20.03.2026, 12:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.03.2026, 11:19 przez Gabriel Montbel.)
Gabriel miał stanowczo za dużo myśli i co najmniej dwa razy tyle uczuć.
Był tu za prędko. Ta rana jeszcze się tak na prawdę nie zagoiła, choć oczywiście krnąbrna pijawka chciała ją wymodelować według własnego widzimisię i tak to się teraz kończyło. Zbiorową histerią.
Podążył za spojrzeniem Jonathana do łazienki.
– Być może po tym słynnym napowietrznym koncercie nie mogłem znieść myśli, że ruchasz się z tym dzieciakiem, którego zabrałeś ze sobą i bardzo źle się czułem w związku z tym więc poszedłem na polowanie, gdzie spotkałem bruneta, który po zmrużeniu oczu był wystarczająco podobny do Ciebie... – Gabriel pamiętał tę interakcję jak przez mgłę. Głuche uderzenie o deski teatru, jego krew, własne łzy i pragnienie śmierci ciążące na piersi tak silne, że zapewne gdyby ten dzieciak nie otworzył przed nim swoich żył, to by go tak znaleźli rano i wyrzucili jak zmiętą ścierkę prosto na słońce. – Być może, nie wchodząc w konkretne dane związane z imieniem czy nazwiskiem, wyrażałem swój głęboki żal i tęsknotę, za mężczyzną, który najpierw udowodnił mi, że mogę kochać tylko po to, żeby przed tą miłością uciec. Tutaj. Do kamienicy z tandetnym barkiem i rodziny, która nigdy nie miała dowiedzieć się o moim istnieniu. – Zaciągnął z sykiem powietrze odwracając się od Jonathana i wracając na miejsce, na którym rozlał się raz po wejściu.
– A teraz ona... ta kobieta, przy której czuję spokój, przy której moja głowa w końcu przestaje jątrzyć i sabotować każde działanie. – Podciągnął kolano, depcząc piętą tapicerkę, tylko po to by mieć dobre podparcie pod łokieć, ażeby jego przedramię było dobrym podparciem dla wspomnianej ciężkiej głowy. – Może i nie rzuciłeś na mnie uroku, ale jestem tak przeklęcie sentymentalny, że z trudem znoszę samego siebie. To tak szalenie upokarzające. – Przymknął powieki w pełni świadomości, że po prostu przyszedł tu za szybko. Ciężko mu jednak było też wyczuć żywot śmiertelnych. Może jakby w końcu uznał, że jest dobry czas na ponowną interakcję, to Jonathan miałby już ponad setkę i odstręczał demencją i brakiem wewnętrznego blasku, którym zawsze tak miło było się ogrzać? Brzmiało to jak poznawanie się na nowo, a nie korzystanie z tej samej, tylko niezbędnej do odbudowania, znajomości.
– Odpowiadając na Twoje niezadane jeszcze pytanie - nie robiłem tego Tobie po złości. W sensie nie spotkałem się z Hannibalem po złości. To była mugolska dzielnica, początkowo nawet nie wiedziałem, że to mag. Gdybym chciał coś zrobić Tobie po złości, to bym nieco inaczej pokierował rozmową z tym trzecim... – zmrużył oczy w zastanowieniu. – Thima? Theo? Ten najmłodszy. Urocza bułka, choć nieco zbyt głośno krzyczy o tym jacy mugole są fajni przy bieżącym angielskim klimacie. Ale jak mniemam... to kwestia krwi matki? – W intencji nie miało to brzmieć jak groźba i próba zastraszania, ale może nie było to zbyt rozważne wspominać o tych spotkaniach jedno po drugim. O hrabim jednak można było powiedzieć wiele, ale raczej nie to, że był rozważną osobą. – Albo odwiedziłbym tą ambasadorską mendę Twojego szefa. Albo przez Bletchleya władowałbym Ci się do biura, jako konsultant do spraw wszelakich. Och po złości mógłbym zrobić Ci tyle rzeczy, mam wrażenie, że w ogóle tego nie doceniasz. – burknął, absolutnie przekonany, że to co mówi ma cały sens tego świata.
Był tu za prędko. Ta rana jeszcze się tak na prawdę nie zagoiła, choć oczywiście krnąbrna pijawka chciała ją wymodelować według własnego widzimisię i tak to się teraz kończyło. Zbiorową histerią.
Podążył za spojrzeniem Jonathana do łazienki.
– Być może po tym słynnym napowietrznym koncercie nie mogłem znieść myśli, że ruchasz się z tym dzieciakiem, którego zabrałeś ze sobą i bardzo źle się czułem w związku z tym więc poszedłem na polowanie, gdzie spotkałem bruneta, który po zmrużeniu oczu był wystarczająco podobny do Ciebie... – Gabriel pamiętał tę interakcję jak przez mgłę. Głuche uderzenie o deski teatru, jego krew, własne łzy i pragnienie śmierci ciążące na piersi tak silne, że zapewne gdyby ten dzieciak nie otworzył przed nim swoich żył, to by go tak znaleźli rano i wyrzucili jak zmiętą ścierkę prosto na słońce. – Być może, nie wchodząc w konkretne dane związane z imieniem czy nazwiskiem, wyrażałem swój głęboki żal i tęsknotę, za mężczyzną, który najpierw udowodnił mi, że mogę kochać tylko po to, żeby przed tą miłością uciec. Tutaj. Do kamienicy z tandetnym barkiem i rodziny, która nigdy nie miała dowiedzieć się o moim istnieniu. – Zaciągnął z sykiem powietrze odwracając się od Jonathana i wracając na miejsce, na którym rozlał się raz po wejściu.
– A teraz ona... ta kobieta, przy której czuję spokój, przy której moja głowa w końcu przestaje jątrzyć i sabotować każde działanie. – Podciągnął kolano, depcząc piętą tapicerkę, tylko po to by mieć dobre podparcie pod łokieć, ażeby jego przedramię było dobrym podparciem dla wspomnianej ciężkiej głowy. – Może i nie rzuciłeś na mnie uroku, ale jestem tak przeklęcie sentymentalny, że z trudem znoszę samego siebie. To tak szalenie upokarzające. – Przymknął powieki w pełni świadomości, że po prostu przyszedł tu za szybko. Ciężko mu jednak było też wyczuć żywot śmiertelnych. Może jakby w końcu uznał, że jest dobry czas na ponowną interakcję, to Jonathan miałby już ponad setkę i odstręczał demencją i brakiem wewnętrznego blasku, którym zawsze tak miło było się ogrzać? Brzmiało to jak poznawanie się na nowo, a nie korzystanie z tej samej, tylko niezbędnej do odbudowania, znajomości.
– Odpowiadając na Twoje niezadane jeszcze pytanie - nie robiłem tego Tobie po złości. W sensie nie spotkałem się z Hannibalem po złości. To była mugolska dzielnica, początkowo nawet nie wiedziałem, że to mag. Gdybym chciał coś zrobić Tobie po złości, to bym nieco inaczej pokierował rozmową z tym trzecim... – zmrużył oczy w zastanowieniu. – Thima? Theo? Ten najmłodszy. Urocza bułka, choć nieco zbyt głośno krzyczy o tym jacy mugole są fajni przy bieżącym angielskim klimacie. Ale jak mniemam... to kwestia krwi matki? – W intencji nie miało to brzmieć jak groźba i próba zastraszania, ale może nie było to zbyt rozważne wspominać o tych spotkaniach jedno po drugim. O hrabim jednak można było powiedzieć wiele, ale raczej nie to, że był rozważną osobą. – Albo odwiedziłbym tą ambasadorską mendę Twojego szefa. Albo przez Bletchleya władowałbym Ci się do biura, jako konsultant do spraw wszelakich. Och po złości mógłbym zrobić Ci tyle rzeczy, mam wrażenie, że w ogóle tego nie doceniasz. – burknął, absolutnie przekonany, że to co mówi ma cały sens tego świata.