19.03.2026, 19:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.03.2026, 20:13 przez Brenna Longbottom.)
Powrót po zakupach godzinę później.
Uśmiechnęła się na widok książek, ale roześmiała przy pozytywce, zarówno ze względu na wybór, jak i fakt, że w gruncie rzeczy ich myśli pobiegły podobnymi torami. Piosenka z Beltane i ze snu, wianek i płomień z Beltane i z przedziwnej wizji utkanej z magii i śpiewu tamtego grajka, który we śnie nosił imię Jaskra.
Kamień wywołał pewną konsternację, której jednak po sobie nie okazała.
– A to aluzja, że jestem twardogłowa? – spytała żartobliwie, przyjmując prezent. – Dziękuję, to bardzo ładny kamień – oświadczyła, i nawet nie było w tych słowach nieszczerości, bo naprawdę nie była wybredna, gdy chodziło o prezenty. Wsunęła kamień do kieszeni, nim odebrali klatki i teleportowali się do niemagicznego.
Jakoś odruchowo przez chwilę nasłuchiwała, jeszcze nim otworzyła drzwi zabezpieczone świeżo przekładnią, a potem zmarszczyła brwi, bo wydało się jej, że… z mieszkania faktycznie dochodzą jakieś odgłosy. Jej ruchy zrobiły się nieco zbyt gwałtowne, gdy wpisywała kod, a torba została porzucona na podłogę, by ręka mogła sięgnąć po różdżkę.
Kiedy jednak Brenna pchnęła drzwi, w środku nikogo nie było.
Znaczy się: żadnego człowieka.
Wyglądało na to, że źródłem dźwięków była… sowa. Musiała wlecieć przez uchylone okno i siedziała teraz na oparciu czerwonego fotela, pohukując cicho i co jakiś czas jakby podskakując. Przyniosła list i paczkę, ale spojrzenie utkwiła w pisklaku: ot chyba była bardzo zaintrygowana dziwnym ptaszkiem. Brenna niby powinna odetchnąć z ulgą, ale tego nie zrobiła. Zamiast podnieść torbę wmaszerowała do środka i odwiozła list i paczkę tak jakby trzymała… no, nie bombę, bo nie wiedziała, że taką można komuś posłać, ale z pewną podejrzliwością. Naprawdę przez moment sądziła, że zobaczy kolejną białą kopertę, a w niej albo jakieś dziwne wierszyki od Stanleya albo kolejne zdjęcia od nie wiadomo kogo, kto wlazł w środku nocy do tego mieszkania. I rozluźniła ramiona dopiero, gdy dostrzegła, że jednak jest imię i nazwisko nadawcy, i brzmią one Theodor Nott. Znajomy z Hogwartu, dawny pałkarz Gryfonów.
Uśmiechnęła się na widok książek, ale roześmiała przy pozytywce, zarówno ze względu na wybór, jak i fakt, że w gruncie rzeczy ich myśli pobiegły podobnymi torami. Piosenka z Beltane i ze snu, wianek i płomień z Beltane i z przedziwnej wizji utkanej z magii i śpiewu tamtego grajka, który we śnie nosił imię Jaskra.
Kamień wywołał pewną konsternację, której jednak po sobie nie okazała.
– A to aluzja, że jestem twardogłowa? – spytała żartobliwie, przyjmując prezent. – Dziękuję, to bardzo ładny kamień – oświadczyła, i nawet nie było w tych słowach nieszczerości, bo naprawdę nie była wybredna, gdy chodziło o prezenty. Wsunęła kamień do kieszeni, nim odebrali klatki i teleportowali się do niemagicznego.
Jakoś odruchowo przez chwilę nasłuchiwała, jeszcze nim otworzyła drzwi zabezpieczone świeżo przekładnią, a potem zmarszczyła brwi, bo wydało się jej, że… z mieszkania faktycznie dochodzą jakieś odgłosy. Jej ruchy zrobiły się nieco zbyt gwałtowne, gdy wpisywała kod, a torba została porzucona na podłogę, by ręka mogła sięgnąć po różdżkę.
Kiedy jednak Brenna pchnęła drzwi, w środku nikogo nie było.
Znaczy się: żadnego człowieka.
Wyglądało na to, że źródłem dźwięków była… sowa. Musiała wlecieć przez uchylone okno i siedziała teraz na oparciu czerwonego fotela, pohukując cicho i co jakiś czas jakby podskakując. Przyniosła list i paczkę, ale spojrzenie utkwiła w pisklaku: ot chyba była bardzo zaintrygowana dziwnym ptaszkiem. Brenna niby powinna odetchnąć z ulgą, ale tego nie zrobiła. Zamiast podnieść torbę wmaszerowała do środka i odwiozła list i paczkę tak jakby trzymała… no, nie bombę, bo nie wiedziała, że taką można komuś posłać, ale z pewną podejrzliwością. Naprawdę przez moment sądziła, że zobaczy kolejną białą kopertę, a w niej albo jakieś dziwne wierszyki od Stanleya albo kolejne zdjęcia od nie wiadomo kogo, kto wlazł w środku nocy do tego mieszkania. I rozluźniła ramiona dopiero, gdy dostrzegła, że jednak jest imię i nazwisko nadawcy, i brzmią one Theodor Nott. Znajomy z Hogwartu, dawny pałkarz Gryfonów.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.