28.03.2026, 15:35 ✶
Caroline już w sierpniu wydawała się być niespokojna, ale tym razem dostrzegłeś w jej oczach o wiele więcej strachu niż wcześniej. Osiadł na jej twarzy permanentnie. Pochował się w zmarszczkach od notorycznego marszczenia brwi i wykrzywiania warg w sposób daleki uśmiechowi. Cokolwiek działo się na Polanie Ognisk, wyrwało cząstkę duszy tej młodej dziewczyny i wstawiło tam coś nieokreślonego, coś... Oh, ciężko ci było to zrozumieć, ale też to czułeś – wkroczenie do Kniei wiązało się z zimnym dreszczem przeszywającym plecy, ze strużką potu spływającą po plecach mimo coraz chłodniejszych dni. To nie było przerażenie, ale było przerażeniu bliskie – strach jeszcze nie wszedł do środka, tylko pukał. Zaraz wyjrzy zza drzwi.
– Pan Macmillan! – Powiedziała zmachana, podbiegając do ciebie i mierząc przywdziane odzienie badawczym spojrzeniem. – M-myślałam, że spotkamy się na początku ścieżki. N-niech będzie pozdrowiona! – Ułożona dziewczyna, którą poznałeś nie zniknęła. Zmieniła się, ale to wciąż była panna Aberoth, nie miałeś żadnej wątpliwości – jej twarz wydawała się jedynym elementem twojego otoczenia, na którym potrafiłeś się skupić, bo za każdym razem kiedy spoglądałeś w kierunku drzew i krzewów, coś kazało ci odwracać wzrok. Ten detal jej nie umknął. – To zaklęcia – wyjaśniła szybko, gestem nakazując ci ruszyć do przodu i pospieszyć się – aurorzy rzucili je, żeby nikt nie zatrzymywał się na tym terenie. Proszę, niech wielmożny pan idzie ze mną, możliwym jest, że ciężko będzie poznać dalszą drogę na Polanę... – W istocie – kiedy utrzymywałeś skupienie na roślinności i ścieżce na tak krótki czas, na niewiele zdawały ci się wspomnienia tutejszej roślinności. Do przodu niosły cię bardziej wyczucie i pamięć mięśniowa (bo ileż razy szedłeś tu od strony Doliny?) niż wzrok. Mógłbyś jednak przysiąc, że coś w tej okolicy się zmieniło.
Najbardziej zmieniła się jednak sama Polana.
Nie byłeś głupi, dobrze wiedziałeś, że gadka jaką raczyła cię po drodze Niewymowna nie miała większego znaczenia dla tego, czego prawdziwie od ciebie oczekiwała. Dostrzegłeś bowiem pomiędzy enigmatycznymi liśćmi figury odziane w ciemne płaszcze. Gdyby to były te Widma, to byście pewnie oboje byli trupami – musiały to więc być osoby powiązane z bezpieczeństwem okolicy. Jej tłumaczenie o wartości twojej ekspertyzy i jak wiele miałeś wnieść w tę sprawę było zapewne prawdziwe (i to na tyle, aby nie zagrażało jej przebadanie eliksirem prawdy), nie wspominała jednak ani trochę o głębokiej, wewnętrznej potrzebie wprowadzenia tutaj kogoś z zewnątrz. Wprowadziła cię tutaj nie nauka, lecz religia. A panna Aberoth nie do końca wierzyła w owoce pracy masy ludzi, których dostrzegłeś stawiając pierwszy krok na miejscu powiązanym z niemal każdym sabatem, jaki zorganizowała twoja rodzina.
Jeżeli w czymś cię ten widok utwierdził to w tym, że twoi przodkowie wybrali to miejsce nie bez przypadku.
W centrum polany, otoczone kręgiem kamieni stało drzewo. Wielki, potężny dąb leżał do góry nogami. Jego konary wbijały się w ziemię, a korzenie wiły się w górę, jakby szukały wody na niebie lub księżycu. Rośliny wokół wyglądały tak, jak w lato – pomiędzy konarami drzew kryło się wiele kwiatów i roślin, wcześniej wypaloną ziemię porastała gęsta trawa, po której ostrożnie stąpali badacze. Za daleko, żebyś mógł się im teraz przyjrzeć, a i tak brakowało ci wiedzy aby powiedzieć na ich temat cokolwiek głębszego.
W miejscach, gdzie Macmillanowie rozstawiali zwykle swoje stragany, teraz stały namioty naukowców.
– Niedługo rozpocznie się spotkanie – powiedziała, skinąwszy głową w kierunku jednego z namiotów. – Nie wiem... Nie wiem czy to końca dobra rada, ale spróbowałabym się na początku nie wychylać – dodała, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu. – Jest jeszcze tyle czasu, żeby się rozejrzeć.
Mogłeś więc przyjrzeć się drzewu, roślinom lub zagadać któregoś z uczonych zapatrzonych w obliczenia, mapy i próbki.
– Pan Macmillan! – Powiedziała zmachana, podbiegając do ciebie i mierząc przywdziane odzienie badawczym spojrzeniem. – M-myślałam, że spotkamy się na początku ścieżki. N-niech będzie pozdrowiona! – Ułożona dziewczyna, którą poznałeś nie zniknęła. Zmieniła się, ale to wciąż była panna Aberoth, nie miałeś żadnej wątpliwości – jej twarz wydawała się jedynym elementem twojego otoczenia, na którym potrafiłeś się skupić, bo za każdym razem kiedy spoglądałeś w kierunku drzew i krzewów, coś kazało ci odwracać wzrok. Ten detal jej nie umknął. – To zaklęcia – wyjaśniła szybko, gestem nakazując ci ruszyć do przodu i pospieszyć się – aurorzy rzucili je, żeby nikt nie zatrzymywał się na tym terenie. Proszę, niech wielmożny pan idzie ze mną, możliwym jest, że ciężko będzie poznać dalszą drogę na Polanę... – W istocie – kiedy utrzymywałeś skupienie na roślinności i ścieżce na tak krótki czas, na niewiele zdawały ci się wspomnienia tutejszej roślinności. Do przodu niosły cię bardziej wyczucie i pamięć mięśniowa (bo ileż razy szedłeś tu od strony Doliny?) niż wzrok. Mógłbyś jednak przysiąc, że coś w tej okolicy się zmieniło.
Najbardziej zmieniła się jednak sama Polana.
Nie byłeś głupi, dobrze wiedziałeś, że gadka jaką raczyła cię po drodze Niewymowna nie miała większego znaczenia dla tego, czego prawdziwie od ciebie oczekiwała. Dostrzegłeś bowiem pomiędzy enigmatycznymi liśćmi figury odziane w ciemne płaszcze. Gdyby to były te Widma, to byście pewnie oboje byli trupami – musiały to więc być osoby powiązane z bezpieczeństwem okolicy. Jej tłumaczenie o wartości twojej ekspertyzy i jak wiele miałeś wnieść w tę sprawę było zapewne prawdziwe (i to na tyle, aby nie zagrażało jej przebadanie eliksirem prawdy), nie wspominała jednak ani trochę o głębokiej, wewnętrznej potrzebie wprowadzenia tutaj kogoś z zewnątrz. Wprowadziła cię tutaj nie nauka, lecz religia. A panna Aberoth nie do końca wierzyła w owoce pracy masy ludzi, których dostrzegłeś stawiając pierwszy krok na miejscu powiązanym z niemal każdym sabatem, jaki zorganizowała twoja rodzina.
Jeżeli w czymś cię ten widok utwierdził to w tym, że twoi przodkowie wybrali to miejsce nie bez przypadku.
W centrum polany, otoczone kręgiem kamieni stało drzewo. Wielki, potężny dąb leżał do góry nogami. Jego konary wbijały się w ziemię, a korzenie wiły się w górę, jakby szukały wody na niebie lub księżycu. Rośliny wokół wyglądały tak, jak w lato – pomiędzy konarami drzew kryło się wiele kwiatów i roślin, wcześniej wypaloną ziemię porastała gęsta trawa, po której ostrożnie stąpali badacze. Za daleko, żebyś mógł się im teraz przyjrzeć, a i tak brakowało ci wiedzy aby powiedzieć na ich temat cokolwiek głębszego.
W miejscach, gdzie Macmillanowie rozstawiali zwykle swoje stragany, teraz stały namioty naukowców.
– Niedługo rozpocznie się spotkanie – powiedziała, skinąwszy głową w kierunku jednego z namiotów. – Nie wiem... Nie wiem czy to końca dobra rada, ale spróbowałabym się na początku nie wychylać – dodała, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu. – Jest jeszcze tyle czasu, żeby się rozejrzeć.
Mogłeś więc przyjrzeć się drzewu, roślinom lub zagadać któregoś z uczonych zapatrzonych w obliczenia, mapy i próbki.