13.03.2023, 18:26 ✶
Oczekiwanie zawsze było najgorsze. Gdy machina wydarzeń już ruszała, to nie było miejsca na zastanawianie się i roztrząsanie sytuacji – po prostu należało działać. Ale czekanie, aż coś się w końcu stanie? Dawało zbyt wiele czasu na rozmyślania, jak również na dotarcie do stanu „nerwy w strzępach”.
Oczywiście to nie tak, że Mavelle stres zjadał do końca, przez co nie była w stanie funkcjonować. Nie. Po prostu chciała mieć już wszystko za sobą, a przede wszystkim: przetrwać ten dzień. I ochronić wszystkich, skoro samo odwołanie sabatu – niestety! - nie wchodziło w grę. Chociaż zdecydowanie uprościłoby to wiele spraw.
W każdym razie nie należało liczyć tego dnia na pogodny uśmiech i stertę żartów – prędzej na znaczne powściągnięcie codziennej paplaniny, swobody i maskowanie rzeczywistych odczuć. Bo tak normalnie wędrówka na miejsce przecież by wyglądała – przepełniona ożywioną rozmową.
Tyle że zbyt dużo wiedziała, zbyt wielu rzeczy była świadoma, by pozwolić sobie na radosny nastrój – a list z poprzedniego dnia od Patricka bynajmniej sprawy nie polepszał.
Zapewne można by było pójść na łatwiznę i zabrać nogi za pas, gdy zrobi się gorąco – ale oczywiście w przypadku Mavelle to było wręcz niemożliwe. Bo taka myśl nawet nie potrafiła zagrzać długo miejsca, zresztą – jak mogłaby wtedy spojrzeć we własne odbicie? Brygadzistka, członkini Zakonu – owszem, to stanowiło swego rodzaju zobowiązanie. Ale i też miała głęboko wpisaną w siebie konieczność ochrony tych, co sami nie mogli o siebie zadbać. Tak że jedno było pewne: cokolwiek się stanie, nie ucieknie.
A jakakolwiek pomoc w tym wszystkim, choćby najdrobniejsza, może okazać się tym, co przechyli szale na właściwą stronę. Wprawdzie nie sądziła, żeby sabat w istocie miał trwać aż do rana, niemniej zachowała to dla siebie.
Jak i wiele innych słów.
Po prostu odebrała od Heather świecę wraz z kadzidłem, ostrożnie nakropiła wosk na własne czoło i przekazała przedmioty dalej, a następnie przykryła ślady włosami. Po co się z tym afiszować?
Oczywiście to nie tak, że Mavelle stres zjadał do końca, przez co nie była w stanie funkcjonować. Nie. Po prostu chciała mieć już wszystko za sobą, a przede wszystkim: przetrwać ten dzień. I ochronić wszystkich, skoro samo odwołanie sabatu – niestety! - nie wchodziło w grę. Chociaż zdecydowanie uprościłoby to wiele spraw.
W każdym razie nie należało liczyć tego dnia na pogodny uśmiech i stertę żartów – prędzej na znaczne powściągnięcie codziennej paplaniny, swobody i maskowanie rzeczywistych odczuć. Bo tak normalnie wędrówka na miejsce przecież by wyglądała – przepełniona ożywioną rozmową.
Tyle że zbyt dużo wiedziała, zbyt wielu rzeczy była świadoma, by pozwolić sobie na radosny nastrój – a list z poprzedniego dnia od Patricka bynajmniej sprawy nie polepszał.
Zapewne można by było pójść na łatwiznę i zabrać nogi za pas, gdy zrobi się gorąco – ale oczywiście w przypadku Mavelle to było wręcz niemożliwe. Bo taka myśl nawet nie potrafiła zagrzać długo miejsca, zresztą – jak mogłaby wtedy spojrzeć we własne odbicie? Brygadzistka, członkini Zakonu – owszem, to stanowiło swego rodzaju zobowiązanie. Ale i też miała głęboko wpisaną w siebie konieczność ochrony tych, co sami nie mogli o siebie zadbać. Tak że jedno było pewne: cokolwiek się stanie, nie ucieknie.
A jakakolwiek pomoc w tym wszystkim, choćby najdrobniejsza, może okazać się tym, co przechyli szale na właściwą stronę. Wprawdzie nie sądziła, żeby sabat w istocie miał trwać aż do rana, niemniej zachowała to dla siebie.
Jak i wiele innych słów.
Po prostu odebrała od Heather świecę wraz z kadzidłem, ostrożnie nakropiła wosk na własne czoło i przekazała przedmioty dalej, a następnie przykryła ślady włosami. Po co się z tym afiszować?