Dwanaście dni minęło od momentu, kiedy pośród sal Maida Vale dało się usłyszeć grającą do tańca muzykę i uświadczyć tłumy zamaskowanych czarodziejów. Bal Maskowy był niewątpliwie przyjemnym wydarzeniem, które miało pozwolić zapomnieć o strachach Spalonej Nocy, ale też zadbać o szczytny cel jakim była zbiórka pieniędzy na rzecz szpitala. Znaczy tak zapewne odbierali to wszystko inni, bo ona pamiętała głównie swoja kłótnię z Louvainem. Wciąż czuła ból i rozgoryczenie, pokładające się gdzieś wewnątrz niej grubą warstwą. Miała wrażenie, że każdy skrawek myśli, który przechodził przez jej głowę na przestrzeni ostatnich dni, obtoczony był w gorzkich słowach, jakie padły między nimi. A mimo tego miała wrażenie, że tylko ona tak naprawdę cierpiała w tym duecie. On był tylko zły, jakby wściekłość paliła go od środka i nie pozwalała na cokolwiek innego. Było to według niej zwyczajnie nienaturalne, ale może jej się wydawało, a może okazywało się że wcale go nie zna. Że nigdy nie udało im się skrócić dystansu jaki ich dzielił, kiedy wsuwał na jej palec pierścionek zaręczynowy. Byli tylko nieznajomymi, dla których rodziny utkały jakiś wielki plan.
Tak naprawdę przyszła porozmawiać z Lorelei, ale rozmowa z zarządczynią ogrodów wcale nie trwała długo. Czarne róże były ewenementem, ale Zabini ciekawiły głównie dlatego, że może ich działanie w jakiś sposób byłoby w stanie wpływać na ludzki umysł. Jeśli tak, stanowiłyby całkiem przyjemny element do badania w Komnacie Mózgu. Ale kiedy już wszelkie wątpliwości i zaciekawienie zostały zaspokojone, przeszło jej przez głowę że skoro tu była, może był to odpowiedni czas by wreszcie porozmawiać z Louvainem po balu jak ludzie.
Wciąż była zła, a irytacja zagrała na nowo, gdy okazało się że nie było do końca wiadomo, w którym pokoju posiadłości poszedł się zaszyć. Krążyła więc, powoli i metodycznie, chyba bardziej zajęta swoimi własnymi myślami niż faktycznie go szukając. Obserwowała mijane obrazy, nawet nie pytając czy przodkowie widzieli jej narzeczonego. Przyglądała się rzeźbom, bardziej rozważając spod czyjej ręki mogły wyjść i jakież to sekrety Maida Vale przyszło im oglądać.
Ogrody i posiadłość Lestrange były ładne, ale nigdy nie były jej domem. Nie były ani słoneczną Sycylią, ani nawet ciepłymi wysepkami archipelagu Scilly. Brakowało tutaj odpowiednich temperatur i charakterystycznego zapachu morza w powietrzu. Zamiast tego był brud miasta i jego hałas. Przystanęła w pewnym momencie, czując zapach papierosów, ulatniający się zza jednych z drzwi. Delikatny, subtelny, który pewnie dałby radę umknąć percepcji, gdyby nie to że korytarz posiadał swój własny, zastany zapach. Pozostawało pchnąć drzwi.
- Louvain? - zapytała, zanim jeszcze rozejrzała się po pomieszczeniu. Zapach dymu już nie był lekki, a gryzł nieco w nos, nagromadzony w zamkniętym pomieszczeniu. Ale było w nim coś jeszcze. Coś co nie było znajomą nutą tytoniu, a... - Co ty robisz?! - podniosła głos, nagle zaalarmowany tlącym się prześcieradłem. Parę kroków, szybkich bo różdżka była niezwykle nieporęczna w niektórych sytuacjach. Szczególnie kiedy zaplątana była w kieszeni czarodziejskiej szaty. Dziecięcy kocyk był pod ręką i to nim przydusiła żar. - Co ty robisz - powtórzyła, z niezrozumieniem przyglądając się przeżartemu prześcieradłu, sprawdzając czy już się nie tliło. - Mogło ci się coś stać. Dziecięcy pokoik to nie najlepsze miejsca na stos pogrzebowy - podjęła, ale w jej głosie nie było nagany. Nie takiej wyraźnie, jak mogłaby się tam znaleźć. Więcej tam było troski i jakiegoś zawahania, szczególnie kiedy złapała go wreszcie za ramię.
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.