Poranek w domu Longbottomów dla wtajemniczonych w to, co miało się wydarzyć podczas sabatu, upływał przede wszystkim pod znakiem oczekiwania. Wciąż na coś czekali. Jedząc powoli śniadanie, liczyli kolejne minuty, aż zbierze się reszta lokatorów, którzy mieli im pomóc. Potem musieli pójść na miejsce spotkania i tam popisać się cierpliwością w oczekiwaniu na resztę członków organizacji zainteresowanych udziałem w rytuale. A potem musieli jeszcze spędzić cały dzień na obchodach, cały czas mając z tyłu głowy myśl, że w najmniej spodziewanym momencie, niebo może spaść im na głowy. Nie dosłownie, a raczej w przenośni. Chyba że Czarny Pan miał plan B, o którym żadne źródło im nie doniosło.
— Jak enigmatycznie — skomentował cicho, narzucając na siebie wierzchnią część munduru, zanim opuścili rezydencję.
Podobnie jak siostra nie miał zbyt dużego wyboru w kwestii tego, co go czeka podczas Beltane. Musiał pogodzić ze sobą obowiązki detektywa Brygady Uderzeniowej oraz aktywnego członka Zakonu Feniksa. Nie było to łatwe zadanie, jednak współpraca z obiema tymi grupami wyraźnie świadczyła o tym, że był jeden wybór, na który nie będzie w stanie się zdecydować, czyli pełnoprawna ucieczka z obchodów. Nie miałby za złe innym, gdyby postanowili nie ryzykować własnego życia. Nie każdy był stworzony do walki, a poza tym ich umiejętności mogłyby się przydać gdzie indziej niż w ogniu intensywnej potyczki.
On jednak nie mógł sobie pozwolić na ten komfort, aby usunąć się z miejsca zdarzenia. Lojalność wobec organizacji, której zasady i idee były mu tak drogie, zmuszały go do podjęcia konkretnych działań. Erik zakręcił różdżką w dłoniach, obserwując jak krople wosku zastygły na czole Brenny. Cóż, skoro ona się na to zdecydowała, to on powinien być następny w kolejce. Bez słowa odebrał od dziewczyny akcesoria do rytuału i powtórzył po niej każdy krok, krzywiąc się i sycząc pod nosem, gdy gorąca substancja zatrzymała się na jego skórze. Cierpienie w imię wyższej sprawy. Lepsze to niż Cruciatus prosto w twarz, skomentował bezgłośnie, przekazując kadzidło oraz świecę kolejnej chętnej osobie.
— Możecie poczuć minimalne oparzenie — ostrzegł sprawiedliwie, chociaż sam już zbytnio tego nie czuł. Wosk szybko zastygł. — Mam na dzieję, że to wytrzyma. — Zerknął pytająco na Brennę, zakładając, że ta ma najwięcej informacji, skoro zamówiła cały ten sprzęt. Poza tym z uwagi na swoje specjalne umiejętności miała więcej doświadczenia w magicznych rytuałach. — Jest ranek, a jeśli mamy tam siedzieć do późnej nocy albo, Merlinie chroń, do rana, to lepiej, żeby efekty nagle nie osłabły.
Jeśli coś tutaj sknocą, to ciężko będzie zebrać całą ekipę w odosobnieniu podczas samego Beltane. Za dużo ludzi, poza tym mieli wyznaczone trasy patrolowe, których powinni pilnować, dopóki sytuacja nie eskaluje ponad normę.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞