02.04.2026, 16:26 ✶
Poczucie humoru Samuela nie należało do najlżejszych, głównie ze względu na odcięcie od świata zewnętrznego i pogłębiający się stan chorobowy ojca, który był jedyną osoba w domu próbująca dowcipkować. Teraz każde słowo było na wagę złota, zatem musiał wystarczyć słabowity uśmiech i palce lekko zaciskające się na dłoni. Sam - mimo wielu oczywistych zalet - nie był zbyt lotny w tej materii. Gdy zapytała o piec odwrócił się z poważną miną i zaczął realnie kalkulować:
– Wiem jaki masz tasak, spokojnie poradzi się z moimi stawami, trochę gorzej może być z udem... – przeszedł kilka kroków, by móc zmierzyć piec łokciem. – No tu jednak wymagałoby to trybowania, ale myślę, że znalazłabyś na nie lepsze zastosowanie po wygotowaniu. – kiwnął w stronę wielkiego kotła, który ocenił już na oko, bez potrzeby zdejmowania z niego miary.
Zaraz potem jednak wszelkie jego myśli zajął koszyk ze słodyczami i ciężko, bardzo ciężko nie było stracić zainteresowania losem bycia pożartym przez Helloise, który to los zdawał się całkiem interesujący w bieżącej chwili, gdy wiązał się ze słodkim zapomnieniem. Słodycze były dla niego cenniejsze niż galeony. Waluta doskonała i ostateczna.
Zgodnie z prośbą czarownicy, w pełni ufnie zamknął oczy i otworzył usta, pozwalając opaść na język kulce o smaku pomarańczowego sorbetu.
– Jakbym... jakbym jadł słońce w letni poranek nad jeziorem tam wiesz... tam gdzie jest zniszczony pomost... – wyszeptał zafascynowany, niemalże topiąc się we własnej ślinie.
A potem ich nogi oderwały się od podłogi i po momencie konsternacji chłopak roześmiał się serdecznie testując swoje nowe możliwości. Oczywiście nie był to lot krogulca, jego gości wciąż były gęste i ciężkie, ale... ale...
– Czekaj mam pomysł! – krzyknął podekscytowany, nie zauważając, że może nie powinien krzyczeć, bo przecież jego dobrodziejka nigdzie się nie wybierała. Sięgnął po kasztanową różdżkę i pozwolił magii płynąć. Już po chwili, po sekundzie to nie patykowaty chłopak o jasnych włosach i przenikliwych niebieskich oczach lewitował obok a... niedźwiedź. Pół tony futra, cielska i grzmiącej pomrucznymi szczęknięciami szczęśliwości.
Taki to już z pewnością do pieca by się nie zmieścił.
Samuel tymczasem próbował jakoś się odwrócić tak, żeby lewitować na plecach, ale trochę mu to szło nieporadnie. Wciąż z jego pyska docierał ten dziwny zerwany dźwięk, jak u niedźwiedzia, który chce się śmiać jak człowiek, ale jego strony głosowe i możliwości anatomiczne ogólnie nie są do tego dostowsowane. Cóż... tak właściwie było.
– Wiem jaki masz tasak, spokojnie poradzi się z moimi stawami, trochę gorzej może być z udem... – przeszedł kilka kroków, by móc zmierzyć piec łokciem. – No tu jednak wymagałoby to trybowania, ale myślę, że znalazłabyś na nie lepsze zastosowanie po wygotowaniu. – kiwnął w stronę wielkiego kotła, który ocenił już na oko, bez potrzeby zdejmowania z niego miary.
Zaraz potem jednak wszelkie jego myśli zajął koszyk ze słodyczami i ciężko, bardzo ciężko nie było stracić zainteresowania losem bycia pożartym przez Helloise, który to los zdawał się całkiem interesujący w bieżącej chwili, gdy wiązał się ze słodkim zapomnieniem. Słodycze były dla niego cenniejsze niż galeony. Waluta doskonała i ostateczna.
Zgodnie z prośbą czarownicy, w pełni ufnie zamknął oczy i otworzył usta, pozwalając opaść na język kulce o smaku pomarańczowego sorbetu.
– Jakbym... jakbym jadł słońce w letni poranek nad jeziorem tam wiesz... tam gdzie jest zniszczony pomost... – wyszeptał zafascynowany, niemalże topiąc się we własnej ślinie.
A potem ich nogi oderwały się od podłogi i po momencie konsternacji chłopak roześmiał się serdecznie testując swoje nowe możliwości. Oczywiście nie był to lot krogulca, jego gości wciąż były gęste i ciężkie, ale... ale...
– Czekaj mam pomysł! – krzyknął podekscytowany, nie zauważając, że może nie powinien krzyczeć, bo przecież jego dobrodziejka nigdzie się nie wybierała. Sięgnął po kasztanową różdżkę i pozwolił magii płynąć. Już po chwili, po sekundzie to nie patykowaty chłopak o jasnych włosach i przenikliwych niebieskich oczach lewitował obok a... niedźwiedź. Pół tony futra, cielska i grzmiącej pomrucznymi szczęknięciami szczęśliwości.
Taki to już z pewnością do pieca by się nie zmieścił.
Samuel tymczasem próbował jakoś się odwrócić tak, żeby lewitować na plecach, ale trochę mu to szło nieporadnie. Wciąż z jego pyska docierał ten dziwny zerwany dźwięk, jak u niedźwiedzia, który chce się śmiać jak człowiek, ale jego strony głosowe i możliwości anatomiczne ogólnie nie są do tego dostowsowane. Cóż... tak właściwie było.