02.04.2026, 23:52 ✶
Gabriel oczywiście nie upatrywał w sobie. Jak mógłby? Był specjalistą, hipnotyzował wiele ciał, wiele dusz, hipnotyzowanie było jego sposobem na życie na długo przed zdecydowanie nocnym kursem magimedycyny i zdobyciem uprawnień magipsychiatry.
Czuł, że coś jest nie tak, a słowa Aarona tylko to potwierdziły.
- Zawsze czujny, czyż nie? – uśmiechnął się przyjaźnie, choć oczywiście pilnując by nie utrzymywać z mężczyzną zbyt długiego kontaktu wzrokowego, aby ten nie zaczął przemieszczać się dupą do ściany. – Im bardziej będzie Ci zależeć, im bardziej będziesz się napinał i marszczył czoło, tym będzie gorzej. Chodźmy do kuchni, zaczniemy od Twojej części umowy. Na pewno panna Rosewood ma coś dobrego w barku. – właściwie już na powrót szli korytarzem, to w sumie nie była prośba tylko miękka informacja, stanowiąca most do kolejnego pomieszczenia. – Te szafki były chyba kupione zaraz po pierwszej wojnie światowej, strasznie kiepska robota jeśli mnie spytasz, z resztą na prawdę nigdy nie zrozumiem wampira, który ma w pełni wyposażoną kuchnię, skoro głównie obżera się pralinkami. W sensie hobbystycznie. – Jego ton głosu brzmiał nieco protekcjonalnie, w gruncie rzeczy jednak tak go to drażniło jak przyciągało. Ten uśmiech, ten cichy pomruk zadowolenia, gdy na zwykle ściągniętej w surowości twarzy pojawiała się błogość właściwie dobranej do chwili słodkości. Śmiał się z niej. Czekał, gdy znów sięgnie do pudełka.
Ileż tu mieszkał? Ileż przebywał w jej towarzystwie?
Zdało się że lata.
– Ja w swojej lodówce miałem tylko worki z krwią. Przez większość czasu. – potem trzeba było też zrobić miejsce na paryskie uliczne jedzenie. Ludzie! Na co oni komu?!
Odchrząknął w progu.
– Oto i ona. – zaprosił do całkiem przestronnego pomieszczenia, w którym stół zastawiony był doniczkami, stanowiąc zieloną oazę w miejscu pełnym chaosu. Zakupione wcześniej przed spotkaniem wiaderka z różową farbą czekały, podobnie jak nowe, umagicznione pędzle. I pakunki noszące znak cukierni i sklepów z cukierkami. Szafki straszyły zerwanymi drzwiczkami, dziurami po omyłkowo zasadzonej pięści. Dwa kulawe krzesła ułożono w stosik sugerujący ognisko, wraz z połamanymi szufladami. W tym miejscu też - co ważne - okna nie były zamurowane, przez szyby widać było błonia otaczające opactwo. Gabriel z entuzjazmem zatarł ręce. – Kubki, szklanki, czy życzysz sobie kryształ? Jeszcze nie do końca się orientuje... ale chyba będą w gablotce w tej paskudnej jadalni. – Nie ważne że ostatnie 6 lat spędził w opustoszałym, niszczejącym budynku, jak bezdomny szczur wgapiając się w szarość ściany. W głowie cały czas rezonowały mu słowa Lucy, to jak zwierzyła mu się, że ktoś ją skrzywdził, ale musiał czekać cały rok by dowiedzieć się, czemu jej głowę zasnuły czarne myśli. Wyciągnęła do niego swoją różaną gałąź, musiał się odwdzięczyć.
Czuł, że coś jest nie tak, a słowa Aarona tylko to potwierdziły.
- Zawsze czujny, czyż nie? – uśmiechnął się przyjaźnie, choć oczywiście pilnując by nie utrzymywać z mężczyzną zbyt długiego kontaktu wzrokowego, aby ten nie zaczął przemieszczać się dupą do ściany. – Im bardziej będzie Ci zależeć, im bardziej będziesz się napinał i marszczył czoło, tym będzie gorzej. Chodźmy do kuchni, zaczniemy od Twojej części umowy. Na pewno panna Rosewood ma coś dobrego w barku. – właściwie już na powrót szli korytarzem, to w sumie nie była prośba tylko miękka informacja, stanowiąca most do kolejnego pomieszczenia. – Te szafki były chyba kupione zaraz po pierwszej wojnie światowej, strasznie kiepska robota jeśli mnie spytasz, z resztą na prawdę nigdy nie zrozumiem wampira, który ma w pełni wyposażoną kuchnię, skoro głównie obżera się pralinkami. W sensie hobbystycznie. – Jego ton głosu brzmiał nieco protekcjonalnie, w gruncie rzeczy jednak tak go to drażniło jak przyciągało. Ten uśmiech, ten cichy pomruk zadowolenia, gdy na zwykle ściągniętej w surowości twarzy pojawiała się błogość właściwie dobranej do chwili słodkości. Śmiał się z niej. Czekał, gdy znów sięgnie do pudełka.
Ileż tu mieszkał? Ileż przebywał w jej towarzystwie?
Zdało się że lata.
– Ja w swojej lodówce miałem tylko worki z krwią. Przez większość czasu. – potem trzeba było też zrobić miejsce na paryskie uliczne jedzenie. Ludzie! Na co oni komu?!
Odchrząknął w progu.
– Oto i ona. – zaprosił do całkiem przestronnego pomieszczenia, w którym stół zastawiony był doniczkami, stanowiąc zieloną oazę w miejscu pełnym chaosu. Zakupione wcześniej przed spotkaniem wiaderka z różową farbą czekały, podobnie jak nowe, umagicznione pędzle. I pakunki noszące znak cukierni i sklepów z cukierkami. Szafki straszyły zerwanymi drzwiczkami, dziurami po omyłkowo zasadzonej pięści. Dwa kulawe krzesła ułożono w stosik sugerujący ognisko, wraz z połamanymi szufladami. W tym miejscu też - co ważne - okna nie były zamurowane, przez szyby widać było błonia otaczające opactwo. Gabriel z entuzjazmem zatarł ręce. – Kubki, szklanki, czy życzysz sobie kryształ? Jeszcze nie do końca się orientuje... ale chyba będą w gablotce w tej paskudnej jadalni. – Nie ważne że ostatnie 6 lat spędził w opustoszałym, niszczejącym budynku, jak bezdomny szczur wgapiając się w szarość ściany. W głowie cały czas rezonowały mu słowa Lucy, to jak zwierzyła mu się, że ktoś ją skrzywdził, ale musiał czekać cały rok by dowiedzieć się, czemu jej głowę zasnuły czarne myśli. Wyciągnęła do niego swoją różaną gałąź, musiał się odwdzięczyć.