi się modlić za nią z powodu grzechu pychy. Albo z powodu jej domniemanych urojeń.
*
Sebastian nie musiał nawet szczególnie kombinować, jaką tu zająć pozycję i co zrobić, bo Brenna sama odbiła nieco na bok, aby przypadkiem nie zasłaniał jej ewentualnej linii strzału, zapatrzona na tę mgłę. Tym jednak, co się objawiało, był problem zdecydowanie z „działki” Sebastiana. Gdyby to była pułapka, klątwa, jakieś potwory, to musiałaby rzucić do akcji, ale wściekły duch – prawdopodobnie – pana Turpina był jednak już czymś, z czym musiał poradzić sobie Macmillan.
Milczała więc.
A pan Turpin…
Och.
Pan Turpin poczerwieniał – czy raczej posrebrzał – na twarzy i uniósł się, a potem opadł.
– Oczywiście, że nie mieliście pojęcia! Przecież nie chciałem, żeby ona… ona się dowiedziała!!! – zawołał dramatycznie, wskazując na naczynie, które trzymał Sebastian palcem. – Umarłem przez nią! Wykończyła mnie tym ciągłym gderaniem, pretensjami i jeszcze tym jak mnie karmiła, kiedy zachorowałem, bo to podobno zdrowe! A teraz chcecie mnie tu z nią uwięzić?! Kilka miesięcy?! Kilka miesięcy?! Wy jej nie znacie! Domagam się spokoju po śmierci! Zostałem tutaj tylko po to, by mieć spokój !Spoczywaj w pokoju, tak tu jest napisane, na moim nagrobku! Jak możecie teraz się domagać, żebym znosił to piekło po raz drugi!!!
Zbliżył się do nich, a razem z nim nadciągał chłód, który wdzierał się pod jesienne płaszcze, chłodził policzki i dłonie. Zdawało się, że oto zimowe wiatry zrodziły się w samym środku jesieni. Brenna, już znająca możliwości duchów, bo te próbowały ją zamrozić nie raz, a dwukrotnie, natychmiast uniosła różdżkę, usiłując stworzyć wokół nich podmuch ciepłego powietrza.
Rzut W 1d100 - 39
Sukces!
Sukces!
Ciepło starło się z chłodem, który niósł ze sobą pan Turpin, niosąc ze sobą dziwne wrażenie.
A duch lewitował ku Sebastianowi, jakby zapomniał, że jest niematerialny: i jakby chciał wyrwać mu z rąk to naczynie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.