17.03.2026, 12:03 ✶
Urd uniosła lekko kącik ust, jakby pytanie o rodzinę było czymś pomiędzy komplementem a żartem, którego pointy nigdy za bardzo nie lubiła, podobnie jak roztrząsania tego tematu nawet po całym antałku lokalnego piwa pachnącego ropą naftową i goryczą miasta przykrytego smogiem.
– Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach – rzuciła lekko, obracając kubek w palcach, jakby sprawdzała, czy dno nie zdradzi jej jakiejś prawdy, szczęśliwie jednak nie posiadała Widzenia aby odkrywać niemile widziane Ponuraki. – Na żywo bywa… mniej symetrycznie. – Wzruszyła ramionami na kropce wieńczące to zdanie, niedbale, ale nie całkiem obojętnie. Światło świec odbijało się w jej włosach i w pachnącym spokojem płynie, który właśnie uniosła do ust. Dziurawy Kocioł żył swoim zwyczajowym półchaosem, który brzmiał jak knajpy na całym świecie – gdzieś ktoś się śmiał za głośno, ktoś inny kłócił się o stawkę, kufle stuknęły o drewno zbyt ciężko, żeby było to przypadkowe, zespół... być może zaczynał się niecierpliwić, słuchacze czekali z niecierpliwością występu – ale dla Urd to wszystko to było znajomym tłem. Szumem morza, do którego nie trzeba się odwracać, żeby wiedzieć, że tam jest.
– Podróżuję – dodała po chwili, ciszej, jakby to słowo było wygodniejsze niż jakiekolwiek nazwisko.– Szukam sobie odpowiedzi… bez podszeptów pomarszczonej przeszłości i całego tego ciężaru, który ludzie dźwigają po mieczu czy kądzieli. – Uśmiechnęła się swobodnie, choć bardziej do własnych myśli niż do Lorraine. – Okazuje się, że bez tego oddycha się znacznie lżej.
Jej spojrzenie wróciło do rozmówczyni na wspomnienie Kniei, z wyraźnym zainteresowaniem, wskazującym, że z jej perspektywy, to znacznie ciekawszy temat niż ona sama. A jednak, gdy padło ostrzeżenie, Urd nie odezwała się od razu. Zamiast tego przyjrzała się uważniej Lorraine – temu drobnemu zawahaniu, temu niemal niezauważalnemu napięciu w dłoni sunącej po brzegu kubka, tej uldze, która przyszła chwilę później, gdy rozmowa skręciła w stronę muzyki.
Ach.
To było znacznie bardziej wymowne niż jakakolwiek opowieść o duchach.
Urd mimowolnie przygryzła wargę w ekscytacji, sięgając po kolejny łyk przyjemnej wizji przyszłości, jakby właśnie potwierdziła coś, co i tak przeczuwała.
Straszyło tam porządnie. Nie londyńsko.
Teraz jednak mówiły o muzyce, więc kokieteryjnie głowę w stronę Lorraine, opierając łokieć o blat baru. Jej ruchy były swobodne, miękkie, niemal leniwe — ale spojrzenie żywe, skupione w całości na niej, jakby reszta świata mogła się w tej chwili spokojnie rozpaść i nie zrobiłoby to na niej większego wrażenia.
– Oleander, Oleander… – dodała zaraz, ciszej, smakując to imię, które niosło ze sobą słodycz, ale też truciznę. – Brzmi jak ktoś, kto wie, że jest utalentowany. A to już połowa sukcesu. Rodzice go ukochali. Ale nie, nie słyszałam... jeszcze jak mniemam. To musi być jakiś chłoptaś ze szkoły, skoro zdążyłaś być jego nauczycielką i sfinalizować tę edukację... Przecież widać po Tobie, że ledwie ukończyłaś Hogwart. Zupełnie jakbyśmy były na tym samym roczniku – wydęła wargi w oczywistym żarcie. – Wracając do Twojego chłoptasia, lubię bardzo ludzi, którzy tworzą. Jeśli kiedyś na niego wpadnę, na pewno pomyślę od razu o jego intrygującej nauczycielce – zapewniła. – Zakład pogrzebowy i muzyka? To dopiero konsekwencja estetyczna! Najpierw wzruszyć, potem pochować. Albo odwrotnie? – Uniosła brew, jakby naprawdę rozważała tę kwestię. Zaraz potem pochyliła się bardziej i głos zniżyła do miękkiego szeptu podszytego szczerą ciekawością: – Powiedz mi, grasz dziś dla nich… czy dla siebie?
– Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach – rzuciła lekko, obracając kubek w palcach, jakby sprawdzała, czy dno nie zdradzi jej jakiejś prawdy, szczęśliwie jednak nie posiadała Widzenia aby odkrywać niemile widziane Ponuraki. – Na żywo bywa… mniej symetrycznie. – Wzruszyła ramionami na kropce wieńczące to zdanie, niedbale, ale nie całkiem obojętnie. Światło świec odbijało się w jej włosach i w pachnącym spokojem płynie, który właśnie uniosła do ust. Dziurawy Kocioł żył swoim zwyczajowym półchaosem, który brzmiał jak knajpy na całym świecie – gdzieś ktoś się śmiał za głośno, ktoś inny kłócił się o stawkę, kufle stuknęły o drewno zbyt ciężko, żeby było to przypadkowe, zespół... być może zaczynał się niecierpliwić, słuchacze czekali z niecierpliwością występu – ale dla Urd to wszystko to było znajomym tłem. Szumem morza, do którego nie trzeba się odwracać, żeby wiedzieć, że tam jest.
– Podróżuję – dodała po chwili, ciszej, jakby to słowo było wygodniejsze niż jakiekolwiek nazwisko.– Szukam sobie odpowiedzi… bez podszeptów pomarszczonej przeszłości i całego tego ciężaru, który ludzie dźwigają po mieczu czy kądzieli. – Uśmiechnęła się swobodnie, choć bardziej do własnych myśli niż do Lorraine. – Okazuje się, że bez tego oddycha się znacznie lżej.
Jej spojrzenie wróciło do rozmówczyni na wspomnienie Kniei, z wyraźnym zainteresowaniem, wskazującym, że z jej perspektywy, to znacznie ciekawszy temat niż ona sama. A jednak, gdy padło ostrzeżenie, Urd nie odezwała się od razu. Zamiast tego przyjrzała się uważniej Lorraine – temu drobnemu zawahaniu, temu niemal niezauważalnemu napięciu w dłoni sunącej po brzegu kubka, tej uldze, która przyszła chwilę później, gdy rozmowa skręciła w stronę muzyki.
Ach.
To było znacznie bardziej wymowne niż jakakolwiek opowieść o duchach.
Urd mimowolnie przygryzła wargę w ekscytacji, sięgając po kolejny łyk przyjemnej wizji przyszłości, jakby właśnie potwierdziła coś, co i tak przeczuwała.
Straszyło tam porządnie. Nie londyńsko.
Teraz jednak mówiły o muzyce, więc kokieteryjnie głowę w stronę Lorraine, opierając łokieć o blat baru. Jej ruchy były swobodne, miękkie, niemal leniwe — ale spojrzenie żywe, skupione w całości na niej, jakby reszta świata mogła się w tej chwili spokojnie rozpaść i nie zrobiłoby to na niej większego wrażenia.
– Oleander, Oleander… – dodała zaraz, ciszej, smakując to imię, które niosło ze sobą słodycz, ale też truciznę. – Brzmi jak ktoś, kto wie, że jest utalentowany. A to już połowa sukcesu. Rodzice go ukochali. Ale nie, nie słyszałam... jeszcze jak mniemam. To musi być jakiś chłoptaś ze szkoły, skoro zdążyłaś być jego nauczycielką i sfinalizować tę edukację... Przecież widać po Tobie, że ledwie ukończyłaś Hogwart. Zupełnie jakbyśmy były na tym samym roczniku – wydęła wargi w oczywistym żarcie. – Wracając do Twojego chłoptasia, lubię bardzo ludzi, którzy tworzą. Jeśli kiedyś na niego wpadnę, na pewno pomyślę od razu o jego intrygującej nauczycielce – zapewniła. – Zakład pogrzebowy i muzyka? To dopiero konsekwencja estetyczna! Najpierw wzruszyć, potem pochować. Albo odwrotnie? – Uniosła brew, jakby naprawdę rozważała tę kwestię. Zaraz potem pochyliła się bardziej i głos zniżyła do miękkiego szeptu podszytego szczerą ciekawością: – Powiedz mi, grasz dziś dla nich… czy dla siebie?