19.03.2026, 02:06 ✶
Zaskoczenie wzięło górę i to było pierwszym możliwym wytłumaczeniem, bo kto nie śledziłby chodzącego ideału? Taki scenariusz wydawał się jej wręcz naturalną koleją rzeczy. Szczególnie, że ostatnio naprawdę często na siebie wpadali i sama nie była pewna, czy jest przez to zła, czy raczej zadowolona. Pewnych emocji nie dopuszczała do siebie, a może udawała, że ich nie ma. Jej umysł, przyzwyczajony do porządkowania świata, niemal natychmiast spróbował znaleźć logiczne wyjaśnienie. Londyn nie był aż tak duży, by podobne spotkania były niemożliwe. Ale nie był też na tyle mały, by zdarzały się tak często. Wierzyła jednak, że nie był typem człowieka, który traciłby czas na śledzenie kobiety, nawet jeśli by mu się podobała. A nawet jeśli postanowiłby kogoś śledzić, to chyba nie robiłby tego w tak nieudolny, widoczny sposób.
Kącik jej ust drgnął niemal niezauważalnie, jakby słowa, które właśnie padły, nie tyle ją dotknęły, co rozbawiły w sposób, którego nie zamierzała mu w pełni okazywać. Przez krótką chwilę patrzyła na niego w milczeniu.
- Ewidentne niedopatrzenie - mruknęła w końcu, unosząc arogancko podbródek. Linia jej szyi wydłużyła się subtelnie, a spojrzenie, które jeszcze przed chwilą było jedynie uważne, nabrało ostrości. Nie tej chłodnej, odpychającej, bardziej tej charakterystycznej dla niej - zadziornej, pewnej siebie, balansującej gdzieś na granicy prowokacji i elegancji. Przesunęła ciężar ciała na drugą nogę, jakby całe to spotkanie było dla niej czymś zupełnie nieistotnym - przypadkowym przystankiem między jednym a drugim krokiem. A jednak jej palce, wciąż zaciśnięte na papierowej torbie, zdradzały, że była bardziej obecna, niż chciała to okazać.
- A może ja nie chcę być obiektem twojego nowego hobby, hm? Może nie lubię takiego wyskakiwania na mnie... z krzakami czy bez - to wszystko było na tyle absurdalne, że kontynuowała wątek. Nie cofnęła spojrzenia. Wręcz przeciwnie, utrzymała je na nim z pewnością, która sprawiała, że rozmówca miał wrażenie, że jest w danej chwili jedyną rzeczą, na której skupiała uwagę. Bo w tej absurdalności było coś niepokojąco przyjemnego. - Oczekuję poprawy, panie Lestrange. - uniosła lekko brew, a na jej ustach pojawił się krótki, ulotny uśmiech.
- To co tu robisz? W wolnych chwilach napawasz się cierpieniem innych? - kolejny uśmiech, tym razem ten złośliwy. Na tablicach ludzie w większości opisywali straty i szukali pomocy. To po co je czytał? Stare wyobrażenie o nim podpowiadało same najgorsze powody. Jednak wspomnienie pożaru wróciło szybciej, niż zdołała mrugnąć, ale tak to bywa z nieprzepracowanymi traumami. Mignęły jej przed oczami obrazy atakujących mugolaków i jego, ratującego jej życie. Może tylko sprawiał pozory zimnego? Może to klątwa: za dnia gbur, udający, że nic go nie rusza, a w nocy zaś rycerz na białym koniu, ratujący damy z opresji? Wciąż próbowała go rozgryźć, wciąż bezskutecznie.
- Nie, po prostu przeglądałam ogłoszenia, czasami dotyczą dzieł sztuki - nie wspomniała już o tym, że jej motywacją było łowienie okazji i odkupywanie rzadkich egzemplarzy za bezcen. Zamiast tego uniosła lekko wzrok, znów kierując go na Rodolphusa. Jej spojrzenie było spokojne, niemal obojętne. - Ale znalazłam ogłoszenie pani Alderley. Była koleżanką mojej babci, gdy ta jeszcze żyła. Dobrze ją wspominam, a wiem, że nie ma nikogo na świecie, więc po prostu tam pójdę i zobaczę, co da się zrobić - wyjaśniła, jakby chciała powiedzieć, że właściwie to się spieszy.
Kącik jej ust drgnął niemal niezauważalnie, jakby słowa, które właśnie padły, nie tyle ją dotknęły, co rozbawiły w sposób, którego nie zamierzała mu w pełni okazywać. Przez krótką chwilę patrzyła na niego w milczeniu.
- Ewidentne niedopatrzenie - mruknęła w końcu, unosząc arogancko podbródek. Linia jej szyi wydłużyła się subtelnie, a spojrzenie, które jeszcze przed chwilą było jedynie uważne, nabrało ostrości. Nie tej chłodnej, odpychającej, bardziej tej charakterystycznej dla niej - zadziornej, pewnej siebie, balansującej gdzieś na granicy prowokacji i elegancji. Przesunęła ciężar ciała na drugą nogę, jakby całe to spotkanie było dla niej czymś zupełnie nieistotnym - przypadkowym przystankiem między jednym a drugim krokiem. A jednak jej palce, wciąż zaciśnięte na papierowej torbie, zdradzały, że była bardziej obecna, niż chciała to okazać.
- A może ja nie chcę być obiektem twojego nowego hobby, hm? Może nie lubię takiego wyskakiwania na mnie... z krzakami czy bez - to wszystko było na tyle absurdalne, że kontynuowała wątek. Nie cofnęła spojrzenia. Wręcz przeciwnie, utrzymała je na nim z pewnością, która sprawiała, że rozmówca miał wrażenie, że jest w danej chwili jedyną rzeczą, na której skupiała uwagę. Bo w tej absurdalności było coś niepokojąco przyjemnego. - Oczekuję poprawy, panie Lestrange. - uniosła lekko brew, a na jej ustach pojawił się krótki, ulotny uśmiech.
- To co tu robisz? W wolnych chwilach napawasz się cierpieniem innych? - kolejny uśmiech, tym razem ten złośliwy. Na tablicach ludzie w większości opisywali straty i szukali pomocy. To po co je czytał? Stare wyobrażenie o nim podpowiadało same najgorsze powody. Jednak wspomnienie pożaru wróciło szybciej, niż zdołała mrugnąć, ale tak to bywa z nieprzepracowanymi traumami. Mignęły jej przed oczami obrazy atakujących mugolaków i jego, ratującego jej życie. Może tylko sprawiał pozory zimnego? Może to klątwa: za dnia gbur, udający, że nic go nie rusza, a w nocy zaś rycerz na białym koniu, ratujący damy z opresji? Wciąż próbowała go rozgryźć, wciąż bezskutecznie.
- Nie, po prostu przeglądałam ogłoszenia, czasami dotyczą dzieł sztuki - nie wspomniała już o tym, że jej motywacją było łowienie okazji i odkupywanie rzadkich egzemplarzy za bezcen. Zamiast tego uniosła lekko wzrok, znów kierując go na Rodolphusa. Jej spojrzenie było spokojne, niemal obojętne. - Ale znalazłam ogłoszenie pani Alderley. Była koleżanką mojej babci, gdy ta jeszcze żyła. Dobrze ją wspominam, a wiem, że nie ma nikogo na świecie, więc po prostu tam pójdę i zobaczę, co da się zrobić - wyjaśniła, jakby chciała powiedzieć, że właściwie to się spieszy.
learn the rules
then break some
then break some