31.03.2026, 23:44 ✶
Była w nim pokusa, by rozlać się słowem po kamiennej posadzce wieży, aby ukryć zmieszanie narastające w wampirzej głowie. Burzę, która rozpostarła swoje stalowe chmury nad nimi, która bliźniaczo zalśniła piorunem w nim.
Lucienne była tak blisko. Tak jak wtedy w altanie, jak pośród spopielonych ścian zrujnowanych posiadłości. Tak blisko, wystarczyło wyciągnąć rękę do zebranych na smukłej łodydze szyi płatków pięknego kwiatu zachowanego w wieczności.
I nie zauważył nawet kiedy, rzeczywiście wyciągnął rękę ku niej, wsunął między ciemne kosmyki, opuszkami odnajdując wiązanie. Jeden gest, poddanie się magnetyzmowi. Jak smakował jego makaronik, jak bardzo chciałby spróbować wspomnienia ciasteczka, które miało zaszczyt być przez nią pożarte.
Wiatr szarpnął nimi, dwoma wiekowymi sztandarami, choć w przypadku Gabriela była to już raczej tylko biała poddańcza flaga. Czy i teraz się poddawał? Czy i teraz myślał o śmierci? Bynajmniej.
Grom zalśnił ponownie nad nimi, a on zabrał dłoń z kobiecego karku, uwalniając spętane wcześniej pukle, chłonąc jej postać niemal każdym dostępnym zmysłem.
Smak. Tego mu brakowało. Za tym tęsknił. Tego… nie mógł od niej żądać. Ludzie przychodzili i odchodzili. Gaśli w dłoniach, a ostatnie doświadczenia ponad wszystko utwierdziły go w przekonaniu, że nie rozumieją wieczności. Ona jednak trwała przez ponad dwa wieki, wszystko w czym wyrosła obumarło, pozostawiając żywot, który musiał nauczyć się znajdować cel inny niż skorupka ziarna, którym byli jako ludzie. To nie mógł być kaprys chwili. Nie mógł pozwolić sobie na ryzyko. Co innego droczyć się, co innego pozwalać na niewinny flirt. Być może, gdyby urodziła się w tym stuleciu, podchodziłaby do tego z większą lekkością, być może miałby śmiałość zaproponować jej nieco więcej zabawy w ich nowej rzeczywistości w której coraz więcej było liczby mnogiej. Nasza sprawa. Nasze śledztwo. Nasza kuchnia. Nasz odpoczynek. Być może, gdyby jej twórca nie obiecywał swojego serca i nie porzucił jej kilka chwil później. Być może miałby śmiałość zaryzykować i przyznać, że jego pragnienie bycia obok nie jest li tylko platonicznym wyrazem sympatii.
Ulewa uderzyła w nich z impetem, który powinien przecież być i ich udziałem w żarliwości współdzielonych uczuć.
Uśmiechnął się smutno, uciekając wzrokiem.
Chwila przeminęła.
– No to tyle ze świętowania. Zawsze masz tu taką dramatyczną pogodę? Dobrze, że nie jesteśmy w tej willi z cherubinkami. W świetle błyskawic wyglądałyby zaiście upiornie. – Bardzo się starał, ale jego ton nie brzmiał lekko. Był sztywny sztucznym uśmiechem i goryczą rozrastającej się świadomości, że koniecznie będzie musiał jakoś to naprawić. Zalepić. Potwierdzić czternaście tysięcy razy, że nie chciał uczynić jej dyshonoru. Zacisnął szczękę, unikając patrzenia na ubiór przesiąkający wodą. – Wracajmy do środka może i przełóżmy to na inny wieczór – zaproponował, nie będąc pewnym czy po takiej sytuacji Lucy w ogóle będzie chciała z nim spędzić jakikolwiek inny wieczór.
Lucienne była tak blisko. Tak jak wtedy w altanie, jak pośród spopielonych ścian zrujnowanych posiadłości. Tak blisko, wystarczyło wyciągnąć rękę do zebranych na smukłej łodydze szyi płatków pięknego kwiatu zachowanego w wieczności.
I nie zauważył nawet kiedy, rzeczywiście wyciągnął rękę ku niej, wsunął między ciemne kosmyki, opuszkami odnajdując wiązanie. Jeden gest, poddanie się magnetyzmowi. Jak smakował jego makaronik, jak bardzo chciałby spróbować wspomnienia ciasteczka, które miało zaszczyt być przez nią pożarte.
Wiatr szarpnął nimi, dwoma wiekowymi sztandarami, choć w przypadku Gabriela była to już raczej tylko biała poddańcza flaga. Czy i teraz się poddawał? Czy i teraz myślał o śmierci? Bynajmniej.
Grom zalśnił ponownie nad nimi, a on zabrał dłoń z kobiecego karku, uwalniając spętane wcześniej pukle, chłonąc jej postać niemal każdym dostępnym zmysłem.
Smak. Tego mu brakowało. Za tym tęsknił. Tego… nie mógł od niej żądać. Ludzie przychodzili i odchodzili. Gaśli w dłoniach, a ostatnie doświadczenia ponad wszystko utwierdziły go w przekonaniu, że nie rozumieją wieczności. Ona jednak trwała przez ponad dwa wieki, wszystko w czym wyrosła obumarło, pozostawiając żywot, który musiał nauczyć się znajdować cel inny niż skorupka ziarna, którym byli jako ludzie. To nie mógł być kaprys chwili. Nie mógł pozwolić sobie na ryzyko. Co innego droczyć się, co innego pozwalać na niewinny flirt. Być może, gdyby urodziła się w tym stuleciu, podchodziłaby do tego z większą lekkością, być może miałby śmiałość zaproponować jej nieco więcej zabawy w ich nowej rzeczywistości w której coraz więcej było liczby mnogiej. Nasza sprawa. Nasze śledztwo. Nasza kuchnia. Nasz odpoczynek. Być może, gdyby jej twórca nie obiecywał swojego serca i nie porzucił jej kilka chwil później. Być może miałby śmiałość zaryzykować i przyznać, że jego pragnienie bycia obok nie jest li tylko platonicznym wyrazem sympatii.
Ulewa uderzyła w nich z impetem, który powinien przecież być i ich udziałem w żarliwości współdzielonych uczuć.
Uśmiechnął się smutno, uciekając wzrokiem.
Chwila przeminęła.
– No to tyle ze świętowania. Zawsze masz tu taką dramatyczną pogodę? Dobrze, że nie jesteśmy w tej willi z cherubinkami. W świetle błyskawic wyglądałyby zaiście upiornie. – Bardzo się starał, ale jego ton nie brzmiał lekko. Był sztywny sztucznym uśmiechem i goryczą rozrastającej się świadomości, że koniecznie będzie musiał jakoś to naprawić. Zalepić. Potwierdzić czternaście tysięcy razy, że nie chciał uczynić jej dyshonoru. Zacisnął szczękę, unikając patrzenia na ubiór przesiąkający wodą. – Wracajmy do środka może i przełóżmy to na inny wieczór – zaproponował, nie będąc pewnym czy po takiej sytuacji Lucy w ogóle będzie chciała z nim spędzić jakikolwiek inny wieczór.