31.03.2026, 16:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.03.2026, 16:31 przez Seisyll Rowle.)
Naprawdę chciał, żeby to wszystko było takie proste. Porzucenie na moment własnej kuźni, żeby zobaczyć pracownię Helloise wydawało się dobrym pomysłem. Zobaczenie, że nie tylko jego życie toczyło się rytmem natury i uderzeń młota, oddanie się w ręce pozornie bezkresnego lasu i dłoni, które trzymając jego smutną, rozgrzaną twarz przynosiły ukojenie większe niż cokolwiek innego – cóż innego miałoby dźwignąć go na nogi? Seisyll kochał swoją siostrę. Nie kłamał w liście, przyznając się do poszukiwania między nimi podobieństw – łącząca ich nić porozumienia była prawdopodobnie najgrubszą z tych, jakie udało mu się spleść w burzliwym życiu. Może dlatego mimo ukojenia dla rozszarpanej duszy, Dolina Godryka była jednocześnie miejscem, którego powinien unikać – bo to był przecież sekret, jakiego miał nie zdradzać nikomu. A przynajmniej nie w pierwszych miesiącach wzniecania wojny domowej.
Ale to przecież była Helloise.
– Myszko, przecież wiesz, że nie mówię tego, żeby nie ściągać na ciebie kłopotów. – Nawet jeżeli oboje wiedzieli, że nie była już dzieckiem i mogła tę prawdę udźwignąć.
Siedział na pościeli, z brodą wspartą o swoje palce. Piekielnie smutne oczy Seisylla wykonały powolny ruch, kiedy przesunął rozmyte spojrzenie w górę, na stojąca nad nim zielarkę. Wydawało mu się, że jeszcze wczoraj leżała z nim na łóżku i słuchała zakończeń bajek, które wymyślał w oparciu o opowieści własnego przodka. Dzisiaj była w wieku, w którym powinna już pewnie wyjść za mąż, ale nie wyszła. Może nigdy nie wyjdzie. Była zbyt silna i zbyt uparta, aby nie utorować sobie swojej ścieżki, nawet jeżeli wpółświadomie przedzierała się przez życie z lekcjami, jakie zaszczepiły w niej przekazywane ukradkiem myśli Salazara Slyherina. Czy to on jej to zrobił? Czy zrobił to też Lazarusowi? Sam nie był pewien, czy powinien czuć się bardziej dumny niż winny.
Rodzina pełna wariatów, dla których życie leśnych zwierząt i dębów znaczyło więcej, niż życie ludzi próbujących przetrwać.
Kropla drążyła skałę.
Uciekł tym spojrzeniem w bok. Niby nic nie mówił, ale znała go już na tyle żeby wiedzieć, że w końcu wreszcie pęknie. Nie sposób było zliczyć ile razy próbował uciec od tej myśli, jak bardzo chciał to zgnieść i zakopać w ogródku, tę prawdę o swoim jestestwie, której nigdy nie będzie mógł wymazać. A jednak zrobił to – wyjawił jej go, przed czym uciekał, nawet jeśli przed samym sobą wciąż nie potrafił się do tego przyznać.
Podwinął rękaw bawełnianej piżamy. Pobladła skóra na na lewej ręce, chociaż Seisyll był opalony od ciągłego przebywania na dworze w promieniach słońca, od razu zdradzała, że coś z nią było nie tak. Minęła sekunda, dwie, a on stęknął z bólu, kiedy tusz malujący na niej symbol Morsmordre wynurzył się i Helloise mogła dostrzec tatuaż czaszki łykającej ogromnego węża.
– Wiesz, o jego rebelii – powiedział z pełnym przekonaniem, że wieść o potwornym manifeście sięgnęła całej Anglii. – Pomogliśmy mu – Lazarus jak zawsze był tu w domyśle, to on przecież pakował Seisylla w ciągłe kłopoty i nie trzeba było tęgiej głowy, żeby połączyć kropki – w zabiciu tego małżeństwa, co sprzedało las w Wiltshire w zamian za życie cholernych szlam i mugoli, a później mówili, że śmierć zwierzyny była wypadkiem. – W jego głosie można było wyczuć pogardę. Nie żałował wcale tej dwójki, nawet jeśli ręka mu się trzęsła na samą myśl o tym, jak podcinał czyjejś żonie gardło. – Jebać ich, Helloise – wydusił z siebie wreszcie. – Ale nie wiedzieliśmy, że mają dziecko. Nie pozwoliłem Lazarusowi go zabić, bo wyglądało jak – Helena. – Momentalnie pobladł. Spojrzał na siostrę jeszcze raz, a później wrócił do wlepiania spojrzenia w podłogę. – Nawiedza mnie to. Dzieci nie powinny wiedzieć takiej śmierci – pokręcił głową, sięgając na szafkę nocną do swojego płaszcza. Dźwignął się z miejsca, w akompaniamencie brzdęknięcia metalowej nogi.
Przez dłuższą chwilę nie dodał do tego nic. Poszukiwał w ciszy pomiędzy nimi zapewnienia, że wciąż łączyła ich miłość. Cokolwiek, co mogło przywrócić mu po tym, co powiedział jego własne człowieczeństwo, wyciągnęłoby go z tonącego okrętu, którym była jego własna głowa.
A może jego przeznaczeniem było utonąć?
Teraz był pewien jednego – musiał zapalić krążąc po wrzosowiskach.
Ale to przecież była Helloise.
– Myszko, przecież wiesz, że nie mówię tego, żeby nie ściągać na ciebie kłopotów. – Nawet jeżeli oboje wiedzieli, że nie była już dzieckiem i mogła tę prawdę udźwignąć.
Siedział na pościeli, z brodą wspartą o swoje palce. Piekielnie smutne oczy Seisylla wykonały powolny ruch, kiedy przesunął rozmyte spojrzenie w górę, na stojąca nad nim zielarkę. Wydawało mu się, że jeszcze wczoraj leżała z nim na łóżku i słuchała zakończeń bajek, które wymyślał w oparciu o opowieści własnego przodka. Dzisiaj była w wieku, w którym powinna już pewnie wyjść za mąż, ale nie wyszła. Może nigdy nie wyjdzie. Była zbyt silna i zbyt uparta, aby nie utorować sobie swojej ścieżki, nawet jeżeli wpółświadomie przedzierała się przez życie z lekcjami, jakie zaszczepiły w niej przekazywane ukradkiem myśli Salazara Slyherina. Czy to on jej to zrobił? Czy zrobił to też Lazarusowi? Sam nie był pewien, czy powinien czuć się bardziej dumny niż winny.
Rodzina pełna wariatów, dla których życie leśnych zwierząt i dębów znaczyło więcej, niż życie ludzi próbujących przetrwać.
Kropla drążyła skałę.
Uciekł tym spojrzeniem w bok. Niby nic nie mówił, ale znała go już na tyle żeby wiedzieć, że w końcu wreszcie pęknie. Nie sposób było zliczyć ile razy próbował uciec od tej myśli, jak bardzo chciał to zgnieść i zakopać w ogródku, tę prawdę o swoim jestestwie, której nigdy nie będzie mógł wymazać. A jednak zrobił to – wyjawił jej go, przed czym uciekał, nawet jeśli przed samym sobą wciąż nie potrafił się do tego przyznać.
Podwinął rękaw bawełnianej piżamy. Pobladła skóra na na lewej ręce, chociaż Seisyll był opalony od ciągłego przebywania na dworze w promieniach słońca, od razu zdradzała, że coś z nią było nie tak. Minęła sekunda, dwie, a on stęknął z bólu, kiedy tusz malujący na niej symbol Morsmordre wynurzył się i Helloise mogła dostrzec tatuaż czaszki łykającej ogromnego węża.
– Wiesz, o jego rebelii – powiedział z pełnym przekonaniem, że wieść o potwornym manifeście sięgnęła całej Anglii. – Pomogliśmy mu – Lazarus jak zawsze był tu w domyśle, to on przecież pakował Seisylla w ciągłe kłopoty i nie trzeba było tęgiej głowy, żeby połączyć kropki – w zabiciu tego małżeństwa, co sprzedało las w Wiltshire w zamian za życie cholernych szlam i mugoli, a później mówili, że śmierć zwierzyny była wypadkiem. – W jego głosie można było wyczuć pogardę. Nie żałował wcale tej dwójki, nawet jeśli ręka mu się trzęsła na samą myśl o tym, jak podcinał czyjejś żonie gardło. – Jebać ich, Helloise – wydusił z siebie wreszcie. – Ale nie wiedzieliśmy, że mają dziecko. Nie pozwoliłem Lazarusowi go zabić, bo wyglądało jak – Helena. – Momentalnie pobladł. Spojrzał na siostrę jeszcze raz, a później wrócił do wlepiania spojrzenia w podłogę. – Nawiedza mnie to. Dzieci nie powinny wiedzieć takiej śmierci – pokręcił głową, sięgając na szafkę nocną do swojego płaszcza. Dźwignął się z miejsca, w akompaniamencie brzdęknięcia metalowej nogi.
Przez dłuższą chwilę nie dodał do tego nic. Poszukiwał w ciszy pomiędzy nimi zapewnienia, że wciąż łączyła ich miłość. Cokolwiek, co mogło przywrócić mu po tym, co powiedział jego własne człowieczeństwo, wyciągnęłoby go z tonącego okrętu, którym była jego własna głowa.
A może jego przeznaczeniem było utonąć?
Teraz był pewien jednego – musiał zapalić krążąc po wrzosowiskach.
Postać opuszcza sesję
walijski #5e7f63
Salazar #7f4242
Salazar #7f4242