01.04.2026, 23:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.04.2026, 23:25 przez Lorraine Malfoy.)
Nie godziło się pozbawiać dziecka możliwości ostatniego pożegnania z matką, nawet jeżeli nie mogło w pełni zrozumieć powagi żałobnego nabożeństwa. Nicholas był Malfoyem, należało mu się więc miejsce u boku Malfoyów. Nieważne, że dopiero zaczynał składać słowa, a wypowiedzenie imienia Lorraine wciąż nastręczało mu duże trudności z powodu podwójnego "r". Lorraine zabrała Nicholasa z ramion piastunki, która odstroiła chłopczyka w odświętną szatę. Nie chciała, żeby ktoś obcy kołysał go w ramionach, gdy grzebano jego matkę. Wielkim żalem przejęła ją śmierć Simone. Wielkim poczuciem niesprawiedliwości, że odeszła przedwcześnie, osierocając dziecko, które mogło dać jej szczęście, nawet jeżeli nie zdołałby zrobić tego mąż. W tym wszystkim tylko to się przecież liczyło. Tylko dzieci, pomyślała Lorraine, uciekając na chwilę myślami w stronę małej ghoulki, czekającej na nią w Necronomiconie. A jednak wszyscy zdawali się zapominać o tym, że to maleńkie dziecko w jej ramionach spotkała największa tragedia z powodu śmierci jego matki.
Nicholas. Nicholas, którego imienia Elliott nie wspomniał nawet w mowie pogrzebowej, choć zadbał o to, aby napomknąć o swej pasji do jazdy konnej. Lorraine spuściła wtedy oczy, bojąc się, że siedząca obok Eden zdoła dostrzec gniew na dnie jej oczu. Być może Elliott nie różnił się od swego ojca tak bardzo, jak myślał. Słuchając jego przemówienia Lorraine czuła się bowiem tak, jak gdyby słyszała stryja Fortinbrasa. On też zawsze poświęcał więcej uwagi swym psom aniżeli rodzonym dzieciom.
Bez wątpienia trudną była miłość jej ojca, ale przynajmniej nigdy nie kazał jej wątpić w to, że jest jego córką. Armand trzymał ją w objęciach, wtedy, gdy Lorraine urządzała swój pierwszy pogrzeb. Wtedy, gdy nieomal rozpłakała się, bo kot przyniósł jej umierającego ptaszka. Niewiele myśląc schwyciła pod pachę dachowca, który zdążył się do niej przyzwyczaić: dokarmiała go przecież, gdy zakradał się ranem na ganek. Nie wypuścił swej zdobyczy z kociego pyszczka, a wręcz przeciwnie, zaczął głośno mruczeć. Nie dało się uratować wymemłanego przez kota gołąbka, zorganizowali mu więc pogrzeb. Pochowali ptaszka w pudełku po cygarach, które ojciec dostał na urodziny od stryja Marcusa. Pudełko było bardzo piękne, solidnie wykonane. Pomieściło drobne, ptasie ciałko, które pogrzebali w Lesie Wisielców. Już wtedy śmierć domagała się od Lorraine uwieńczenia ceremonią, nazwania straty. Wierzyła, że od maleńkości winno się wychowywać dzieci w poszanowaniu rodzinnych tradycji. Zachęcać, żeby podpatrywały zachowania dorosłych w swym otoczeniu, oswajać z wartościami takimi jak pamięć, obowiązek, poświęcenie...
– Moja mama i mój tata też tutaj leżą, wiesz? Chociaż umarli, gdy byłam starsza niż ty – powiedziała cicho Nicholasowi, gdy po zakończeniu ceremonii pogrzebowej spacerowali pośród grobów.
Było w powierzchowności wili coś, co sprawiało, że wyjątkowo łatwo lgnęły do niej dzieci. Nawet gdy była młodsza, kręciły się wokół niej podlotki na salonach, a berbecie gaworzyły głośniej na jej widok. Nicholas nie płakał, gdy go trzymała, zawsze przybierał jednak nieco zdziwioną minę, gdy brała go na ręce. Nicholas w ramionach Lorraine zawsze był spokojny. W pełni skupiał na niej uwagę, przypatrując się jej z zachwytem. Wyciągnął ku niej rączkę.
– Ach, a więc jest w tobie Malfoy! – Lorraine zaśmiała się cicho do brzdąca, gdy ten pociągnął ją boleśnie za włosy. Nie gniewała się, przecież Nicholas nie mógł jeszcze w pełni zrozumieć, że sprawia jej ból. Gdy wplótł wcześniej drobne paluszki między jej srebrnoblond włosy, którymi nakryła go niemal, pozwalając ich czołom zetknąć się ze sobą, kierowała nim dziecięca ciekawość. Nicholas uwielbiał bawić się włosami cioci Lorraine. Ta jednak pokręciła wyraźnie głową na nie, zmuszając kąciki ust, żeby opadły w dół, jak gdyby była zasmucona. Nieładnie tak!, mówiła jej mina. Wielkie oczęta śledziły z przejęciem wszystkie zmiany w twarzy półwili, przynajmniej dopóki chłopczyk nie odwrócił główki, jak gdyby zawstydzony, chowając się przed spojrzeniem Lorraine w jej objęciach. Gdy się wyprostował, aby sprawdzić reakcję półwili, pomogła mu powoli wyplątać paluszki spomiędzy spływających na plecy blond loków. Ufnie, przyzwolił jej i na to.
– Musisz pamiętać o tym, że twoja mama bardzo cię kochała, moja kruszynko. Może nie być jej przy tobie, ale wciąż będzie obok twój tata. Kiedyś odziedziczysz po nim to wszystko. Tak jak i on weźmiesz odpowiedzialność za rodzinę, która winna być ostoją. Będziesz kiedyś dla kogoś, tak jak ja jestem dla ciebie teraz. A gdy zwątpisz, wystarczy, że przyjdziesz między groby. – Lorraine kroczyła między nimi pewnie, jak gdyby była tutaj częstym gościem. Znała przecież wszystkie epitafia wyryte na grobach. Znała też wyryte na nich imiona. – Tutaj spoczywają nasi przodkowie – wyszeptała. – Tu kiedyś spoczniesz i ty, gdy Starucha przyniesie ci śmierć. Ale najpierw Dziewica poprowadzi twą rączkę, abyś nauczył się czytać z napisów wyrytych na grobie twej matki. Nieraz za nią zatęsknisz. Ale nie złorzecz wtedy, nie rozpaczaj. A gdy przytulisz się do zimnego nagrobka, sama bogini Matka przygarnie cię do swego łona. Spójrz, powie. Spójrz, ci wszyscy ludzie byli przecież mymi dziećmi. Pokaże ci wszystkich, którzy byli przed tobą. Pokaże ci, że nad tobą czuwają. Może więc będziesz tak ambitnym jak Fortinbras, twój dziadek, który od lat dzielnie prowadzi nasz ród. A może będziesz tak cierpliwym jak Elliott, który następuje po nim. Może będziesz tak dumnym jak Armand. Tak dobrym jak Baldwin. – Przywołując imiona należące do kolejnych pokoleń mężczyzn z rodu Malfoy, jej głos stawał się coraz bardziej czułym. Tak wiele było słów, których mogła użyć, żeby móc ich opisać. Przecież umiała mówić tak pięknie, tak ostrożnie dobierała zawsze słowa! Tymczasem każdy dostał od niej po jednym w przydziale. Wybór ten musiał być więc celowym. Musiał być też w pełni przemyślanym. Musiał być wyborem poety. Jedno słowo, żeby podsumować całe życie człowieka w świecie, w którym "dobroć" była jak żart rzucony na pogrzebie, słowem, jakie użyła Lorraine, aby opisać Baldwina, było właśnie "dobry".
– A może będziesz taki jak ja? – spytała cicho, przytulając Nicholasa, który zaplótł swe małe rączki wokół jej szyi. Serce zabiło wówczas mocniej w piersi Lorraine. – Może będziesz po prostu kochanym – szepnęła, ucałowawszy główkę dziecka. Dopiero po powrocie z cmentarza, gdy chłopiec zasnął w jej ramionach, oddała go piastunkom, palcem wyrysowując wcześniej święty symbol Matki na jego małym czółku. Niechaj bogini wyprostuje ścieżki jego życia, poprosiła, ostatni raz przeczesawszy blond włoski.
Nicholas. Nicholas, którego imienia Elliott nie wspomniał nawet w mowie pogrzebowej, choć zadbał o to, aby napomknąć o swej pasji do jazdy konnej. Lorraine spuściła wtedy oczy, bojąc się, że siedząca obok Eden zdoła dostrzec gniew na dnie jej oczu. Być może Elliott nie różnił się od swego ojca tak bardzo, jak myślał. Słuchając jego przemówienia Lorraine czuła się bowiem tak, jak gdyby słyszała stryja Fortinbrasa. On też zawsze poświęcał więcej uwagi swym psom aniżeli rodzonym dzieciom.
Bez wątpienia trudną była miłość jej ojca, ale przynajmniej nigdy nie kazał jej wątpić w to, że jest jego córką. Armand trzymał ją w objęciach, wtedy, gdy Lorraine urządzała swój pierwszy pogrzeb. Wtedy, gdy nieomal rozpłakała się, bo kot przyniósł jej umierającego ptaszka. Niewiele myśląc schwyciła pod pachę dachowca, który zdążył się do niej przyzwyczaić: dokarmiała go przecież, gdy zakradał się ranem na ganek. Nie wypuścił swej zdobyczy z kociego pyszczka, a wręcz przeciwnie, zaczął głośno mruczeć. Nie dało się uratować wymemłanego przez kota gołąbka, zorganizowali mu więc pogrzeb. Pochowali ptaszka w pudełku po cygarach, które ojciec dostał na urodziny od stryja Marcusa. Pudełko było bardzo piękne, solidnie wykonane. Pomieściło drobne, ptasie ciałko, które pogrzebali w Lesie Wisielców. Już wtedy śmierć domagała się od Lorraine uwieńczenia ceremonią, nazwania straty. Wierzyła, że od maleńkości winno się wychowywać dzieci w poszanowaniu rodzinnych tradycji. Zachęcać, żeby podpatrywały zachowania dorosłych w swym otoczeniu, oswajać z wartościami takimi jak pamięć, obowiązek, poświęcenie...
– Moja mama i mój tata też tutaj leżą, wiesz? Chociaż umarli, gdy byłam starsza niż ty – powiedziała cicho Nicholasowi, gdy po zakończeniu ceremonii pogrzebowej spacerowali pośród grobów.
Było w powierzchowności wili coś, co sprawiało, że wyjątkowo łatwo lgnęły do niej dzieci. Nawet gdy była młodsza, kręciły się wokół niej podlotki na salonach, a berbecie gaworzyły głośniej na jej widok. Nicholas nie płakał, gdy go trzymała, zawsze przybierał jednak nieco zdziwioną minę, gdy brała go na ręce. Nicholas w ramionach Lorraine zawsze był spokojny. W pełni skupiał na niej uwagę, przypatrując się jej z zachwytem. Wyciągnął ku niej rączkę.
– Ach, a więc jest w tobie Malfoy! – Lorraine zaśmiała się cicho do brzdąca, gdy ten pociągnął ją boleśnie za włosy. Nie gniewała się, przecież Nicholas nie mógł jeszcze w pełni zrozumieć, że sprawia jej ból. Gdy wplótł wcześniej drobne paluszki między jej srebrnoblond włosy, którymi nakryła go niemal, pozwalając ich czołom zetknąć się ze sobą, kierowała nim dziecięca ciekawość. Nicholas uwielbiał bawić się włosami cioci Lorraine. Ta jednak pokręciła wyraźnie głową na nie, zmuszając kąciki ust, żeby opadły w dół, jak gdyby była zasmucona. Nieładnie tak!, mówiła jej mina. Wielkie oczęta śledziły z przejęciem wszystkie zmiany w twarzy półwili, przynajmniej dopóki chłopczyk nie odwrócił główki, jak gdyby zawstydzony, chowając się przed spojrzeniem Lorraine w jej objęciach. Gdy się wyprostował, aby sprawdzić reakcję półwili, pomogła mu powoli wyplątać paluszki spomiędzy spływających na plecy blond loków. Ufnie, przyzwolił jej i na to.
– Musisz pamiętać o tym, że twoja mama bardzo cię kochała, moja kruszynko. Może nie być jej przy tobie, ale wciąż będzie obok twój tata. Kiedyś odziedziczysz po nim to wszystko. Tak jak i on weźmiesz odpowiedzialność za rodzinę, która winna być ostoją. Będziesz kiedyś dla kogoś, tak jak ja jestem dla ciebie teraz. A gdy zwątpisz, wystarczy, że przyjdziesz między groby. – Lorraine kroczyła między nimi pewnie, jak gdyby była tutaj częstym gościem. Znała przecież wszystkie epitafia wyryte na grobach. Znała też wyryte na nich imiona. – Tutaj spoczywają nasi przodkowie – wyszeptała. – Tu kiedyś spoczniesz i ty, gdy Starucha przyniesie ci śmierć. Ale najpierw Dziewica poprowadzi twą rączkę, abyś nauczył się czytać z napisów wyrytych na grobie twej matki. Nieraz za nią zatęsknisz. Ale nie złorzecz wtedy, nie rozpaczaj. A gdy przytulisz się do zimnego nagrobka, sama bogini Matka przygarnie cię do swego łona. Spójrz, powie. Spójrz, ci wszyscy ludzie byli przecież mymi dziećmi. Pokaże ci wszystkich, którzy byli przed tobą. Pokaże ci, że nad tobą czuwają. Może więc będziesz tak ambitnym jak Fortinbras, twój dziadek, który od lat dzielnie prowadzi nasz ród. A może będziesz tak cierpliwym jak Elliott, który następuje po nim. Może będziesz tak dumnym jak Armand. Tak dobrym jak Baldwin. – Przywołując imiona należące do kolejnych pokoleń mężczyzn z rodu Malfoy, jej głos stawał się coraz bardziej czułym. Tak wiele było słów, których mogła użyć, żeby móc ich opisać. Przecież umiała mówić tak pięknie, tak ostrożnie dobierała zawsze słowa! Tymczasem każdy dostał od niej po jednym w przydziale. Wybór ten musiał być więc celowym. Musiał być też w pełni przemyślanym. Musiał być wyborem poety. Jedno słowo, żeby podsumować całe życie człowieka w świecie, w którym "dobroć" była jak żart rzucony na pogrzebie, słowem, jakie użyła Lorraine, aby opisać Baldwina, było właśnie "dobry".
– A może będziesz taki jak ja? – spytała cicho, przytulając Nicholasa, który zaplótł swe małe rączki wokół jej szyi. Serce zabiło wówczas mocniej w piersi Lorraine. – Może będziesz po prostu kochanym – szepnęła, ucałowawszy główkę dziecka. Dopiero po powrocie z cmentarza, gdy chłopiec zasnął w jej ramionach, oddała go piastunkom, palcem wyrysowując wcześniej święty symbol Matki na jego małym czółku. Niechaj bogini wyprostuje ścieżki jego życia, poprosiła, ostatni raz przeczesawszy blond włoski.
Postać opuszcza sesję