25.03.2026, 22:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2026, 22:15 przez Millie Moody.)
Moody szczerze nienawidziła tego jakie Astoria robiła na niej wrażenie.
Zawsze też wolała blondynki, więc typiara absolutnie nie była w jej typie. Tak trzeba było sobie powtarzać, żeby przypadkiem nie wziąć mocniejszego oddechu w cichym zastanowieniu czym pachnie jej skóra.
Problem polegał też na tym, że zwykłe „bardzo dobrze” mile połaskotało dziewczynę w podniebienie. Poczuła charakterystyczne mrowienie, przyjemność płynącą z prostego faktu bycia docenioną, ale też nie spuszczoną w kiblu za sam fakt tego kim była, a może - przede wszystkim - jaka była.
- No no, na rynku są dostępne tak. - powtórzyła za nią, z fascynacją przyglądając się temu, że rzeczywiście ten kolor teraz mniej wyglądał jak kupa, a bardziej jak coś co chciłałaby umieścić na swoim obrazie. - Frustracja to moje drugie imię, idzie się przyzwyczaić - wypaliła również, nieco bezmyślnie, niezadowolona, że nagle seksowna nauczycielka zaczęła mówić bardziej do grupy, niż do niej. Po co było tu więcej ludzi? To nie miało absolutnie sensu. O ileż lekcje byłyby przyjemniejsze, gdyby siedziały tu tylko we dwójkę.
Fuknęła niezadowolona, ale szybko się uspokoiła, gdy uważność instruktorki znów otoczyła jej osobę.
Kiedy ostatnio ktoś jej tak powiedział? Kiedy KTOKOLWIEK jej tak powiedział?
Przygryzła wargę, czując jak czerwień zalewa jej blade policzki, gdy patrzy na twarz Astorii może o pół minuty za dużo. Bardzo, bardzo chciała powiedzieć, że nie dosłyszała, że bardzo by chciała, żeby Avery to powtórzyła, ale finalnie odpuściła. Kursy przygotowawcze finalnie trwały nieco dłużej. Wystarczyło tylko… postarać się bardziej.
Czuła się trochę jak kociak wyciągnięty ze śmietnika, którego ktoś pogłaskał po głowie, ale nie poświęcała tej myśli zbyt wiele uwagi. Liczyło się to, że takich kąsków spłynęło na nią więcej, więc - ku zgrozie własnej - znalazła w sobie siłę i motywację, żeby zachowywać się już zdecydowanie lepiej, zapominając, że wcześniej rozniosłaby wszystkie płótna na widłach, bo jabłko nie chciało się dobrze ułożyć.
Słuchała. Dala się poznać jako osoba mająca dobrą rękę do szkiców. Kolory wciąż przychodziły jej z trudem, ale krok po kroku, dzień po dniu, sworowała się na prowadzenie, wśród tych co bardziej obiecujących. Miała dobre oko. Trochę gorzej z koncentrajcą. Miała pewną rękę. Nie bała się eksperymentować.
Była zaangażowana.
Była zdeterminowana.
Oraz…
…była nieobecna na liście zakwalifikowanych kandydatów. W sumie, nic dziwnego. Żeby móc się gdzieś zakwalifikować, trzeba było się najpierw zgłosić.
Ciężko się zgłosić, gdy pomięty kwestionariusz, leżał w śmieciach, podobnie jak marzenia o życiu innym niż psie patrole. Zabrane z kursu płótna, otrzymane zestawy początkowe, farby i szkicowniki powędrowały na strych zbierać kurz, w grobowcu, w którym leżały już wcześniej podjęte próby. Podobnie trafił tam niedokończony obraz martwej natury z jabłkiem, którego kolor był Idealny. Podobnie jak trafił tam niedokończony portret kobiety o szczupłej twarzy i przenikliwych zielonych oczach.
Zawsze też wolała blondynki, więc typiara absolutnie nie była w jej typie. Tak trzeba było sobie powtarzać, żeby przypadkiem nie wziąć mocniejszego oddechu w cichym zastanowieniu czym pachnie jej skóra.
Problem polegał też na tym, że zwykłe „bardzo dobrze” mile połaskotało dziewczynę w podniebienie. Poczuła charakterystyczne mrowienie, przyjemność płynącą z prostego faktu bycia docenioną, ale też nie spuszczoną w kiblu za sam fakt tego kim była, a może - przede wszystkim - jaka była.
- No no, na rynku są dostępne tak. - powtórzyła za nią, z fascynacją przyglądając się temu, że rzeczywiście ten kolor teraz mniej wyglądał jak kupa, a bardziej jak coś co chciłałaby umieścić na swoim obrazie. - Frustracja to moje drugie imię, idzie się przyzwyczaić - wypaliła również, nieco bezmyślnie, niezadowolona, że nagle seksowna nauczycielka zaczęła mówić bardziej do grupy, niż do niej. Po co było tu więcej ludzi? To nie miało absolutnie sensu. O ileż lekcje byłyby przyjemniejsze, gdyby siedziały tu tylko we dwójkę.
Fuknęła niezadowolona, ale szybko się uspokoiła, gdy uważność instruktorki znów otoczyła jej osobę.
Już. Jest idealny. Dobra robota
Kiedy ostatnio ktoś jej tak powiedział? Kiedy KTOKOLWIEK jej tak powiedział?
Przygryzła wargę, czując jak czerwień zalewa jej blade policzki, gdy patrzy na twarz Astorii może o pół minuty za dużo. Bardzo, bardzo chciała powiedzieć, że nie dosłyszała, że bardzo by chciała, żeby Avery to powtórzyła, ale finalnie odpuściła. Kursy przygotowawcze finalnie trwały nieco dłużej. Wystarczyło tylko… postarać się bardziej.
Czuła się trochę jak kociak wyciągnięty ze śmietnika, którego ktoś pogłaskał po głowie, ale nie poświęcała tej myśli zbyt wiele uwagi. Liczyło się to, że takich kąsków spłynęło na nią więcej, więc - ku zgrozie własnej - znalazła w sobie siłę i motywację, żeby zachowywać się już zdecydowanie lepiej, zapominając, że wcześniej rozniosłaby wszystkie płótna na widłach, bo jabłko nie chciało się dobrze ułożyć.
Słuchała. Dala się poznać jako osoba mająca dobrą rękę do szkiców. Kolory wciąż przychodziły jej z trudem, ale krok po kroku, dzień po dniu, sworowała się na prowadzenie, wśród tych co bardziej obiecujących. Miała dobre oko. Trochę gorzej z koncentrajcą. Miała pewną rękę. Nie bała się eksperymentować.
Była zaangażowana.
Była zdeterminowana.
Oraz…
…była nieobecna na liście zakwalifikowanych kandydatów. W sumie, nic dziwnego. Żeby móc się gdzieś zakwalifikować, trzeba było się najpierw zgłosić.
Ciężko się zgłosić, gdy pomięty kwestionariusz, leżał w śmieciach, podobnie jak marzenia o życiu innym niż psie patrole. Zabrane z kursu płótna, otrzymane zestawy początkowe, farby i szkicowniki powędrowały na strych zbierać kurz, w grobowcu, w którym leżały już wcześniej podjęte próby. Podobnie trafił tam niedokończony obraz martwej natury z jabłkiem, którego kolor był Idealny. Podobnie jak trafił tam niedokończony portret kobiety o szczupłej twarzy i przenikliwych zielonych oczach.
Koniec sesji