27.03.2026, 08:12 ✶
Czy znał Marsyliankę?
Oczywiście, że znał Marsyliankę!
Nawet jeśli została skomponowana w chwili, gdy wieko na jego krypcie ciężko osiadło, nawet jeśli rozbrzmiewała splamiona krwią w czasie, który był najgorszy, pośród zimnego kamienia, pyłu i wrzasków, które w odrealnieniu nie pochodziły już z własnego gardła.
Znał też anglików i przed laty, w swoim snobizmie, niewątpliwie reagowanie na niego Marsylianką poczytałby jako obrazę majestatu i wypieprzyłby delikwenta za drzwi.
Kuchnię trzeba jednak było zrobić, musiał i tak wcześniej przełknąć dumę związaną z faktem, że jego umiejętności potrafiące wyprowadzić skomplikowane operacje na mózgu, niekoniecznie tak świetnie radzą sobie z mniej skomplikowanymi operacjami na garści topornych desek.
– Zaręczam Ci, że sama moja obecność czyni to miejsce możliwie ześwietczonym. Siostrzyczki przewracają się w masowych grobach. Czy tam... braciszkowie. – Choć był wiekowy, nie interesował się historią aż tak, żeby zgłębiać ją dla czegokolwiek innego niż on sam. Obiekty tak, były interesujące. Ludzie z założenia również (szczególnie smak ich krwi), ale opowiastki, które przed nim roztaczali zlewały się z czasem w jedną niekoniecznie spójną magmę.
Taki Moody na ten przykład.
Montbel był przekonany, że od dawna chłop nie żyje, a tu taka koincydencja!
– No błagam Cię, czy to Ci przypomina chociaż przez moment przytulny apartament? – przerwrócił oczami wskazując rozległe przestrzenie opactwa, wielkie hole, opustoszałe, z ciężkimi storami przesłaniającymi okna.
Tradycja najwidoczniej zobowiązała, nie mu było oceniać gusta Lucy (hehe, praktycznie robił to cały czas).
– Jak już z kończę z tym miejscem to jedno skrzydło stanie się przytulne, wtedy na odwiedziny dostaniesz swoją własną parę trzewików, a nie żebyś w skarpetach po marmurze latał. Chodźmy trzeba kawałek przejść, obok Alei Poważnych Obrazów potem chyba w lewo. – zamyślił się na moment, nie odpowiadając celowo na pytanie co się tam właściwie stało, woląc włożyć w dłonie śledczemu poszlakę, że nie to miejsce jest dla niego również całkiem nowe.
A potem zdał sobie sprawę z tego, że wesołkowatość nagle uciekła, może nie lubił za bardzo czytać książek, ale czytanie pokoju wychodziło mu całkiem sprawnie po latach na francuskim dworze, nawet dla wampira była to umiejętność od której zależało jego życie.
Odwrócił się do mężczyzny ze ściągnietymi brwiami poszpiesznie taksując go wzrokiem. Myśli pobiegły same do zawodowej ekspertyzy analizującej objawy. Zboczenie hehe zaowodowe, wytrawnego hodowcy, który co prawda już nie hodował sobie jedzenia, ale pewne nawyki pozostały.
Oczywiście, że znał Marsyliankę!
Nawet jeśli została skomponowana w chwili, gdy wieko na jego krypcie ciężko osiadło, nawet jeśli rozbrzmiewała splamiona krwią w czasie, który był najgorszy, pośród zimnego kamienia, pyłu i wrzasków, które w odrealnieniu nie pochodziły już z własnego gardła.
Znał też anglików i przed laty, w swoim snobizmie, niewątpliwie reagowanie na niego Marsylianką poczytałby jako obrazę majestatu i wypieprzyłby delikwenta za drzwi.
Kuchnię trzeba jednak było zrobić, musiał i tak wcześniej przełknąć dumę związaną z faktem, że jego umiejętności potrafiące wyprowadzić skomplikowane operacje na mózgu, niekoniecznie tak świetnie radzą sobie z mniej skomplikowanymi operacjami na garści topornych desek.
– Zaręczam Ci, że sama moja obecność czyni to miejsce możliwie ześwietczonym. Siostrzyczki przewracają się w masowych grobach. Czy tam... braciszkowie. – Choć był wiekowy, nie interesował się historią aż tak, żeby zgłębiać ją dla czegokolwiek innego niż on sam. Obiekty tak, były interesujące. Ludzie z założenia również (szczególnie smak ich krwi), ale opowiastki, które przed nim roztaczali zlewały się z czasem w jedną niekoniecznie spójną magmę.
Taki Moody na ten przykład.
Montbel był przekonany, że od dawna chłop nie żyje, a tu taka koincydencja!
– No błagam Cię, czy to Ci przypomina chociaż przez moment przytulny apartament? – przerwrócił oczami wskazując rozległe przestrzenie opactwa, wielkie hole, opustoszałe, z ciężkimi storami przesłaniającymi okna.
Tradycja najwidoczniej zobowiązała, nie mu było oceniać gusta Lucy (hehe, praktycznie robił to cały czas).
– Jak już z kończę z tym miejscem to jedno skrzydło stanie się przytulne, wtedy na odwiedziny dostaniesz swoją własną parę trzewików, a nie żebyś w skarpetach po marmurze latał. Chodźmy trzeba kawałek przejść, obok Alei Poważnych Obrazów potem chyba w lewo. – zamyślił się na moment, nie odpowiadając celowo na pytanie co się tam właściwie stało, woląc włożyć w dłonie śledczemu poszlakę, że nie to miejsce jest dla niego również całkiem nowe.
A potem zdał sobie sprawę z tego, że wesołkowatość nagle uciekła, może nie lubił za bardzo czytać książek, ale czytanie pokoju wychodziło mu całkiem sprawnie po latach na francuskim dworze, nawet dla wampira była to umiejętność od której zależało jego życie.
Odwrócił się do mężczyzny ze ściągnietymi brwiami poszpiesznie taksując go wzrokiem. Myśli pobiegły same do zawodowej ekspertyzy analizującej objawy. Zboczenie hehe zaowodowe, wytrawnego hodowcy, który co prawda już nie hodował sobie jedzenia, ale pewne nawyki pozostały.