28.03.2026, 03:31 ✶
Kiedy wspomniał o kwiatach, w jej spojrzeniu drgnął cień rozbawienia, jednak przemknął przez jej oczy szybciej, niż zdążyłby go uchwycić ktoś mniej czujny. Nie odpowiedziała od razu. Pozwoliła tej sugestii zawisnąć między nimi, jakby naprawdę ją rozważała, choć w rzeczywistości raczej smakowała jej absurd. Powoli uniosła jedną brew.
- Myślisz, że można mnie przekupić kwiatami? - prychnęła na to jawne niedocenienie jej. Przekrzywiła lekko głowę, przyglądając mu się z tym spokojem, jakby cała ta wymiana była dla niej tylko niewinną grą, niczym więcej. Zrobiła niewielki krok bliżej, zupełnie nieświadomie skracając dystans między nimi.
- Ach tak? Więc teraz będziesz wykonywał moje rozkazy? - jej usta wygięły się lekko. Nie w uśmiech, raczej w jego dzień. - Chyba nie wiesz, w co się pakujesz - powiedziała ciszej, niemal półgłosem, jakby dzieliła się sekretem.
- Trudno udawać, że ktoś nie istnieje, kiedy ma wyraźną tendencję do pojawiania się w najmniej spodziewanych momentach - dodała lekko. Nie był to do końca przytyk. Wiatr poruszył luźne pasma jej włosów, muskając odkrytą skórę przy skroni. Pokręciła głową, by przywrócić ich naturalny stan, ale też okazać niedowierzanie - wiedziała, że kłamie, bo po pierwsze całość tej gry nie była poważna, a po drugie wciąż ani trochę mu nie ufała i podważała niemal każde jego słowo.
- Tak, zauważyłam - mruknęła jeszcze, zanim całkowicie zbił ją z pantałyku. Odprowadzić? Uprzejme, ale jednak niedorzeczne. Nie potrzebowała jego pomocy. Nie prosiła o nią. Nie zamierzała go w to wciągać - w cudze sprawy, w swoje decyzje, w coś, co miało być szybkim, niemal bezosobowym działaniem, podjętym pod wpływem impulsu.
- Nie musisz! Naprawdę, nie chciałabym marnować twojego cennego... - chciała go spławić, bo tak naprawdę bała się spędzać z nim więcej czasu, bała się go poznawać, bo przez to coraz trudniej było jej zachować obojętność, a tym bardziej udawać, że go nie znosi. Ale zanim zdążyła skończyć zdanie, jej torby zakupowe już były w jego rękach. Lekkość, która pojawiła się nagle w jej rękach, była niemal dezorientująca. Palce pozostały przez chwilę zaciśnięte w powietrzu, jakby nie nadążyły za zmianą, jakby wciąż trzymały coś, czego już tam nie było. - No dobrze. Tędy.
Chciała zaprotestować, zatrzymać to, co właśnie się wydarzyło, cofnąć tę jedną, drobną decyzję, która nie należała do niej. Ale nie zrobiła tego. Bo było już za późno. I być może (gdzieś bardzo głęboko) nie była pewna, czy naprawdę chce to cofać. Uniosła lekko podbródek, przybierając tę swoją dobrze znaną postawę - opanowaną, zdystansowaną, jakby nic nie miało znaczenia. Ruszyła nie oglądając się na niego, nie upewniając się, czy idzie za nią, jakby było to oczywiste. Jej kroki były równe, pewne, prowadzone instynktem i świeżą jeszcze decyzją, która wciąż pulsowała gdzieś pod powierzchnią myśli. Świadomość jego obecności była... natarczywa. Nie w sposób fizyczny - nie narzucał się, nie zaburzał jej rytmu - a jednak była tam, wyraźna, nie do zignorowania. Każdy krok, każdy oddech zdawał się dzielić z nim przestrzeń, która jeszcze chwilę temu należała tylko do niej. I to ją drażniło. To, jak łatwo wszedł w jej dzień. Jak naturalnie zajął miejsce, którego mu nie wyznaczyła. Nie powinna pozwalać na takie rzeczy. Na tę powtarzalność spotkań, na tę dziwną ciągłość, która zaczynała się między nimi tworzyć bez wyraźnego powodu. Ale przecież nie kazała mu odejść, więc pozwalała na to.
Prowadziła go dalej, w głąb jednej z bocznych uliczek, gdzie bruk był bardziej nierówny, a budynki stały bliżej siebie.
Gdy dotarli do kamienicy, zapukała do drzwi staruszki i odwróciła się do mężczyzny.
- Poradzę sobie, naprawdę nie chcę zajmować ci dnia - powiedziała cicho, po raz kolejny próbując zbudować dystans, który gdzieś po drodze straciła. Tylko w tym momencie drzwi się otworzyły i staruszka wciągnęła ich do środka, rzucając się na szyję Astorii i szlochając o swoich nieszczęściach.
- Myślisz, że można mnie przekupić kwiatami? - prychnęła na to jawne niedocenienie jej. Przekrzywiła lekko głowę, przyglądając mu się z tym spokojem, jakby cała ta wymiana była dla niej tylko niewinną grą, niczym więcej. Zrobiła niewielki krok bliżej, zupełnie nieświadomie skracając dystans między nimi.
- Ach tak? Więc teraz będziesz wykonywał moje rozkazy? - jej usta wygięły się lekko. Nie w uśmiech, raczej w jego dzień. - Chyba nie wiesz, w co się pakujesz - powiedziała ciszej, niemal półgłosem, jakby dzieliła się sekretem.
- Trudno udawać, że ktoś nie istnieje, kiedy ma wyraźną tendencję do pojawiania się w najmniej spodziewanych momentach - dodała lekko. Nie był to do końca przytyk. Wiatr poruszył luźne pasma jej włosów, muskając odkrytą skórę przy skroni. Pokręciła głową, by przywrócić ich naturalny stan, ale też okazać niedowierzanie - wiedziała, że kłamie, bo po pierwsze całość tej gry nie była poważna, a po drugie wciąż ani trochę mu nie ufała i podważała niemal każde jego słowo.
- Tak, zauważyłam - mruknęła jeszcze, zanim całkowicie zbił ją z pantałyku. Odprowadzić? Uprzejme, ale jednak niedorzeczne. Nie potrzebowała jego pomocy. Nie prosiła o nią. Nie zamierzała go w to wciągać - w cudze sprawy, w swoje decyzje, w coś, co miało być szybkim, niemal bezosobowym działaniem, podjętym pod wpływem impulsu.
- Nie musisz! Naprawdę, nie chciałabym marnować twojego cennego... - chciała go spławić, bo tak naprawdę bała się spędzać z nim więcej czasu, bała się go poznawać, bo przez to coraz trudniej było jej zachować obojętność, a tym bardziej udawać, że go nie znosi. Ale zanim zdążyła skończyć zdanie, jej torby zakupowe już były w jego rękach. Lekkość, która pojawiła się nagle w jej rękach, była niemal dezorientująca. Palce pozostały przez chwilę zaciśnięte w powietrzu, jakby nie nadążyły za zmianą, jakby wciąż trzymały coś, czego już tam nie było. - No dobrze. Tędy.
Chciała zaprotestować, zatrzymać to, co właśnie się wydarzyło, cofnąć tę jedną, drobną decyzję, która nie należała do niej. Ale nie zrobiła tego. Bo było już za późno. I być może (gdzieś bardzo głęboko) nie była pewna, czy naprawdę chce to cofać. Uniosła lekko podbródek, przybierając tę swoją dobrze znaną postawę - opanowaną, zdystansowaną, jakby nic nie miało znaczenia. Ruszyła nie oglądając się na niego, nie upewniając się, czy idzie za nią, jakby było to oczywiste. Jej kroki były równe, pewne, prowadzone instynktem i świeżą jeszcze decyzją, która wciąż pulsowała gdzieś pod powierzchnią myśli. Świadomość jego obecności była... natarczywa. Nie w sposób fizyczny - nie narzucał się, nie zaburzał jej rytmu - a jednak była tam, wyraźna, nie do zignorowania. Każdy krok, każdy oddech zdawał się dzielić z nim przestrzeń, która jeszcze chwilę temu należała tylko do niej. I to ją drażniło. To, jak łatwo wszedł w jej dzień. Jak naturalnie zajął miejsce, którego mu nie wyznaczyła. Nie powinna pozwalać na takie rzeczy. Na tę powtarzalność spotkań, na tę dziwną ciągłość, która zaczynała się między nimi tworzyć bez wyraźnego powodu. Ale przecież nie kazała mu odejść, więc pozwalała na to.
Prowadziła go dalej, w głąb jednej z bocznych uliczek, gdzie bruk był bardziej nierówny, a budynki stały bliżej siebie.
Gdy dotarli do kamienicy, zapukała do drzwi staruszki i odwróciła się do mężczyzny.
- Poradzę sobie, naprawdę nie chcę zajmować ci dnia - powiedziała cicho, po raz kolejny próbując zbudować dystans, który gdzieś po drodze straciła. Tylko w tym momencie drzwi się otworzyły i staruszka wciągnęła ich do środka, rzucając się na szyję Astorii i szlochając o swoich nieszczęściach.
learn the rules
then break some
then break some