13.03.2023, 17:04 ✶
Błędnym byłoby stwierdzenie, że Atreusowi w jakikolwiek sposób przeszkadzała ponurość, która zdawała się wręcz oblepiać Brennę grubą, łatwą do zauważenia warstwą. Jej małomówność przyjmował z należytą dla siebie neutralnością, ubraną momentami w lekki, nonszalancki uśmieszek. W większości jednak pochłaniało go ich otoczenie, po którym prześlizgiwało się powoli spojrzenie błękitnych oczu.
Człapał koło Longbottom, bardziej podążając za nią, niż samemu wymuszając obranie jakiegokolwiek konkretnego kierunku i tymże sposobem pozwalając się zaciągnąć w kierunku ogniska, gdzie tak bardzo zdawało się ją ciągnąć. Podobnie jak jego partnerka, miał na sobie ministerialny mundur i różdżkę pod ręką - przyczepioną do zewnętrznej strony prawego uda na dogodnej wysokości. Co pewien czas zerkał na powiewającą za Brenną pelerynę jej munduru, zastanawiając się mimowolnie, czemu właściwie to akurat Brygadziści dostali tak frywolny element umundurowania.
Potem jednak jego spojrzenie trafiło na coś o wiele bardziej zajmującego. Wielkie i jakże znajome koło kręciło się od czasu do czasu, a kiedy stojący przy nim ludzie przesuwali się, najczęściej rozczarowani wynikiem losowania, mógł zauważyć pokurczoną sylwetkę goblina. Już miał zaczepiać Longbottom i powiedzieć jej, że ma do załatwienia jakąś bardzo pilną sprawę, kiedy do jego uszu doszedł harmider.
Nie codziennie było się świadkiem bójki. Nie na pięści, bo czarodzieje o wiele chętniej sięgali po różdżki, najpewniej ze zwykłego przyzwyczajenia. Szybka ocena sytuacji sugerowała jednak, że na samych pięściach nie miało się skończyć, bo jeden z uczestników zaczął rozrywać koszule i wykrzywiać, ewidentnie chcąc sięgnąć po o wiele bardziej nieczyste zagrania. I o wiele bardziej niebezpieczne dla wszystkiego dookoła.
Nie wahał się, a nawet jeśli to nie zbyt długo, szybko i sprawnie wpychając się przed drugiego uczestnika potyczki, który ewidentnie zdał sobie sprawę z tego, co się właśnie miało wydarzyć i zaczął się cofać w przerażeniu.
- Hej, hej, hej... - wyciągnął lewą dłoń w stronę silącego się na przemianę wilkołaka, próbując zwrócić jego uwagę, a przy okazji nieco udobruchać pojednawczym tonem. Prawa dłoń jednak przezornie złapała za trzonek różdżki, trzymając ją w pogotowiu. - Nie ma potrzeby uciekać się do tego typu rozwiązań. No już, spokojnie. Porozmawiajmy jak cywilizowani, kulturalni ludzie, a nic nikomu się nie stanie - jego głos był spokojny i opanowany, jakby samym tonem chciał wpłynąć na działania mężczyzny. Po części miał nadzieję, że widok munduru zadziała niczym zaklęcie i wilkołak zwyczajnie się opamięta, a wtedy będą mogli go pięknie wylegitymować za zakłócanie porządku. Mimowolnie też spojrzał w kierunku Brenny, nie wątpiąc jednak, że ta już dawno była w gotowości by w razie czego zareagować.
[rzut na charyzmę zadowalający]
Człapał koło Longbottom, bardziej podążając za nią, niż samemu wymuszając obranie jakiegokolwiek konkretnego kierunku i tymże sposobem pozwalając się zaciągnąć w kierunku ogniska, gdzie tak bardzo zdawało się ją ciągnąć. Podobnie jak jego partnerka, miał na sobie ministerialny mundur i różdżkę pod ręką - przyczepioną do zewnętrznej strony prawego uda na dogodnej wysokości. Co pewien czas zerkał na powiewającą za Brenną pelerynę jej munduru, zastanawiając się mimowolnie, czemu właściwie to akurat Brygadziści dostali tak frywolny element umundurowania.
Potem jednak jego spojrzenie trafiło na coś o wiele bardziej zajmującego. Wielkie i jakże znajome koło kręciło się od czasu do czasu, a kiedy stojący przy nim ludzie przesuwali się, najczęściej rozczarowani wynikiem losowania, mógł zauważyć pokurczoną sylwetkę goblina. Już miał zaczepiać Longbottom i powiedzieć jej, że ma do załatwienia jakąś bardzo pilną sprawę, kiedy do jego uszu doszedł harmider.
Nie codziennie było się świadkiem bójki. Nie na pięści, bo czarodzieje o wiele chętniej sięgali po różdżki, najpewniej ze zwykłego przyzwyczajenia. Szybka ocena sytuacji sugerowała jednak, że na samych pięściach nie miało się skończyć, bo jeden z uczestników zaczął rozrywać koszule i wykrzywiać, ewidentnie chcąc sięgnąć po o wiele bardziej nieczyste zagrania. I o wiele bardziej niebezpieczne dla wszystkiego dookoła.
Nie wahał się, a nawet jeśli to nie zbyt długo, szybko i sprawnie wpychając się przed drugiego uczestnika potyczki, który ewidentnie zdał sobie sprawę z tego, co się właśnie miało wydarzyć i zaczął się cofać w przerażeniu.
- Hej, hej, hej... - wyciągnął lewą dłoń w stronę silącego się na przemianę wilkołaka, próbując zwrócić jego uwagę, a przy okazji nieco udobruchać pojednawczym tonem. Prawa dłoń jednak przezornie złapała za trzonek różdżki, trzymając ją w pogotowiu. - Nie ma potrzeby uciekać się do tego typu rozwiązań. No już, spokojnie. Porozmawiajmy jak cywilizowani, kulturalni ludzie, a nic nikomu się nie stanie - jego głos był spokojny i opanowany, jakby samym tonem chciał wpłynąć na działania mężczyzny. Po części miał nadzieję, że widok munduru zadziała niczym zaklęcie i wilkołak zwyczajnie się opamięta, a wtedy będą mogli go pięknie wylegitymować za zakłócanie porządku. Mimowolnie też spojrzał w kierunku Brenny, nie wątpiąc jednak, że ta już dawno była w gotowości by w razie czego zareagować.
[rzut na charyzmę zadowalający]
Rzut Z 1d100 - 72
Sukces!
Sukces!