26.03.2026, 02:23 ✶
Przywitała Leviathana ciepłym uśmiechem, tym zarezerwowanym dla najbliższych i od razu przeniosła wzrok na klatkę, którą zaraz zresztą odstawił na stół.
- Vulcor! Jak ja za tobą tęskniłam - szczebiotała jak do małego dziecka. - Jak nasz mały pacjent? W pełni zdrów? Mogę go wypuścić? - pytała, ostatecznie uznając przyjaciela za autorytet, który należy słuchać w kwestii smoczogników. Spojrzała z czułością na stworzenie. Miała go zaledwie od kilku miesięcy - zbyt krótko, by nazwać to przywiązaniem na śmierć i życie, a jednak wystarczająco długo, by jego obecność wrosła w jej codzienność. Na początku traktowała go z dystansem, może nawet trochę się go bała, ale po zatrudnieniu wykwalifikowanego opiekuna zobaczyła, że Xander wybrał jej najbardziej potulny egzemplarz, jaki znalazł. Chociaż wciąż jako niebezpieczne zwierzę potrafił być nieprzewidywalny, impulsywny, zdolny do drobnych zniszczeń, które w jej świecie nie miały racji bytu. To jednak z każdym dniem wkradał się do jej serca coraz bardziej. Dlatego jego brak pozostawił po sobie pustkę, która uwierała. Martwiła się o niego, bardziej, niż chciała przyznać. Dopiero kiedy Vulcor poruszył się żywiej, uniósł łeb i przeciął powietrze znajomym, cichym sykiem, coś w niej puściło.
- Muszę powiadomić Doriana, że jego podopieczny wrócił - powiedziała jeszcze, bardziej do siebie niż do niego, bo mimo najszczerszych chęci jej wiedza o magicznych zwierzętach nie była na tyle obszerna, by zapewnić mu najlepszą opiekę. Wolała skorzystać z pomocy profesjonalisty, by zaspokoić wszystkie potrzeby smoczognika.
Przeniosła wzrok na Leviego i skróciła dystans, by objąć go i tym samym wyrazić wdzięczność oraz ulgę. Stanęła na palcach, ale przez różnicę wzrostu i tak potrzebowała, żeby się pochylił do pełnego przytulenia. - Dziękuję. - wyszeptała niby sekret. Wdzięczność nie była czymś, co przychodziło jej naturalnie w takiej formie. Zwykle była ukryta w spojrzeniu, w decyzjach, w rzeczach niewypowiedzianych. Ale przy nim takie gesty były łatwe, niemal naturalne. Co tylko potwierdzało fakt, że gdy komuś naprawdę ufała, opuszczała wszystkie mury wokół siebie i pozwalała sobie na pokazanie tej miękkiej i czułej wersji siebie.
Jego pytanie sprawiło, że drgnęła wyraźniej. Odsunęła się na bezpieczną odległość i spojrzała na niego uważniej, jakby chciała upewnić się, że mówi poważnie. Malowanie nigdy nie było dla niej czymś lekkim, czymś, co można było po prostu ofiarować. Każde płótno było walką - z własnymi oczekiwaniami, z wizją, która nigdy nie była wystarczająco doskonała, z nieustannym poczuciem, że można było zrobić więcej, lepiej, precyzyjniej. Nigdy nie była zadowolona. I to własnie był jeden z powodów dlaczego nigdy nie pokazała swoich prac.
- Czemu, zacząłeś interesować się sztuką? - odbiła pytanie, ze zdziwieniem obserwując, jak wodzi spojrzeniem po obrazach w pomieszczeniu. Czy mogła spróbować? Perfekcja była czymś, do czego dążyła, ale co nieustannie wymykało się jej z rąk, zostawiając po sobie tylko frustrację i chłodną ocenę własnych błędów. To oznaczało, że musiałaby oddać w czyjeś ręce fragment siebie, który w jej własnym odczuciu wciąż wymaga poprawek.
- Co by to miało być? - zapytała jeszcze, jakby walczyła sama ze sobą o tę decyzję, która w teorii powinna być prosta, ale w praktyce wymagała od niej zmierzenia się z wewnętrznymi demonami. Jej spojrzenie, wcześniej uciekające, wróciło w końcu do niego.
!Jajo z kalendarza
- Vulcor! Jak ja za tobą tęskniłam - szczebiotała jak do małego dziecka. - Jak nasz mały pacjent? W pełni zdrów? Mogę go wypuścić? - pytała, ostatecznie uznając przyjaciela za autorytet, który należy słuchać w kwestii smoczogników. Spojrzała z czułością na stworzenie. Miała go zaledwie od kilku miesięcy - zbyt krótko, by nazwać to przywiązaniem na śmierć i życie, a jednak wystarczająco długo, by jego obecność wrosła w jej codzienność. Na początku traktowała go z dystansem, może nawet trochę się go bała, ale po zatrudnieniu wykwalifikowanego opiekuna zobaczyła, że Xander wybrał jej najbardziej potulny egzemplarz, jaki znalazł. Chociaż wciąż jako niebezpieczne zwierzę potrafił być nieprzewidywalny, impulsywny, zdolny do drobnych zniszczeń, które w jej świecie nie miały racji bytu. To jednak z każdym dniem wkradał się do jej serca coraz bardziej. Dlatego jego brak pozostawił po sobie pustkę, która uwierała. Martwiła się o niego, bardziej, niż chciała przyznać. Dopiero kiedy Vulcor poruszył się żywiej, uniósł łeb i przeciął powietrze znajomym, cichym sykiem, coś w niej puściło.
- Muszę powiadomić Doriana, że jego podopieczny wrócił - powiedziała jeszcze, bardziej do siebie niż do niego, bo mimo najszczerszych chęci jej wiedza o magicznych zwierzętach nie była na tyle obszerna, by zapewnić mu najlepszą opiekę. Wolała skorzystać z pomocy profesjonalisty, by zaspokoić wszystkie potrzeby smoczognika.
Przeniosła wzrok na Leviego i skróciła dystans, by objąć go i tym samym wyrazić wdzięczność oraz ulgę. Stanęła na palcach, ale przez różnicę wzrostu i tak potrzebowała, żeby się pochylił do pełnego przytulenia. - Dziękuję. - wyszeptała niby sekret. Wdzięczność nie była czymś, co przychodziło jej naturalnie w takiej formie. Zwykle była ukryta w spojrzeniu, w decyzjach, w rzeczach niewypowiedzianych. Ale przy nim takie gesty były łatwe, niemal naturalne. Co tylko potwierdzało fakt, że gdy komuś naprawdę ufała, opuszczała wszystkie mury wokół siebie i pozwalała sobie na pokazanie tej miękkiej i czułej wersji siebie.
Jego pytanie sprawiło, że drgnęła wyraźniej. Odsunęła się na bezpieczną odległość i spojrzała na niego uważniej, jakby chciała upewnić się, że mówi poważnie. Malowanie nigdy nie było dla niej czymś lekkim, czymś, co można było po prostu ofiarować. Każde płótno było walką - z własnymi oczekiwaniami, z wizją, która nigdy nie była wystarczająco doskonała, z nieustannym poczuciem, że można było zrobić więcej, lepiej, precyzyjniej. Nigdy nie była zadowolona. I to własnie był jeden z powodów dlaczego nigdy nie pokazała swoich prac.
- Czemu, zacząłeś interesować się sztuką? - odbiła pytanie, ze zdziwieniem obserwując, jak wodzi spojrzeniem po obrazach w pomieszczeniu. Czy mogła spróbować? Perfekcja była czymś, do czego dążyła, ale co nieustannie wymykało się jej z rąk, zostawiając po sobie tylko frustrację i chłodną ocenę własnych błędów. To oznaczało, że musiałaby oddać w czyjeś ręce fragment siebie, który w jej własnym odczuciu wciąż wymaga poprawek.
- Co by to miało być? - zapytała jeszcze, jakby walczyła sama ze sobą o tę decyzję, która w teorii powinna być prosta, ale w praktyce wymagała od niej zmierzenia się z wewnętrznymi demonami. Jej spojrzenie, wcześniej uciekające, wróciło w końcu do niego.
!Jajo z kalendarza
learn the rules
then break some
then break some