Roślina żyła sama z siebie. Był zakaz jej podlewania. Nie wiadomo czym się żywiła, że tak obficie się rozrosła. Na pewno Laurence stawiałby na magię, ewentualnie klątwę. Nawet jeżeli nikt nie podlewał, to przecież natura mogła to zrobić sama z siebie. Deszcz. Mieszkali w kraju, na wyspie która miewała częste dni i noce deszczowe. A sam ogród był przecież na otwartej przestrzeni.
- Nie brzmi to pocieszająco.Stwierdził, zastanawiając się przy tym, czy czasem w tym ogrodzie kogoś nie pochowano a jego dusza nie może zaznać spokoju? Została sprowadzona do tego miejsca? Jak inaczej wyjaśnić obecność dźwięków i odcisków dłoni, o których powiedziała mu właśnie Victoria?
W najważniejszym momencie rozmowy, kiedy właśnie panna Lestrange miała przedstawić wersję usłyszaną od Lorelei, obaj doświadczyli czegoś niespotykanego, patrząc na taflę wody w stawie. Czując wilgoć w dłoni, Laurence spojrzał na nią pocierając ze sobą opuszki palców, jakby sprawdzał, czy to woda, jego pot czy może inna substancja. Skoro się nie kleiło, mógł wytrzeć w chusteczkę, jaką wyjął z tylnej kieszeni spodni, drugą ręką. Zadał pytanie Victorii, ale ta nie odpowiadała mu od razu. Wzrok skierował na nią, dostrzegając na jej twarzy strach. "Widziała to samo?" – zapytał sam siebie w myślach.
- Widziałaś cokolwiek?Zmienił pytanie, mówiąc łagodnie ze spokojem, chowając chusteczkę do kieszeni płaszcza, spojrzał na jej dłonie i ujął w swoje, jakby chciał zapewnić jej swoje wsparcie, bezpieczeństwo. Nie była tutaj sama. Nie ważne już były w tej chwili światła w stawie. Ważne było cokolwiek, co wprawiło ją w ten stan. Nie przeszkadzało mu to, że dłonie miała zimne. Jeżeli miała jakiekolwiek czucie, może wyczuła ciepło od jego dłoni. Jeżeli na to pozwoliła i tego też potrzebowała, objął ją, aby przytulić do siebie.