01.04.2026, 12:44 ✶
Jego nadejście zwiastowało brzdęknięcie metalowej nogi. Było to, jak wiele rzeczy w jego życiu, ułudą. Mógłby – gdyby tylko zechciał – poruszać się w sposób bezdźwięczny, a jednak z oczywistych powodów decydował się na zachowanie tej możliwości na chwile, kiedy nie mógł przypominać samego siebie. Tych namnożyło się w życiu Seisylla wiele, a okropna wojna domowa, którą sam wzniecił i zaognił miała toczyć się jeszcze długo. Wizerunek, pod jakim się krył był wygodny i nie zamierzał z niego rezygnować.
Dla osób zaangażowanych w sprawę wagi najwyższej, przy stole siedział Śmierciożerca i twórca rzeczy okrutnych, wspierających krwawą rebelię. Dla reszty – pozostawał ojcem, kuzynem, wujkiem, bratem – kreatywnym, acz piekielnie smutnym wdowcem i kaleką, zaszywającym się w swojej pracowni w Beddgelert tak, jak Helloise zaszywała się w swojej chacie w Dolinie Godryka. Nie zdziwiło zapewne nikogo, kiedy uśmiechnął się do siostry czule, kiedy sugerowała spędzenie tego czasu na zewnątrz. Podzielał tę preferencję, ale w przeciwieństwie do niej nie czuł potrzeby naciskania na kogokolwiek, aby wymusić przeniesienie uczty w inne miejsce. Wystarczającą satysfakcją było dla Seisylla to, że Rowle faktycznie spotkali się razem i zamierzali spędzić Mabon w gronie rodzinnym. Sprawy religijne liczyły się dla niego nawet bardziej niż nowy, lepszy porządek świata, jaki próbowali wyszarpać pazurami przez ostatnie lata.
– Może po kolacji przejdziemy się na spacer? – Zaproponował, przez moment jeszcze wpatrując się w miejsce, w którym stała Helloise, a później wracając spojrzeniem do stołu. – „Poza rezerwatem” to całkiem różnorodna przestrzeń – powiedział spokojnie, bez cienia złośliwości w głosie, uśmiechając się do Mony, chociaż uśmiech ten jak zwykle nie sięgnął oczu. Uwaga była jednak trafna, bo chociaż sam nie mieszkał już od dawna w posiadłości rodowej, ulokował się na wsi. – Duże miasto to dużo kłopotów, szczególnie kiedy musisz ukryć coś przed oczyma mugoli. Mógłbym zbudować ci wolierę. Takich rozmiarów, żeby zmieściły się dwa. – I mógłby kontynuować, ale nie zwykł tego robić, bo od zawsze zakładał, że będąc w tym miejscu ma za rozmówców osoby domyślne. Takie, które rozumiały jak dało się zabezpieczyć metalową wolierę i po co miałoby się zamykać smoczogniki w klatce pod swoją nieobecność.
To powiedziawszy, upił łyk wina.
Widział, jak jego córka się wierci. Widział też, jak z tym wszystkim walczy. Dał jej więc przeżywać emocje związane z dorastaniem w ciszy. Też był kiedyś nastolatkiem. Podobnie jak przy Helloise i Monie, pozwalał pewnym rzeczom płynąć. Młodzi ludzie potrzebowali wolności. Wychowanie nie było tresurą. Było kształtowaniem postaw. Tak długo, jak trzymali się szacunku do natury i wierzeń, mieli prawo budować własną przyszłość na swój sposób. Ludzie uważający, że istnieje jeden przepis na życie byli ślepi na echo historii.
Dla osób zaangażowanych w sprawę wagi najwyższej, przy stole siedział Śmierciożerca i twórca rzeczy okrutnych, wspierających krwawą rebelię. Dla reszty – pozostawał ojcem, kuzynem, wujkiem, bratem – kreatywnym, acz piekielnie smutnym wdowcem i kaleką, zaszywającym się w swojej pracowni w Beddgelert tak, jak Helloise zaszywała się w swojej chacie w Dolinie Godryka. Nie zdziwiło zapewne nikogo, kiedy uśmiechnął się do siostry czule, kiedy sugerowała spędzenie tego czasu na zewnątrz. Podzielał tę preferencję, ale w przeciwieństwie do niej nie czuł potrzeby naciskania na kogokolwiek, aby wymusić przeniesienie uczty w inne miejsce. Wystarczającą satysfakcją było dla Seisylla to, że Rowle faktycznie spotkali się razem i zamierzali spędzić Mabon w gronie rodzinnym. Sprawy religijne liczyły się dla niego nawet bardziej niż nowy, lepszy porządek świata, jaki próbowali wyszarpać pazurami przez ostatnie lata.
– Może po kolacji przejdziemy się na spacer? – Zaproponował, przez moment jeszcze wpatrując się w miejsce, w którym stała Helloise, a później wracając spojrzeniem do stołu. – „Poza rezerwatem” to całkiem różnorodna przestrzeń – powiedział spokojnie, bez cienia złośliwości w głosie, uśmiechając się do Mony, chociaż uśmiech ten jak zwykle nie sięgnął oczu. Uwaga była jednak trafna, bo chociaż sam nie mieszkał już od dawna w posiadłości rodowej, ulokował się na wsi. – Duże miasto to dużo kłopotów, szczególnie kiedy musisz ukryć coś przed oczyma mugoli. Mógłbym zbudować ci wolierę. Takich rozmiarów, żeby zmieściły się dwa. – I mógłby kontynuować, ale nie zwykł tego robić, bo od zawsze zakładał, że będąc w tym miejscu ma za rozmówców osoby domyślne. Takie, które rozumiały jak dało się zabezpieczyć metalową wolierę i po co miałoby się zamykać smoczogniki w klatce pod swoją nieobecność.
To powiedziawszy, upił łyk wina.
Widział, jak jego córka się wierci. Widział też, jak z tym wszystkim walczy. Dał jej więc przeżywać emocje związane z dorastaniem w ciszy. Też był kiedyś nastolatkiem. Podobnie jak przy Helloise i Monie, pozwalał pewnym rzeczom płynąć. Młodzi ludzie potrzebowali wolności. Wychowanie nie było tresurą. Było kształtowaniem postaw. Tak długo, jak trzymali się szacunku do natury i wierzeń, mieli prawo budować własną przyszłość na swój sposób. Ludzie uważający, że istnieje jeden przepis na życie byli ślepi na echo historii.
walijski #5e7f63
Salazar #7f4242
Salazar #7f4242