01.04.2026, 20:22 ✶
Z Miles był jeden zasadniczy problem - miała pizdyliard pomysłów na sekundę, ale żeby je doprowadzić do końca?
Sama wizja jej siedzącej pośród ksiąg… docelowo najprawdopodobniej posłużyłaby jej za poduszkę, a największą atrakcją stawowej biblioteki były raczej alastorowe bogini, aniżeli zgromadzona tam wiedza. Moody musiała być ruchu. Papier czy pergamin - to wysysało z niej energię. O ileż łatwiej było rzucić pomysłem, a potem patrzeć czy iskra chwyci.
Potrząsnęła głową, pospiesznie, skojarzenia z ogniem po spalonej były podwójnie niebezpieczne. Krótki rzut oka na Brenne, jakby musiała się upewnić czy samo jej myślenie o iskrach nie przerzuciło się na piromańskie zapędy przyjaciółki.
Pierdolony Voldemort.
- Masz totalnie racje. Baza dla nas, lazaret gdzie indziej. - zdusiła piędziesiąte przeprosiny na temat tego, że ściągnęła tu Liszka. Detektyw już się ich nasłuchała za dużo.
- Tak chciałabym i zajmę się tym. W ogóle byłoby zajebiście, jakby udało się tego typa przekonać, żeby mnie nauczył jak to się robi. Ja już całkiem sprawnie zaczęłam zaklinać proste emocje w swoje szkice, ćwiczę wiesz, jak nie śpię. Czy coś. - trochę się speszyła, bo jakoś to jej się wydawało niepraktyczne. Zaraz potem pokiwała smętnie głową. Tak Isaac zniknął im ostatnio z radaru. Co prawda ich ponowne spotkanie po latach było nieco burzliwe, ale teraz… och jak teraz potrzebowali każdej duszy.
- Nie wiem - odpowiedziała szczerze. - Widziałam jednak u niej… to spojrzenie. Ten ton, co czasem można usłyszeć w autorskim biurze u ludzi, którzy doświadczyli tą szuflę za dużo. Tylko że no oni, my w brygadzie ogólnie mamy szkolenie, mamy siebie na wzajem, swoich partnerów, którzy patrzą nam na ręce, żeby pokusa nie była zbyt wielka. A ona? - wzruszyła ramionami próbując nie wyobrażać sobie dyszącej, obryzganej krwią Olivii nad zmasakrowanym magią ciałem. Niestety wyobraźnię miała zajebistą. - Ostatecznie wiemy gdzie są nasze granice na ile nas wypróbowano. - pomyślała o Thomasem, pomyślała o parującym z jego skóry odorze czarnej magii. O jego przerażonych oczach, o lęku, który nosił w sobie podczas tej przeklętej wyprawy. Granica była tak banalna do przekroczenia.- Wkurw jest dobry, bo daje energię. Gorzej jeśli jej dusza popęka. Tego się nie da zabejcować. A mam takie wrażenie, że… no… nie wiem Brenka, Ty się bardziej znasz na tym, na ludziach. To może być tylko przeczucie. Nic więcej. - podrapała się po głowie, chcąc strzepnąć z niej tę wbijającą się do mózgu myśl, przewijającą się przez tyle zebrań. Przecież walczyli, żeby taka Linka mogła mieć normalne życie, zajść w ciążę, mieć ten dom i ogródek i tak aż do spokojnej śmierci, a nie spalonej fiolce. Jej bliscy przeżyli a już i tak było bardzo źle. Co by się stało gdyby umarli?
Sama wizja jej siedzącej pośród ksiąg… docelowo najprawdopodobniej posłużyłaby jej za poduszkę, a największą atrakcją stawowej biblioteki były raczej alastorowe bogini, aniżeli zgromadzona tam wiedza. Moody musiała być ruchu. Papier czy pergamin - to wysysało z niej energię. O ileż łatwiej było rzucić pomysłem, a potem patrzeć czy iskra chwyci.
Potrząsnęła głową, pospiesznie, skojarzenia z ogniem po spalonej były podwójnie niebezpieczne. Krótki rzut oka na Brenne, jakby musiała się upewnić czy samo jej myślenie o iskrach nie przerzuciło się na piromańskie zapędy przyjaciółki.
Pierdolony Voldemort.
- Masz totalnie racje. Baza dla nas, lazaret gdzie indziej. - zdusiła piędziesiąte przeprosiny na temat tego, że ściągnęła tu Liszka. Detektyw już się ich nasłuchała za dużo.
- Tak chciałabym i zajmę się tym. W ogóle byłoby zajebiście, jakby udało się tego typa przekonać, żeby mnie nauczył jak to się robi. Ja już całkiem sprawnie zaczęłam zaklinać proste emocje w swoje szkice, ćwiczę wiesz, jak nie śpię. Czy coś. - trochę się speszyła, bo jakoś to jej się wydawało niepraktyczne. Zaraz potem pokiwała smętnie głową. Tak Isaac zniknął im ostatnio z radaru. Co prawda ich ponowne spotkanie po latach było nieco burzliwe, ale teraz… och jak teraz potrzebowali każdej duszy.
- Nie wiem - odpowiedziała szczerze. - Widziałam jednak u niej… to spojrzenie. Ten ton, co czasem można usłyszeć w autorskim biurze u ludzi, którzy doświadczyli tą szuflę za dużo. Tylko że no oni, my w brygadzie ogólnie mamy szkolenie, mamy siebie na wzajem, swoich partnerów, którzy patrzą nam na ręce, żeby pokusa nie była zbyt wielka. A ona? - wzruszyła ramionami próbując nie wyobrażać sobie dyszącej, obryzganej krwią Olivii nad zmasakrowanym magią ciałem. Niestety wyobraźnię miała zajebistą. - Ostatecznie wiemy gdzie są nasze granice na ile nas wypróbowano. - pomyślała o Thomasem, pomyślała o parującym z jego skóry odorze czarnej magii. O jego przerażonych oczach, o lęku, który nosił w sobie podczas tej przeklętej wyprawy. Granica była tak banalna do przekroczenia.- Wkurw jest dobry, bo daje energię. Gorzej jeśli jej dusza popęka. Tego się nie da zabejcować. A mam takie wrażenie, że… no… nie wiem Brenka, Ty się bardziej znasz na tym, na ludziach. To może być tylko przeczucie. Nic więcej. - podrapała się po głowie, chcąc strzepnąć z niej tę wbijającą się do mózgu myśl, przewijającą się przez tyle zebrań. Przecież walczyli, żeby taka Linka mogła mieć normalne życie, zajść w ciążę, mieć ten dom i ogródek i tak aż do spokojnej śmierci, a nie spalonej fiolce. Jej bliscy przeżyli a już i tak było bardzo źle. Co by się stało gdyby umarli?