26.03.2026, 09:48 ✶
Kate nie maszerowała wraz z ludźmi w tłumie. Nie dlatego, że nie współczuła charłakom, bo współczucia wobec nich miała sporo. Chyba po prostu nie pojmowała zbytnio, jakie prawa mogliby im dać, aby faktycznie stali się równi w świecie opartym na magii, skoro tej magii nie posiadali. Żyła zresztą trochę w swoim świecie, tak niewiele uwagi poświęcając gazetą, ogłoszeniom czy nawet plotkom, że jakimś cudem informacje o tym marszu po prostu… przegapiła.
Była tu, bo zamierzała kupić trochę składników na amulety. A potem, nagle, znalazła się w morzu ludzi. W pierwszej chwili zdumiała się, że może to był jakiś sabat, i czy naprawdę spędziła tak wiele czasu w pracowni? Zaraz przypomniała sobie jednak, że nie, przecież miała dwa zamówienia właśnie na najbliższy sabat i jeszcze zostało trochę czasu do ich oddania, a jedyne terminy, których Kate pilnowała z nabożnością, to były te ustalane z klientami. Jakiś protest może, jakiś marsz poparcia albo wiec polityczny, coś, co nie obchodziłoby jej zupełnie, gdyby nie wpadła w sam jego środek.
Nie przeszkadzało jej to, przynajmniej z początku. Nie spieszyła się nigdzie, nigdy nie obawiała się tłumów i nie miała skłonności do irytowania na przeciwności losu, mogła więc dotrzeć z jednego zakładu do drugiego te trzy minuty później. Ale potem nagle dźwięki zaczęły się zmieniać: szmer rozmów i szelest tysięcy szat zastąpiły coraz bardziej zaniepokojone głosy, i to narastało, narastało, aż rozbrzmiały pierwsze krzyki. Gdzieś błysnęło. Trzasnęło. I Kate uświadomiła sobie, że chyba ktoś zaatakował tłum, a potem ją potrącono, i gdy to nastąpiło, zrozumiała też, że moment, w którym mogła się teleportować, nie ryzykując rozszczepienia, właśnie minął.
Astoria miała to szczęście, że padła prosto pod jej nogi, i że nie stało się to za parę sekund. Jeszcze moment i nawet gdyby Kate chciała pomóc, albo by nie zdołała, albo została powalona na ziemię razem z nią. Nie była filigranowa ani niska, ale też nie tak mocno zbudowana, by móc po prostu przeć przez tłum. Teraz jednak jeszcze zdążyła, chwyciła kobietę za ramię i pociągnęła po prostu w górę: albo ta zdołała wstać, i tłum pociągnie je dalej obie, albo obalą ją całkiem na ziemię.
Nie miała pojęcia, komu próbuje pomóc. Nie miała szans przyjrzeć się Astorii w tym ścisku, a i ona dla niej mogła być teraz głównie zauważalna przez wzgląd na kolorową szatę i dłoń, znacznie ciemniejszą od tych, które co rusz je teraz potrącały, podobnie jak łokcie, ramiona, niekiedy głowy, gdy każdy usiłował utrzymać się na nogach i oddalić od źródła zagrożenia.
Była tu, bo zamierzała kupić trochę składników na amulety. A potem, nagle, znalazła się w morzu ludzi. W pierwszej chwili zdumiała się, że może to był jakiś sabat, i czy naprawdę spędziła tak wiele czasu w pracowni? Zaraz przypomniała sobie jednak, że nie, przecież miała dwa zamówienia właśnie na najbliższy sabat i jeszcze zostało trochę czasu do ich oddania, a jedyne terminy, których Kate pilnowała z nabożnością, to były te ustalane z klientami. Jakiś protest może, jakiś marsz poparcia albo wiec polityczny, coś, co nie obchodziłoby jej zupełnie, gdyby nie wpadła w sam jego środek.
Nie przeszkadzało jej to, przynajmniej z początku. Nie spieszyła się nigdzie, nigdy nie obawiała się tłumów i nie miała skłonności do irytowania na przeciwności losu, mogła więc dotrzeć z jednego zakładu do drugiego te trzy minuty później. Ale potem nagle dźwięki zaczęły się zmieniać: szmer rozmów i szelest tysięcy szat zastąpiły coraz bardziej zaniepokojone głosy, i to narastało, narastało, aż rozbrzmiały pierwsze krzyki. Gdzieś błysnęło. Trzasnęło. I Kate uświadomiła sobie, że chyba ktoś zaatakował tłum, a potem ją potrącono, i gdy to nastąpiło, zrozumiała też, że moment, w którym mogła się teleportować, nie ryzykując rozszczepienia, właśnie minął.
Astoria miała to szczęście, że padła prosto pod jej nogi, i że nie stało się to za parę sekund. Jeszcze moment i nawet gdyby Kate chciała pomóc, albo by nie zdołała, albo została powalona na ziemię razem z nią. Nie była filigranowa ani niska, ale też nie tak mocno zbudowana, by móc po prostu przeć przez tłum. Teraz jednak jeszcze zdążyła, chwyciła kobietę za ramię i pociągnęła po prostu w górę: albo ta zdołała wstać, i tłum pociągnie je dalej obie, albo obalą ją całkiem na ziemię.
Nie miała pojęcia, komu próbuje pomóc. Nie miała szans przyjrzeć się Astorii w tym ścisku, a i ona dla niej mogła być teraz głównie zauważalna przez wzgląd na kolorową szatę i dłoń, znacznie ciemniejszą od tych, które co rusz je teraz potrącały, podobnie jak łokcie, ramiona, niekiedy głowy, gdy każdy usiłował utrzymać się na nogach i oddalić od źródła zagrożenia.