16.03.2026, 17:13 ✶
Kiedy parsknął śmiechem, Astoria uniosła na niego spojrzenie z lekkim zaskoczeniem, choć nie pozwoliła, by w pełni wybrzmiało ono na jej twarzy. Ten dźwięk był niemal tak samo nieoczekiwany jak wcześniejszy uśmiech - trochę zbyt szczery, trochę zbyt swobodny jak na człowieka, którego przez lata pamiętała raczej jako powściągliwego obserwatora niż kogoś, kto reaguje tak otwarcie. Przez krótką chwilę przyglądała mu się uważniej, jakby próbowała odczytać, czy to tylko przelotny kaprys nocy, czy może coś, czego wcześniej po prostu nie zauważała. Może wypił zbyt dużo wina, żeby się znieczulić? To również by do niego nie pasowało, ale ostatecznie czy znała go na tyle dobrze, żeby to ocenić? Ostatecznie wywróciła oczami na jego teatralny gest, jakby w ciemnym ogrodzie etykieta już nie obowiązywała. Albo chciała po prostu dobitnie pokazać, że nie pozwoli się tak łatwo oszukać.
Kiedy zapytał, co robiła sama w ogrodzie, jej spojrzenie na moment powędrowało w stronę żwirowej ścieżki. Lampiony rozstawione wzdłuż alejek rzucały na nią miękkie, złotawe światło, które łagodnie rozmywało cienie między krzewami. Ogród wydawał się teraz niemal spokojny, jakby chwilowa panika była tylko krótkim pęknięciem w powierzchni tej nocnej ciszy.
- Zmęczyłam się gwarem na sali, chciałam trochę odpocząć w samotności i pospacerować. A potem poczułam się na tyle zmęczona, że postanowiłam wracać do domu - odpowiedziała zgodnie z prawdą, bo włóczenie się po ogrodzie tylko po to, żeby się z kimś poobściskiwać, było poniżej jej poziomu. Bal był długi, głośny, pełen ludzi i rozmów, które z czasem zaczęły mieszać się ze sobą w jeden, trudny do odróżnienia szum. Ogród był dla niej po prostu ucieczką. Gdyby się nie przestraszyła po drodze, mogłaby już wrócić do domu, a tak spotkała Rodolphusa i wszystko przeciągnęło się w czasie.
Ogród był spokojny teraz, niemal senny. Trudno było uwierzyć, że jeszcze kilka minut wcześniej jej ciało było napięte jak struna, gotowe do ucieczki. Panika wycofała się już niemal całkowicie, pozostawiając po sobie jedynie cienkie echo w przyspieszonym jeszcze rytmie serca.
- Tak? A co w szczególności tak cię zmęczyło? - podniosła lekko brew, jakby nie mogła uwierzyć, że nie był w stanie przeżyć jednego balu organizowanego przez jego rodzinę bez marudzenia. Może faktycznie wydarzyło się coś szczególnego? Nie widziała go przez cały wieczór, a już same eliksiry przygotowane przez Lestrange'ów powodowały wiele zamieszania.
Gdy odpowiedział na jej pytanie o towarzystwo, jego słowa przyjęła z tą samą pozorną obojętnością, którą zwykle okrywała drobne ciekawości. Jedynie przez moment w jej spojrzeniu pojawiła się ledwie dostrzegalna nuta ulgi, tak subtelna, że łatwo było ją pomylić z refleksją. Jej dłoń spoczywała na jego ramieniu lekko, niemal niedbale, ale nie była to niechciana bliskość. Czuła pod palcami ciepło materiału i stabilność ruchu, gdy ruszyli ścieżką. Ten kontakt miał w sobie coś uspokajającego, nie dlatego, że go potrzebowała, lecz dlatego, że był prosty. Bez napięcia. Bez gry.
- Przyszłam z przyjacielem - odpowiedziała lekko, nie odnosząc się do odprowadzenia. Nie chciała teraz rozpoczynać monologu, że przecież nie potrzebowała mężczyzny w roli obrońcy lub rycerza na białym koniu, który odprowadzi ją do domu. Do tej pory radziła sobie sama, a etykieta była przez nią łamana, kiedy było jej to wygodne i nie niosło za sobą konsekwencji. Choć oczywiście uprzedziła Leviathana, żeby przypadkiem gdzieś na nią nie czekał.
- Właściwie całkiem dobrze się bawiłam. Myślę, że wiele osób potrzebowało takiej odskoczni od życia pełnego trosk po pożarze - nie było w tym nic odkrywczego. Tańce, alkohol, rozmowy ważne i te mniej, błahe problemy po wypiciu eliksirów - to wszystko pozwalało się rozerwać, odciągnąć myśli od konsekwencji ognia, z którymi wielu borykało się do tej pory. - Było kilka fajnych przedmiotów i eliksirów. Nawet sama skusiłam się na jeden amulet. - powiedziała spokojnie, przesuwając wzrok gdzieś przed siebie, na żwirową ścieżkę, po której szli. W końcu odważyła się zapytać dość bezpośrednio: - Nie przekażecie dochodu na szlamy, prawda?
!Maida Vale
learn the rules
then break some
then break some