03.04.2026, 21:07 ✶
Kate nie puściła, chyba bardziej wiedziona odruchem niż świadomą myślą, i nie poczuła nawet, że czyjeś palce zaciskają się na jej ramieniu mocno, tak mocno, że może i potem pozostaną na nim siniaki. Nie próbowała walczyć z tłumy, pozwalała się ciągnąć, skupiając głównie na tym, by przypadkiem nie stracić równowagi. Nie myślała teraz jasno, ale na jakimś instynktownym poziomie rozumiała: upaść tutaj może oznaczać śmierć.
A ona bardzo nie chciała umierać.
Gdzieś coś błysnęło, bez wątpienia zaklęcie. Gdzieś z daleka docierały krzyki, tym razem nie paniczne, a niesione zaklęciem nagłaśniającym raczej wydawane polecenia, ale ten, kto je wykrzykiwał, był chyba zbyt daleko lub Kate za mocno świszczało w uszach, by mogła je zrozumieć. Tu i teraz zresztą trudno byłoby się jej dostosować do jakichkolwiek rozkazów.
Nie wpadła w panikę. Nie dlatego, że była nieustraszona: do tego Kate Barclay było bardzo daleko. Raczej tak absolutnie skupiła się na napierającym na nią tłumie, że zwyczajnie zabrakło w jej umyśle przestrzeni na coś więcej. Tu ktoś walnął ją łokciem w twarz, tu ktoś popchnął, ale potem tłum zaczął się jakby przerzedzać: może oddalili się już od miejsca, gdzie zaczęło się zamieszanie, może rzeka ludzi rozlewała się powoli, gdy kto mógł wpadał do sklepów, w boczne alejki. Nie namyślała się długo, gdy dziewczyna, z którą czystym przypadkiem przedzierały się przez to ludzkie morze razem, pociągnęła ją na bok, pozwoliła na to, ruszając za nią. Odruchowo wręcz objęła dziewczynę, kiedy jacyś ludzie na nie wpadli, ale zaraz wypadły na bok, do alejki. Nie same wprawdzie, bo kto tylko zdołał, też tu odbijał, ktoś już płakał pod ścianą, ktoś opierał się o mur, ktoś teleportował się z trzaskiem… ale tu nie groziło im już stratowanie, nie popychano je do przodu, tu dało się oddychać. Tu dało się myśleć.
Kate puściła pannę po paru sekundach dopiero, jakby nie od razu do niej dotarło, że wcale nie muszą się siebie trzymać, by ich nie rozdzielono: i że pewnie nie musiały robić tego i wcześniej. Spojrzała na jej twarz, ale choć pewnie musiały gdzieś się minąć, to były to spotkania rzadkie, przelotnie, a Barclay zupełnie nie miała pamięci do ludzi.
– Już dobrze? – upewniła się, dopiero teraz unosząc dłoń do własnej twarzy. Pod palcami poczuła opuchliznę, siniak musiał już się formować, bolało ją ramię i stopa, na którą ktoś bardzo mocno nadepnął, ale miała dziwne wrażenie, że i tak wykpiła się naprawdę nic nieznaczącymi obrażeniami w porównaniu do tego, co stać się mogło.
A ona bardzo nie chciała umierać.
Gdzieś coś błysnęło, bez wątpienia zaklęcie. Gdzieś z daleka docierały krzyki, tym razem nie paniczne, a niesione zaklęciem nagłaśniającym raczej wydawane polecenia, ale ten, kto je wykrzykiwał, był chyba zbyt daleko lub Kate za mocno świszczało w uszach, by mogła je zrozumieć. Tu i teraz zresztą trudno byłoby się jej dostosować do jakichkolwiek rozkazów.
Nie wpadła w panikę. Nie dlatego, że była nieustraszona: do tego Kate Barclay było bardzo daleko. Raczej tak absolutnie skupiła się na napierającym na nią tłumie, że zwyczajnie zabrakło w jej umyśle przestrzeni na coś więcej. Tu ktoś walnął ją łokciem w twarz, tu ktoś popchnął, ale potem tłum zaczął się jakby przerzedzać: może oddalili się już od miejsca, gdzie zaczęło się zamieszanie, może rzeka ludzi rozlewała się powoli, gdy kto mógł wpadał do sklepów, w boczne alejki. Nie namyślała się długo, gdy dziewczyna, z którą czystym przypadkiem przedzierały się przez to ludzkie morze razem, pociągnęła ją na bok, pozwoliła na to, ruszając za nią. Odruchowo wręcz objęła dziewczynę, kiedy jacyś ludzie na nie wpadli, ale zaraz wypadły na bok, do alejki. Nie same wprawdzie, bo kto tylko zdołał, też tu odbijał, ktoś już płakał pod ścianą, ktoś opierał się o mur, ktoś teleportował się z trzaskiem… ale tu nie groziło im już stratowanie, nie popychano je do przodu, tu dało się oddychać. Tu dało się myśleć.
Kate puściła pannę po paru sekundach dopiero, jakby nie od razu do niej dotarło, że wcale nie muszą się siebie trzymać, by ich nie rozdzielono: i że pewnie nie musiały robić tego i wcześniej. Spojrzała na jej twarz, ale choć pewnie musiały gdzieś się minąć, to były to spotkania rzadkie, przelotnie, a Barclay zupełnie nie miała pamięci do ludzi.
– Już dobrze? – upewniła się, dopiero teraz unosząc dłoń do własnej twarzy. Pod palcami poczuła opuchliznę, siniak musiał już się formować, bolało ją ramię i stopa, na którą ktoś bardzo mocno nadepnął, ale miała dziwne wrażenie, że i tak wykpiła się naprawdę nic nieznaczącymi obrażeniami w porównaniu do tego, co stać się mogło.