26.03.2026, 23:48 ✶
Zatrzymała się w pół kroku. Przez ułamek sekundy rozważyła wycofanie się - cicho, bez słowa, pozostawiając tę przestrzeń taką, jaką ją zastała. Było w tym coś kuszącego. Bezpiecznego. W końcu nie miała żadnego obowiązku, by się w to angażować. Rozsądek podpowiadał, by pozwolić tej osobie zachować resztki godności. W takich chwilach obecność świadka była gorsza niż samotność. Ale kiedy damska sylwetka spowita cieniem, zwróciła się do niej bezpośrednio, rozpoznała ją. Nie od razu w pełni. Nie przez twarz, nie przez sylwetkę, nie przez zmieniony wygląd. Tylko przez ton. Przez to charakterystyczne spięcie w głosie, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy próbowała ukryć coś, czego ukryć się nie dało. Astoria poczuła, jak coś nieprzyjemnie ściska ją w klatce piersiowej.
- Desi? - zrobiła krok w jej stronę. Minęły miesiące. Cisza między nimi zdążyła osiąść i stwardnieć, zamienić się w coś, co łatwo było udawać, że nie istnieje. Czy mogła jeszcze nazywać ją przyjaciółką? Ich relacja nigdy nie była łatwa, ale była prawdziwa ze swoimi wzlotami i upadkami. I nagle, zupełnie nieproszona, pojawiła się myśl, której nie była w stanie zignorować. Tęskniła za nią. Nie za tymi kłótniami, nie za napięciem, które potrafiło narastać z niczego i wybuchać w najmniej odpowiednim momencie. Nie za słowami rzucanymi zbyt szybko, zbyt ostro, zbyt celnie. Tęskniła za tym wszystkim, co było pomiędzy. Za rozmowami, które płynęły same, za spojrzeniami pełnymi porozumienia, za tą specyficzną łatwością bycia obok siebie, która nie wymagała wysiłku.
Ale Desideria wydawała się jej nie poznać po głosie. Avery z kolei miała już tego dosyć. Nie samego balu, ale tej otoczki - masek, anonimowości i tej pozornej swobody, która zbyt łatwo przeradzała się w coś znacznie bardziej prymitywnego. Zbyt wiele razy tego wieczoru odwracała zniesmaczona wzrok. Niektórzy czarodzieje obdarzeni chwilową bezkarnością, zdawali się natychmiast zrzucać z siebie resztki wychowania, jakby było tylko niewygodnym płaszczem. Pod maskami nie kryło się nic wyrafinowanego - tylko instynkty, niecierpliwe i nienasycone. Wystarczyła odrobina anonimowości, by zaczęli zachowywać się jak niewychowane zwierzęta, zapominając o wszystkim, co odróżniało ich od tych, którymi gardzili. To jeden z powodów, przez który szukała oddechu w zaciszu ogrodu.
Czy maska i otoczka tajemniczości naprawdę były na tyle skuteczne? Czy może to celowy zabieg, żeby uniknąć niekomfortowej sytuacji? W obu przypadkach zwyczajnie nie była w stanie zostawić jej teraz samej. Widok Desi, nawet jeśli częściowo skrytej w cieniu, nawet jeśli próbującej rozpaczliwie przywrócić sobie opanowanie, uderzył w nią z siłą, której się nie spodziewała. To nie był tylko obraz zapłakanej kobiety w ogrodzie. To było coś osobistego. Coś, co pod cienką warstwą chłodu i dystansu poruszyło w niej dawno nieodwiedzane miejsce.
Zrobiło jej się żal tej zapłakanej kobiety. Nie ten powierzchowny, uprzejmy rodzaj współczucia, który okazuje się obcym. Widziała przecież tę wersję Desiderii nie raz, może dlatego poczuła, jak coś w niej mięknie. Jakby ta zbudowana starannie warstwa dystansu nagle przestała być tak potrzebna, jak wcześniej.
- Nie przepraszaj. To ja... Astoria - odezwała się ciszej, w obawie, że ją przepłoszy. Przesunęła się bliżej z ostrożnością, jakby zbliżała się do czegoś kruchego, co mogło rozsypać się przy najmniejszym nacisku. Podała jej chustkę do otarcia łez i patrzyła na nią z troską, jakby ich ostatnia kłótnia i dystans w ogóle nie miały miejsca.
- Proszę, powiedz mi, że rozpaczasz przez złamany paznokieć - w jej tonie pojawiła się delikatna nuta ironii, niemal ciepła w swojej formie. - Powiedz, że nie szlochasz w krzakach przez tego dupka.
- Desi? - zrobiła krok w jej stronę. Minęły miesiące. Cisza między nimi zdążyła osiąść i stwardnieć, zamienić się w coś, co łatwo było udawać, że nie istnieje. Czy mogła jeszcze nazywać ją przyjaciółką? Ich relacja nigdy nie była łatwa, ale była prawdziwa ze swoimi wzlotami i upadkami. I nagle, zupełnie nieproszona, pojawiła się myśl, której nie była w stanie zignorować. Tęskniła za nią. Nie za tymi kłótniami, nie za napięciem, które potrafiło narastać z niczego i wybuchać w najmniej odpowiednim momencie. Nie za słowami rzucanymi zbyt szybko, zbyt ostro, zbyt celnie. Tęskniła za tym wszystkim, co było pomiędzy. Za rozmowami, które płynęły same, za spojrzeniami pełnymi porozumienia, za tą specyficzną łatwością bycia obok siebie, która nie wymagała wysiłku.
Ale Desideria wydawała się jej nie poznać po głosie. Avery z kolei miała już tego dosyć. Nie samego balu, ale tej otoczki - masek, anonimowości i tej pozornej swobody, która zbyt łatwo przeradzała się w coś znacznie bardziej prymitywnego. Zbyt wiele razy tego wieczoru odwracała zniesmaczona wzrok. Niektórzy czarodzieje obdarzeni chwilową bezkarnością, zdawali się natychmiast zrzucać z siebie resztki wychowania, jakby było tylko niewygodnym płaszczem. Pod maskami nie kryło się nic wyrafinowanego - tylko instynkty, niecierpliwe i nienasycone. Wystarczyła odrobina anonimowości, by zaczęli zachowywać się jak niewychowane zwierzęta, zapominając o wszystkim, co odróżniało ich od tych, którymi gardzili. To jeden z powodów, przez który szukała oddechu w zaciszu ogrodu.
Czy maska i otoczka tajemniczości naprawdę były na tyle skuteczne? Czy może to celowy zabieg, żeby uniknąć niekomfortowej sytuacji? W obu przypadkach zwyczajnie nie była w stanie zostawić jej teraz samej. Widok Desi, nawet jeśli częściowo skrytej w cieniu, nawet jeśli próbującej rozpaczliwie przywrócić sobie opanowanie, uderzył w nią z siłą, której się nie spodziewała. To nie był tylko obraz zapłakanej kobiety w ogrodzie. To było coś osobistego. Coś, co pod cienką warstwą chłodu i dystansu poruszyło w niej dawno nieodwiedzane miejsce.
Zrobiło jej się żal tej zapłakanej kobiety. Nie ten powierzchowny, uprzejmy rodzaj współczucia, który okazuje się obcym. Widziała przecież tę wersję Desiderii nie raz, może dlatego poczuła, jak coś w niej mięknie. Jakby ta zbudowana starannie warstwa dystansu nagle przestała być tak potrzebna, jak wcześniej.
- Nie przepraszaj. To ja... Astoria - odezwała się ciszej, w obawie, że ją przepłoszy. Przesunęła się bliżej z ostrożnością, jakby zbliżała się do czegoś kruchego, co mogło rozsypać się przy najmniejszym nacisku. Podała jej chustkę do otarcia łez i patrzyła na nią z troską, jakby ich ostatnia kłótnia i dystans w ogóle nie miały miejsca.
- Proszę, powiedz mi, że rozpaczasz przez złamany paznokieć - w jej tonie pojawiła się delikatna nuta ironii, niemal ciepła w swojej formie. - Powiedz, że nie szlochasz w krzakach przez tego dupka.
learn the rules
then break some
then break some