24.10.2022, 13:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2022, 13:45 przez Eden Lestrange.)
Szczęście było czymś subiektywnym, przynajmniej dla Eden. W jej definicji było to zwyczajnie spełnianie oczekiwań, zarówno cudzych, jak i własnych. Była pewna, że gdyby stawiała poprzeczkę nisko wobec samej siebie i zadowalała się byle czym, chodziłaby po mieście uradowana jak skowronek. Niestety oczekiwania wobec samej siebie miała niebosiężne i prawdopodobnie właśnie dlatego wydawała się taka zgryźliwa. Nie umiała się zaspokoić niczym, nic nie było wystarczająco dobre, a wyniesiona z domu rodzinnego chciwość nie pozwalała powiedzieć starczy. Wywróciłoby ją na lewą stronę, gdyby oświadczyła szczerze przed samą sobą, że do szczęścia już więcej jej nic nie trzeba.
Chciała wszystko lub nic. Nic pomiędzy.
Wyznanie brata na temat nienawiści do samego siebie przyjęła z lekką konsternacją, lecz wciąż miała nadzieję. Przechyliła nieco głowę z braku zrozumienia, ale twarz wciąż miała łagodną, bo ciągle wierzyła, że obwinia się niesłusznie. Widziała, że był rozbity, wręcz zdezelowany emocjonalnie, rozciągając się niczym wrak wyłowiony z dna zatoki na szezlongu. Widziała pobielałe knykcie dłoni zaciśniętych na kolanach, nerwowe przełykanie śliny. Ludzie w rozpaczy często przypisywali sobie winę za cudzą śmierć, bo w czarnej godzinie przez głowę przelatuje mnóstwo scenariuszy, ironicznie najczęściej tych "najlepszych". Tych, w których na czas docierają na miejsce i ratują zmarłego, tych, gdzie w ogóle nie pozwalają zmarłemu dotrzeć w miejsce, w którym spotka ich koniec. Przypisują sobie fałszywą winę za nieurodzenie się prorokiem i nieprzewidzenie czegoś, czego nie dało się przewidzieć. Czasem jedna mała rzecz jest w stanie zmienić bieg całego ludzkiego życia. Czasem ta sama rzecz je odbiera.
Kolejne słowa zmusiły ją do zmiany wyrazu twarzy. Nie była już dłużej w stanie patrzeć na brata z nadzieją, że zachował się jak należy. O ile wpierw jedynie zastygła w ruchu i chciała szczerze zrozumieć jego intencje, tak kiedy faktycznie zaczął je obnażać, zaczęła się robić niespokojna. W głowie Eden pojawił się mętlik, myśli odbijały się od siebie z zawrotną prędkością i nie umiały zejść się w koherentną całość. Przez chwilę poczuła się, jakby patrzyła na całą tę sytuację z poziomu trzeciej osoby, obserwatora, który przystanął z boku. Czy to był ten przypadek eksterioryzacji, kiedy ktoś przyrzeka, że zaraz wyjdzie z siebie i stanie obok?
Kiedy mówił o miłości i wykładaniu własnego serca na rękę swojej, świętej pamięci już, żony, z żołądkiem blondynki zaczęło się dziać coś nieprzyjemnego. Czuła jak wywraca jej flakami, ale była przekonana, że nie jest to zazdrość. Wiele złych rzeczy można było o Eden powiedzieć, ale jej urojenia nie urosły nigdy do aż tak podłego poziomu. Była przekonana, że Elliott wierzy w słuszność swoich słów, ale tutaj pojawiał się paradoks, bo ona nie mogła. Nie potrafiła połączyć szczerości z uczuciami, które eksponował przed nią, bo zaprzeczały wszelkim prawom logiki. Prawdopodobnie z tego powodu zrobiło jej się tak niedobrze, od hipokryzji Elliotta, która przeszła niezauważona przed jego własnym nosem.
Wydała z siebie dziwny dźwięk, jakby niemoc stłumiła śmiech i zamieniła się w niezwykle ciężkie westchnięcie. Zdjęła okulary, położyła je niedbale na bok, przetarła zmęczone oczy i nasadę nosa.
Nie była pewna, co w tym momencie powstrzymało ją od wyrzucenia go z domu. Pakt, który obligował ją do niedziałania na szkodę brata, czy jednak resztka miłości wobec niego, bo chociaż miała ochotę utłuc go gołymi rękoma tu i teraz, to mimo wszystko wiedziała, że szczerze żałuje swoich czynów?
- Bezczelność - powiedziała wreszcie, wypuszczając z siebie słowa wraz z oddechem, przez co stały się stłumione. - Właśnie to tobą kierowało. Męska bezczelność - powtórzyła więc, bo nie miała zamiaru siedzieć cicho i klepać go po ramieniu. Była w konflikcie z samą sobą, bo z jakiegoś chorego powodu chciała jednocześnie ukrócić jego cierpienie oraz dać do zrozumienia, że jest obrzydliwym imbecylem.
Zerwała się z łóżka na równe nogi, czując, że zaczyna ogarniać ją szał. Była zła. Była nieludzko wściekła, ale nigdy, przenigdy, nie pozwoliłaby sobie z tego tytułu stracić kontroli. Eden nie miała w zwyczaju krzyczeć na ludzi, rzucać przedmiotami, uciekać się do przemocy fizycznej. Teraz miała na to wszystko ochotę, a jedynie krążyła niespokojnie pod drewnianej podłodze z twarzą we własnych dłoniach.
Nie wytrzymała.
- Tylko ty byłbyś w stanie być tak głupi i zaślepiony własnym ego, że kazałbyś osobie, którą rzekomo kochasz, przejść przez piekło, z którego sam wypełzłeś - wysyczała przez zaciśnięte zęby, opuszczając w końcu ręce i patrząc szeroko rozwartymi oczyma na brata. Nie była w stanie pojąć, że ktoś, kto wrócił dosłownie zrujnowany psychicznie z Lecznicy Dusz, bo został wysłany tam siłą, wysłałby tam kogokolwiek z takich samych pobudek. Wystawiła w jego kierunku wskazujący palec, jakby chciała się upewnić, że Elliott nie pomyli się, do kogo mówi. - Czy ty się słyszysz? Powiedz, Eli, słyszysz się, czy alkohol wciąż szumi ci w uszach na tyle, że myślisz, że to, co mówisz, ma sens? - nachyliła się nad nim, nie umiejąc kontrolować własnego wyrazu twarzy. Kipiała od wściekłości i nie była pewna, czy bliźniak kiedykolwiek widział ją w takim stanie. Wyglądała, jakby chciała złapać go za szczękę i uderzyć mu głową o ścianę, ale odsunęła się w ostatnim momencie i wróciła do niespokojnego maszerowania tam i z powrotem po pokoju.
- Wolałeś cierpienie, zgryzotę kobiety, którą myślisz, że kochałeś, niż własne upokorzenie? Wybrałeś karierę i aprobatę ojca zamiast matki swojego dziecka? I to ja z naszej dwójki jestem tą gorszą, tak? Ja jestem potworem? - zaśmiała się gorzko, wypowiadając ostatnie pytanie. Tylko Eden byłaby w stanie zamienić coś takiego w rozmowę o niej samej. I chociaż zdawała sobie sprawę, że to nie czas i miejsce na porównywanie, zwyczajnie nie miała nad sobą kontroli.
- Ty nikogo nie kochałeś - zaczęła, najpierw wciąż brzmiąc na wściekłą. - Tylko siebie. -
Drugie zdanie, konkluzję swojego wybuchu, wypowiedziała smutnym głosem. Wyglądała, jakby miała się rozpłakać w jego imieniu, ale to tylko dlatego, że wreszcie się zorientowała, że kopie leżącego.
Wzięła głęboki wdech i zamknęła oczy. Kiedy ponownie spojrzała na brata, nie patrzyły na niego już oczy rozwścieczonej osoby. Eden zdecydowanie wyglądała, jakby było jej głupio z powodu swojego własnego wybuchu, ale nie umiała przeprosić. Przełknęła ślinę, nerwowo odgarnęła włosy z twarzy, które przykleiły się do czoła podczas gwałtownych ruchów.
- Zrobić ci herbaty? - zapytała cicho, opuszczając ramiona wzdłuż własnego ciała. Z tego wszystkiego zapomniała o manierach.
Chciała wszystko lub nic. Nic pomiędzy.
Wyznanie brata na temat nienawiści do samego siebie przyjęła z lekką konsternacją, lecz wciąż miała nadzieję. Przechyliła nieco głowę z braku zrozumienia, ale twarz wciąż miała łagodną, bo ciągle wierzyła, że obwinia się niesłusznie. Widziała, że był rozbity, wręcz zdezelowany emocjonalnie, rozciągając się niczym wrak wyłowiony z dna zatoki na szezlongu. Widziała pobielałe knykcie dłoni zaciśniętych na kolanach, nerwowe przełykanie śliny. Ludzie w rozpaczy często przypisywali sobie winę za cudzą śmierć, bo w czarnej godzinie przez głowę przelatuje mnóstwo scenariuszy, ironicznie najczęściej tych "najlepszych". Tych, w których na czas docierają na miejsce i ratują zmarłego, tych, gdzie w ogóle nie pozwalają zmarłemu dotrzeć w miejsce, w którym spotka ich koniec. Przypisują sobie fałszywą winę za nieurodzenie się prorokiem i nieprzewidzenie czegoś, czego nie dało się przewidzieć. Czasem jedna mała rzecz jest w stanie zmienić bieg całego ludzkiego życia. Czasem ta sama rzecz je odbiera.
Kolejne słowa zmusiły ją do zmiany wyrazu twarzy. Nie była już dłużej w stanie patrzeć na brata z nadzieją, że zachował się jak należy. O ile wpierw jedynie zastygła w ruchu i chciała szczerze zrozumieć jego intencje, tak kiedy faktycznie zaczął je obnażać, zaczęła się robić niespokojna. W głowie Eden pojawił się mętlik, myśli odbijały się od siebie z zawrotną prędkością i nie umiały zejść się w koherentną całość. Przez chwilę poczuła się, jakby patrzyła na całą tę sytuację z poziomu trzeciej osoby, obserwatora, który przystanął z boku. Czy to był ten przypadek eksterioryzacji, kiedy ktoś przyrzeka, że zaraz wyjdzie z siebie i stanie obok?
Kiedy mówił o miłości i wykładaniu własnego serca na rękę swojej, świętej pamięci już, żony, z żołądkiem blondynki zaczęło się dziać coś nieprzyjemnego. Czuła jak wywraca jej flakami, ale była przekonana, że nie jest to zazdrość. Wiele złych rzeczy można było o Eden powiedzieć, ale jej urojenia nie urosły nigdy do aż tak podłego poziomu. Była przekonana, że Elliott wierzy w słuszność swoich słów, ale tutaj pojawiał się paradoks, bo ona nie mogła. Nie potrafiła połączyć szczerości z uczuciami, które eksponował przed nią, bo zaprzeczały wszelkim prawom logiki. Prawdopodobnie z tego powodu zrobiło jej się tak niedobrze, od hipokryzji Elliotta, która przeszła niezauważona przed jego własnym nosem.
Wydała z siebie dziwny dźwięk, jakby niemoc stłumiła śmiech i zamieniła się w niezwykle ciężkie westchnięcie. Zdjęła okulary, położyła je niedbale na bok, przetarła zmęczone oczy i nasadę nosa.
Nie była pewna, co w tym momencie powstrzymało ją od wyrzucenia go z domu. Pakt, który obligował ją do niedziałania na szkodę brata, czy jednak resztka miłości wobec niego, bo chociaż miała ochotę utłuc go gołymi rękoma tu i teraz, to mimo wszystko wiedziała, że szczerze żałuje swoich czynów?
- Bezczelność - powiedziała wreszcie, wypuszczając z siebie słowa wraz z oddechem, przez co stały się stłumione. - Właśnie to tobą kierowało. Męska bezczelność - powtórzyła więc, bo nie miała zamiaru siedzieć cicho i klepać go po ramieniu. Była w konflikcie z samą sobą, bo z jakiegoś chorego powodu chciała jednocześnie ukrócić jego cierpienie oraz dać do zrozumienia, że jest obrzydliwym imbecylem.
Zerwała się z łóżka na równe nogi, czując, że zaczyna ogarniać ją szał. Była zła. Była nieludzko wściekła, ale nigdy, przenigdy, nie pozwoliłaby sobie z tego tytułu stracić kontroli. Eden nie miała w zwyczaju krzyczeć na ludzi, rzucać przedmiotami, uciekać się do przemocy fizycznej. Teraz miała na to wszystko ochotę, a jedynie krążyła niespokojnie pod drewnianej podłodze z twarzą we własnych dłoniach.
Nie wytrzymała.
- Tylko ty byłbyś w stanie być tak głupi i zaślepiony własnym ego, że kazałbyś osobie, którą rzekomo kochasz, przejść przez piekło, z którego sam wypełzłeś - wysyczała przez zaciśnięte zęby, opuszczając w końcu ręce i patrząc szeroko rozwartymi oczyma na brata. Nie była w stanie pojąć, że ktoś, kto wrócił dosłownie zrujnowany psychicznie z Lecznicy Dusz, bo został wysłany tam siłą, wysłałby tam kogokolwiek z takich samych pobudek. Wystawiła w jego kierunku wskazujący palec, jakby chciała się upewnić, że Elliott nie pomyli się, do kogo mówi. - Czy ty się słyszysz? Powiedz, Eli, słyszysz się, czy alkohol wciąż szumi ci w uszach na tyle, że myślisz, że to, co mówisz, ma sens? - nachyliła się nad nim, nie umiejąc kontrolować własnego wyrazu twarzy. Kipiała od wściekłości i nie była pewna, czy bliźniak kiedykolwiek widział ją w takim stanie. Wyglądała, jakby chciała złapać go za szczękę i uderzyć mu głową o ścianę, ale odsunęła się w ostatnim momencie i wróciła do niespokojnego maszerowania tam i z powrotem po pokoju.
- Wolałeś cierpienie, zgryzotę kobiety, którą myślisz, że kochałeś, niż własne upokorzenie? Wybrałeś karierę i aprobatę ojca zamiast matki swojego dziecka? I to ja z naszej dwójki jestem tą gorszą, tak? Ja jestem potworem? - zaśmiała się gorzko, wypowiadając ostatnie pytanie. Tylko Eden byłaby w stanie zamienić coś takiego w rozmowę o niej samej. I chociaż zdawała sobie sprawę, że to nie czas i miejsce na porównywanie, zwyczajnie nie miała nad sobą kontroli.
- Ty nikogo nie kochałeś - zaczęła, najpierw wciąż brzmiąc na wściekłą. - Tylko siebie. -
Drugie zdanie, konkluzję swojego wybuchu, wypowiedziała smutnym głosem. Wyglądała, jakby miała się rozpłakać w jego imieniu, ale to tylko dlatego, że wreszcie się zorientowała, że kopie leżącego.
Wzięła głęboki wdech i zamknęła oczy. Kiedy ponownie spojrzała na brata, nie patrzyły na niego już oczy rozwścieczonej osoby. Eden zdecydowanie wyglądała, jakby było jej głupio z powodu swojego własnego wybuchu, ale nie umiała przeprosić. Przełknęła ślinę, nerwowo odgarnęła włosy z twarzy, które przykleiły się do czoła podczas gwałtownych ruchów.
- Zrobić ci herbaty? - zapytała cicho, opuszczając ramiona wzdłuż własnego ciała. Z tego wszystkiego zapomniała o manierach.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~