02.04.2026, 10:56 ✶
Parsknął śmiechem na wywody Lucienne, nie mogąc się powstrzymać by nie dorzucić króciutkiej pointy:
– Subtelności rozjechanego puddingu chyba... – zaraz potem śmiertelniczka została bohaterką mimo woli, a zaciekawiony Montbel zaglądał jej przez ramię oglądając z wyraźnym zainteresowaniem powstający szkic.
– Niewątpliwie jesteś madame kobietą wielu talentów... – mruknął zaabsorbowany, może mając swoją twarz nieco zbyt blisko jej twarzy. Szczęśliwie nie pachniał trupem. Wręcz przeciwnie, roztaczał przyjemnie kwiatowy zapach, fioletem lilaka i piwonii, podbitym kwaskowatością agrestu, położonego na miękkim kaszmirze. Zaraz też szczęśliwie się odsunął, nie chcąc zaburzać pracy artystki, zamiast tego kontynuując konwersację z zastanymi wampirami, jakby chcąc spełnić swą opiekuńczą rolę do końca.
Zwłaszcza teraz, gdy rzemieślniczka nie tylko słowem opisała swoje umiejętności, ale całkiem zgrzebnie potwierdziła je wprawną ręką.
– Jeśli to jest sztuka na której nie znasz się zbyt dobrze, buduje to mój zachwyt i oczekiwanie, wobec kunsztu jubilerskiego szanownej pani. – Zamiast bolesnego pocałunku we wgłębieniu szyi, położył na jej skórze komplement całkowicie zasłużony.
– Macie niebywałe szczęście mości pijawki, w takich chwilach sam żałuję, że widać moje odbicie w lustrze, bo sam z chęcią skorzystałbym z dobroci pani serca i estetycznego zmysłu pozwalającego wydobyć najlepsze nie tylko rysy ale myślę... i cechy charakteru oddane obrazem. Co sądzisz moja droga? – zapytał swoją towarzyszkę, w głowie już zastanawiając się nad tym ile napotkany w tej zapyziałej dziurze zwanej Londynem kolorowy ptak mógłby wziąć na pełnoprawny portret. Dawno już nie miał malowanego portretu, a te które zostały stworzone... cóż, pochłonął je ogień niekoniecznie Spalonej Nocy.
– Subtelności rozjechanego puddingu chyba... – zaraz potem śmiertelniczka została bohaterką mimo woli, a zaciekawiony Montbel zaglądał jej przez ramię oglądając z wyraźnym zainteresowaniem powstający szkic.
– Niewątpliwie jesteś madame kobietą wielu talentów... – mruknął zaabsorbowany, może mając swoją twarz nieco zbyt blisko jej twarzy. Szczęśliwie nie pachniał trupem. Wręcz przeciwnie, roztaczał przyjemnie kwiatowy zapach, fioletem lilaka i piwonii, podbitym kwaskowatością agrestu, położonego na miękkim kaszmirze. Zaraz też szczęśliwie się odsunął, nie chcąc zaburzać pracy artystki, zamiast tego kontynuując konwersację z zastanymi wampirami, jakby chcąc spełnić swą opiekuńczą rolę do końca.
Zwłaszcza teraz, gdy rzemieślniczka nie tylko słowem opisała swoje umiejętności, ale całkiem zgrzebnie potwierdziła je wprawną ręką.
– Jeśli to jest sztuka na której nie znasz się zbyt dobrze, buduje to mój zachwyt i oczekiwanie, wobec kunsztu jubilerskiego szanownej pani. – Zamiast bolesnego pocałunku we wgłębieniu szyi, położył na jej skórze komplement całkowicie zasłużony.
– Macie niebywałe szczęście mości pijawki, w takich chwilach sam żałuję, że widać moje odbicie w lustrze, bo sam z chęcią skorzystałbym z dobroci pani serca i estetycznego zmysłu pozwalającego wydobyć najlepsze nie tylko rysy ale myślę... i cechy charakteru oddane obrazem. Co sądzisz moja droga? – zapytał swoją towarzyszkę, w głowie już zastanawiając się nad tym ile napotkany w tej zapyziałej dziurze zwanej Londynem kolorowy ptak mógłby wziąć na pełnoprawny portret. Dawno już nie miał malowanego portretu, a te które zostały stworzone... cóż, pochłonął je ogień niekoniecznie Spalonej Nocy.