01.04.2026, 12:33 ✶
W całej swojej szczęśliwości, obie urodziły się kobietami. Podobne rysy, jasne włosy, ba! Nawet formalna koligacja, czyniła je niemal idealnymi zbrodniarkami.
Kto mógłby wiedzieć, jak ciasna zażyłość je wiąże? Nić, która między nimi przemykała, daleka była przed laty od ciemnych fal ich wysublimowanych sukni. Urd nie śmiała podglądać jej teraz, z dziwną nieśmiałością odległą od jej frywolnej natury, która jednak stanowiła przyjemną odmianę po latach podróży i eksploracji tematów relacji tak intensywnych co płytkich. Teraz zaś, gdy sowia głowa opadła na miękkie motyle skrzydło, były nikim więcej jak kuzynkami oglądającymi przedstawienie, w cichości wzruszeń dziejącymi się scenami okraszonymi wykwintną muzyką.
Ich nić mogła być czerwona, czyż rodzina nie troszczy się o siebie?
Umęczona wydarzeniami ostatnich tygodni Ceolsige zapadła w spokojny sen, co cieszyło Urd na kilku poziomach. Nieco egoistycznie pozwoliła sobie łagodnie ująć szczupły nadgarstek towarzyszki i przełożyć zwiotczałą dłoń na własne udo. Nieco zapobiegawczo ruchem różdżki przesunęła nieznacznie zasłonę, gwarantującą im nieco więcej prywatności.
Peer Gynt… coś robił.
Sztuka nagle przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, najwidoczniej bardziej wybrały się do teatru, aniżeli na spektakl.
Pozwoliła jej spać. Pozwoliła jej śnić, rozmyślając o tym, jak wiele wody upłynęło od ich ostatniego spotkania, jak wiele wody upłynęło od chwil spędzonych po prostu razem, w cichości wyznań, które nigdy nie padły, wyrażone ledwie przyspieszonym oddechem, biciem serca daleko wybiegającym w swojej pulsacji ze społecznie wyznaczonych ram. Smakowanie życia, smakowanie ciała, smakowanie obopólnej przyjemności możliwej do ofiarowania tylko z miękkości kobiecego ciała dla drugiego, we wzajemnym zrozumieniu drżenia, niezbędnego napięcia i równie pożądanej eteryczności gestu.
Urd całe życie poświęciła na to, by być przyjemnością, czasem zatrutą, czasem leczącą, zawsze uzależniającą. Ostra w niektórych miejscach dusza Ceolsige, jej duma, upór, jej uporządkowanie stanowiło przyjemny kontrast i uzupełnienie, jak muszla, którą można, ba! którą trzeba było otworzyć, by dotrzeć do ciepłej i miękkiej kwintesencji życia.
Oddychając wspólnym powietrzem ze śpiącą, zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo tęskniła za tym uczuciem, za ciężarem głowy na barku, za obietnicą upojnego wieczoru po tym, jak nieszczęsna angielka w końcu da sobie prawo do odpoczynku. W rozmyślaniu nie zauważyła nawet jak opuszkami palców zaczęła wykreślać na dłoni towarzyszki ochronne wzory, w lęku, że londyńskie demony nawiedzające nieuprzątnięte jeszcze zgliszcza, wyciągną dłonie, upomną się po jasnooką czystokrwistą damę, nazbyt lubującą się w niebezpieczeństwie.
Nie żeby nie było zrozumienia w Północnym Sercu za adrenaliną, za ryzykiem, za posmakiem przygody. A teraz teraz, och teraz jakże miała ochotę rozsmakować się w słodyczy, tak przyjemnie roztopionej tuż obok na wcale tak wygodnym krześle. Jakiś czas temu nawet nie spodziewała się, że ich ścieżki ponownie się przetną, teraz więc w łagodnym uśmiechu, w otarciem się policzkiem o wymyślne sploty na śpiącej głowie przyzwoliła sobie na to, by nie poddawać się nurtowi pragnień, na rzecz bieżącej chwili spokoju i pachnącego teatralnym kurzem ciepła.
Kto mógłby wiedzieć, jak ciasna zażyłość je wiąże? Nić, która między nimi przemykała, daleka była przed laty od ciemnych fal ich wysublimowanych sukni. Urd nie śmiała podglądać jej teraz, z dziwną nieśmiałością odległą od jej frywolnej natury, która jednak stanowiła przyjemną odmianę po latach podróży i eksploracji tematów relacji tak intensywnych co płytkich. Teraz zaś, gdy sowia głowa opadła na miękkie motyle skrzydło, były nikim więcej jak kuzynkami oglądającymi przedstawienie, w cichości wzruszeń dziejącymi się scenami okraszonymi wykwintną muzyką.
Ich nić mogła być czerwona, czyż rodzina nie troszczy się o siebie?
Umęczona wydarzeniami ostatnich tygodni Ceolsige zapadła w spokojny sen, co cieszyło Urd na kilku poziomach. Nieco egoistycznie pozwoliła sobie łagodnie ująć szczupły nadgarstek towarzyszki i przełożyć zwiotczałą dłoń na własne udo. Nieco zapobiegawczo ruchem różdżki przesunęła nieznacznie zasłonę, gwarantującą im nieco więcej prywatności.
Peer Gynt… coś robił.
Sztuka nagle przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, najwidoczniej bardziej wybrały się do teatru, aniżeli na spektakl.
Pozwoliła jej spać. Pozwoliła jej śnić, rozmyślając o tym, jak wiele wody upłynęło od ich ostatniego spotkania, jak wiele wody upłynęło od chwil spędzonych po prostu razem, w cichości wyznań, które nigdy nie padły, wyrażone ledwie przyspieszonym oddechem, biciem serca daleko wybiegającym w swojej pulsacji ze społecznie wyznaczonych ram. Smakowanie życia, smakowanie ciała, smakowanie obopólnej przyjemności możliwej do ofiarowania tylko z miękkości kobiecego ciała dla drugiego, we wzajemnym zrozumieniu drżenia, niezbędnego napięcia i równie pożądanej eteryczności gestu.
Urd całe życie poświęciła na to, by być przyjemnością, czasem zatrutą, czasem leczącą, zawsze uzależniającą. Ostra w niektórych miejscach dusza Ceolsige, jej duma, upór, jej uporządkowanie stanowiło przyjemny kontrast i uzupełnienie, jak muszla, którą można, ba! którą trzeba było otworzyć, by dotrzeć do ciepłej i miękkiej kwintesencji życia.
Oddychając wspólnym powietrzem ze śpiącą, zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo tęskniła za tym uczuciem, za ciężarem głowy na barku, za obietnicą upojnego wieczoru po tym, jak nieszczęsna angielka w końcu da sobie prawo do odpoczynku. W rozmyślaniu nie zauważyła nawet jak opuszkami palców zaczęła wykreślać na dłoni towarzyszki ochronne wzory, w lęku, że londyńskie demony nawiedzające nieuprzątnięte jeszcze zgliszcza, wyciągną dłonie, upomną się po jasnooką czystokrwistą damę, nazbyt lubującą się w niebezpieczeństwie.
Nie żeby nie było zrozumienia w Północnym Sercu za adrenaliną, za ryzykiem, za posmakiem przygody. A teraz teraz, och teraz jakże miała ochotę rozsmakować się w słodyczy, tak przyjemnie roztopionej tuż obok na wcale tak wygodnym krześle. Jakiś czas temu nawet nie spodziewała się, że ich ścieżki ponownie się przetną, teraz więc w łagodnym uśmiechu, w otarciem się policzkiem o wymyślne sploty na śpiącej głowie przyzwoliła sobie na to, by nie poddawać się nurtowi pragnień, na rzecz bieżącej chwili spokoju i pachnącego teatralnym kurzem ciepła.