Skrzywił się wyraźnie, słysząc jego odpowiedź, ale w sposób w jaki człowiek krzywił się, kiedy miał do czynienia z irytującą muchą. Nie dość, że przerywał mu poranne remonty, to jeszcze próbował być sprytny w tym jakiej odpowiedzi udzielał. Atreus absolutnie nie wstydził się tego, jak go rodzice nazwali. W sumie to nawet bardzo swoje imię lubił, bo gdzieś pomiędzy unikaniem obowiązków nauczył się, co w ogóle znaczyło i bardzo szybko stwierdził że pasowało do niego idealnie. Miało ładne brzmienie, było nietypowe… nie to co taki Alexander, bo tych to było na pęczki i jeden gorszy od drugiego, jak mógł się domyślać. Szacunku natomiast, istotnie miał niewiele. Jego szanowny sąsiad sobie bowiem na ten szacunek niezbyt zasłużył. Ani się wcześniej nie przyszedł kulturalnie przywitać, ani zapoznać, ani powiedzieć że od teraz byli sąsiadami. Nic z tych rzeczy. Zamiast tego stawał dzisiaj na jego progu, wyglądając jakby mu ktoś co najmniej nasrał wcześniej do butów i cedził słowa z właściwą manierą człowieka niezadowolonego.
- Pan się nie martwi o moich majstrów - rzucił z wyższością, mierząc go od stóp do głów, jakby oceniał czy faktycznie był w stanie zaoferować jego pracownikom lepsze sposoby na zarobek. Do jakichkolwiek wniosków doszedł, wyglądał dokładnie tak samo, czyli wciąż był niezadowolony że ktokolwiek mu przeszkadzał i to dodatkowo w taki sposób. - дебила? - powtórzył, pewnie i nawet trochę nieudolnie, ale nie zamierzał przesadnie łamać się nad tym czy właśnie poprawnie wypluwał z siebie obce słówka. - A więc to o to chodzi? Przyjechał pan sobie z… gdziekolwiek tam mówią tymi szlaczkami, ludzki język to na pewno nie jest, i uważa że wszyscy się mają dostosowywać, tak? No więc ja panu powiem na to tak: spierdalaj człowieku i odpierdol się od moich majstrów, bo młotkiem to ja zaraz tobie przefasonuję gębę tak, że żadnego szlaczka więcej nie powiesz. — wydawał się z siebie całkiem dumny, unosząc nieco podbródek, w jakimś niemal wyzywającym geście. Nikt mu przecież nie będzie tutaj gadał, co on może, co nie może, a co powinien. To był jego dom, jego majstrowie i jego cholerny remont. Gdyby szanowny pan sąsiad potrzebował, to proszę bardzo, mógł sobie zainstalować jakieś wyciszające zaklęcia, które pomogą mu tego stukania i pukania nie słyszeć. Ba, Atreus dałby mu nawet ku temu błogosławieństwo. Dałby, gdyby pan był nieco milszy. Ale nie, musiał przyjść z pretensjami, cedząc je jakby nic gorszego mu się w życiu przytrafiło. No i jak takiego brać tutaj na poważnie?
Bustrode zmierzył Alexandra jeszcze raz spojrzeniem nieprzychylnym, które jasno sugerowało, że powinien się stąd pośpiesznie zabrać. Po pierwsze, auror nie miał na tę interakcję najmniejszej ochoty, a po drugie to nie miał na to czasu. Może i było rano, ale to miały to do siebie, że przynajmniej niektórzy musieli niedługo udać się do pracy, a on niestety zaliczał się do tegoż nieszczęsnego grona. A może powiedziałby tak kiedyś, bo teraz niemalże oddychał pracą, znajdując niej konieczne dla siebie oderwanie od problemów rzeczywistości. Robił wszystko, byleby tylko nie myśleć za długo o Spalonej Nocy i tym, co mu zabrała. Nie chciał myśleć o tej jednej osobie, która wydawała mu się w rodzinie najbliższa. Florence. Było coś w siostrze takiego, co zawsze było w stanie polepszyć jego dzień, nawet wtedy gdy zwyczajnie na niego krzyczała. Oczywiście, był jeszcze Orion, ale starszy brat, cóż, był tylko starszym bratem. Kimś, z kim stał ramię w ramię i o kim wiedział, że poradzi sobie w każdej sytuacji. W końcu też był aurorem, zupełnie tak jak on, ale ich starsza siostra? Miała nieść pomoc, miała być lekarzem. Miała patrzeć na nich troskliwym okiem, ale zamiast tego oddała swoje życie za obcych i Atreus łapał się na tym, że nie był pewien czy ci w ogóle na to zasłużyli. Ba, był przekonany, że gdyby mógł przehandlować cudze życie za nią, zrobiłby to bez mrugnięcia okiem.
Ale pomimo tej nieznośnej tęsknoty, która wcale nie chciała od niego odejść, wciąż nie mógł zebrać się do tego, by przeczytać list który od niej dostał. Wydawało mu się to niemal okrutne, że po swojej wizji Spalonej Nocy postanowiła nakreślić tych parę słów. Słów, które miały trafić do niego dopiero w momencie gdy ta wizja się spełni, a jej już wcale nie będzie na świecie. Bał się może, że miałaby go w tym liście zwymyślać, a jednocześnie miał nadzieję, że było tam coś pocieszającego. Jedno i drugie nie było stanie przeważyć, pozostawiając go w jakimś dziwacznym niebycie, z którego nie mógł się wyrwać. Nosił więc ten list zawsze ze sobą. Kopertę wsuwał do wewnętrznych kieszeni płaszczy, szat czy nawet koszuli. U kogoś innego uznałby to za zwyczajną słabość, ale kiedy chodziło o niego? Cholera, miał do tego jak największe prawo.
— Wypierdalaj, mówię ostatni raz — warknął do Aristova nagle i ostro, mierząc go spojrzeniem ostatni raz, a potem zamachnął się i trzasnął drzwiami. Jakże wymownie i zupełnie nieprzerysowanie. Czuł, że przez tą wizytę, ten dzień wcale nie mógł być dobry. Coś na pewno musiało się jeszcze dzisiaj spierdolić i niestety, on będzie musiał brać w tym udział. Zamknął drzwi na skobel, zanim pan sąsiad zaczął się na nowo awanturować, a potem wrócił do saloniku, stając przed majstrami. Poinstruował ich, by wracali do roboty, bo nie było się tutaj czym przejmować. Następnie sam zwrócił swoje kroki do kuchni, chcąc uzupełnić nieco zawartość kofeiny we krwi, zanim przyjdzie mu teleportować się do Ministerstwa Magii.