23.03.2026, 15:01 ✶
– Pewnie ciężko coś takiego załatwić, bo są nielegalne. A to jeśli dobrze rozumiem, o co ci chodzi, musiałby być bardzo szczególny świstoklik.
Nie żeby Rosier przejmował się jakoś szczególnie tą częścią z tym, że są nielegalne. Gorzej jednak z tym, że ich załatwienie nie było takie proste, no i w wypadku tego typu świstoklików ryzykowałeś. Niewielu ludzi było Albusem Dumbledorem, który mógł machnąć sobie różdżką i stworzyć coś takiego ot na pstryknięcie palców.
– Jak Atreus? Czuję, że kryje się za tym jakaś fascynująca opowieść? – spytał, spoglądając na Victorię z nowym zainteresowaniem, bo nie słyszał żadnej historii o Atreusie i teleportacji. Przy okazji znowu przypomniał sobie o gęsi i nawet już otworzył usta, by o to zapytać, ale tym razem doszedł do wniosku, że być może moment, w którym chodzą po ruinach jej rodzinnego domu i ktoś zostawił tutaj jakąś nieprzyjemną magię, nie jest najlepszym do wypytywania o dziobanie przez drób. – Pozostaje mi sprawić sobie latający dywan.
Nie mówił poważnie, oczywiście. Ostatnia podróż na latającym dywanie, która miała być romantyczna, skończyła się tym, że obiecał sobie nigdy więcej nie wejść na tak diabelskie narzędzie.
– Szlafroki – oświadczył z poważną miną, i może bezczelnością, może odwagą, na którą pewnie nie pozwoliłby sobie w szerszym gronie. Christopher mógł jasno mówić, że tę całą Spaloną potępia, bo nie bardzo rozumiał, jak ktoś poza Voldemortem mógł uznać palenie miasta i zabijania ludzi jak leci za usprawiedliwione. Ale nie zamierzał w żaden sposób wypowiadać się o śmierciożercach czy samym Voldemorcie tam, gdzie mógł usłyszeć go ktoś, kto przekazałby to dalej.
Za żadne skarby nie przyznałby, że się boi, ale chyba ta Spalona zaszczepiła w nim odrobinę strachu.
– Sądzisz, że to mogła być klątwa albo czarna magia? – spytał, poważniejąc. Nie znał się na tym. Nie wiedział nawet, że powinien sprawdzić, czy czuć tu charakterystyczny zapach spalenizny i dymu… zapach, który właściwie teraz ciężko było wyłapać, bo może i wywietrzało, ale jednak wszystko wokół spłonęło ledwo półtora miesiąca temu. Za to nagle stał się jakby trochę bardziej ostrożny i nawet wyciągnął różdżkę.
Przy jej pytaniu wahał się co najwyżej przez mgnienie oka.
Może poza nauczycielem muzyki powinien także zdobyć sobie nauczyciela zaklęć bojowych.
Gdyby po prostu został, wyglądałoby to źle, nawet jeśli nie mógł naprawdę pomóc. Kłóciłoby się z jego postrzeganiem samego siebie i musiałby sobie mocno uzasadniać, dlaczego postąpił w najlepszy sposób. No i poza tym, chyba, trochę by się martwił, gdyby weszła gdzieś, gdzie zaklęcia mogły urywać nogi.
– Mam nadzieję, że nie zawali się to nam na głowy – stwierdził, ruszając za nią.
Nie żeby Rosier przejmował się jakoś szczególnie tą częścią z tym, że są nielegalne. Gorzej jednak z tym, że ich załatwienie nie było takie proste, no i w wypadku tego typu świstoklików ryzykowałeś. Niewielu ludzi było Albusem Dumbledorem, który mógł machnąć sobie różdżką i stworzyć coś takiego ot na pstryknięcie palców.
– Jak Atreus? Czuję, że kryje się za tym jakaś fascynująca opowieść? – spytał, spoglądając na Victorię z nowym zainteresowaniem, bo nie słyszał żadnej historii o Atreusie i teleportacji. Przy okazji znowu przypomniał sobie o gęsi i nawet już otworzył usta, by o to zapytać, ale tym razem doszedł do wniosku, że być może moment, w którym chodzą po ruinach jej rodzinnego domu i ktoś zostawił tutaj jakąś nieprzyjemną magię, nie jest najlepszym do wypytywania o dziobanie przez drób. – Pozostaje mi sprawić sobie latający dywan.
Nie mówił poważnie, oczywiście. Ostatnia podróż na latającym dywanie, która miała być romantyczna, skończyła się tym, że obiecał sobie nigdy więcej nie wejść na tak diabelskie narzędzie.
– Szlafroki – oświadczył z poważną miną, i może bezczelnością, może odwagą, na którą pewnie nie pozwoliłby sobie w szerszym gronie. Christopher mógł jasno mówić, że tę całą Spaloną potępia, bo nie bardzo rozumiał, jak ktoś poza Voldemortem mógł uznać palenie miasta i zabijania ludzi jak leci za usprawiedliwione. Ale nie zamierzał w żaden sposób wypowiadać się o śmierciożercach czy samym Voldemorcie tam, gdzie mógł usłyszeć go ktoś, kto przekazałby to dalej.
Za żadne skarby nie przyznałby, że się boi, ale chyba ta Spalona zaszczepiła w nim odrobinę strachu.
– Sądzisz, że to mogła być klątwa albo czarna magia? – spytał, poważniejąc. Nie znał się na tym. Nie wiedział nawet, że powinien sprawdzić, czy czuć tu charakterystyczny zapach spalenizny i dymu… zapach, który właściwie teraz ciężko było wyłapać, bo może i wywietrzało, ale jednak wszystko wokół spłonęło ledwo półtora miesiąca temu. Za to nagle stał się jakby trochę bardziej ostrożny i nawet wyciągnął różdżkę.
Przy jej pytaniu wahał się co najwyżej przez mgnienie oka.
Może poza nauczycielem muzyki powinien także zdobyć sobie nauczyciela zaklęć bojowych.
Gdyby po prostu został, wyglądałoby to źle, nawet jeśli nie mógł naprawdę pomóc. Kłóciłoby się z jego postrzeganiem samego siebie i musiałby sobie mocno uzasadniać, dlaczego postąpił w najlepszy sposób. No i poza tym, chyba, trochę by się martwił, gdyby weszła gdzieś, gdzie zaklęcia mogły urywać nogi.
– Mam nadzieję, że nie zawali się to nam na głowy – stwierdził, ruszając za nią.