05.04.2026, 19:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.04.2026, 20:42 przez Odile Fawley.
Powód edycji: dodałam dopisek przewagi, z której korzystam
)
Odile była zmęczona.
Dzisiejszy dzień miał zostać poświęcony na relaks i przyjemności, czyli prowadzenie jej własnych, nieautoryzowanych badań. Ostatnio brakowało jej czasu, żeby móc porządnie zabrać się za ten research, więc pierwszy raz od dawna postanowiła wziąć dzień wolny od pracy. Fawley co prawda nie była typem pracoholika, lecz zwyczajnie interesowało ją to, czym zajmowała się w Departamencie Tajemnic. Niestety, im ciekawszy przedmiot badań, tym więcej wysiłku trzeba było w nie włożyć i finalnie brakowało energii na inne zajęcia (tym bardziej, że czasami trzeba było siedzieć nad jednym projektem do późnych godzin). Taki stan rzeczy jednak szybko doprowadziłby ją do wypalenia, a zatem dzień przerwy wydawał się odpowiednim remedium. Poza prywatnymi badaniami, mogłaby wykorzystać ten czas na zakupy oraz posprzątanie mieszkania. Wieczorem, kiedy już wszystko byłoby ogarnięte, spokojnie odpoczęłaby nad książką.
Najwyraźniej jednak nie było jej dane odpocząć tego dnia, ponieważ od siedmiu godzin była na nogach, próbując ocalić cokolwiek się dało przed apokalipsą.
Gdy w Londynie pojawiły się pierwsze pożary, Odile od razu rzuciła wszystko, co do tej pory robiła i zaczęła zbierać swój najcenniejszy dobytek w celu ewakuacji. Zanim zdążyła skończyć pakowanie, ogień szybko wdarł się do jej mieszkania. Fawley musiała myśleć szybko, inaczej wszystko ległoby w płomieniach. Rzuciła więc zaklęcie mające zmienić strukturę ścian oraz mebli w hartowane szkło i choć nie był to najbardziej przemyślany plan, najwyraźniej zadziałał. Szczęśliwie materiał trudno zapalny w połączeniu z zamkniętymi oknami oraz drzwiami ograniczył rozprzestrzenianie ognia do tego stopnia, że Odile mogła sama sobie z nim poradzić. Gdyby wcześniejszy czar transmutacji się nie udał, zapewne umarłaby w pułapce płomieni... Teraz jednak nie było czasu na ponure rozmyślania; posiadała przecież umiejętności, które są niezastąpione w tak krytycznej sytuacji. Po upewnieniu się, że jej dobytek jest zabezpieczony przed kolejnymi falami ognia, Fawley chwyciła podręczny zestaw do pierwszej pomocy i ruszyła w sponiewierane pożarami miasto.
Wbrew temu, co uważali jej bracia oraz niektórzy współpracownicy, Odile interesowali nie tylko zmarli. Nie była przecież zupełnie pozbawiona moralności (w przeciwieństwie może do innych członków rodziny) i spędziła dobrych parę lat w Mungu ucząc się jak leczyć innych. Co prawda nie pracowała obecnie jako uzdrowiciel, więc niektóre rzeczy z pewnością zapomniała, ale wciąż potrafiła udzielić pierwszej pomocy lepiej od przeciętnego czarodzieja. Zwłaszcza, że skurwysyny w maskach mogły atakować swoje ofiary także czarnomagicznymi zaklęciami...
Fawley planowała szukać potrzebujących najpierw w okolicy swojego mieszkania w Chelsea, a następnie stopniowo poruszać się w stronę Charing Cross Road. Ostatecznie jednak biegła wszędzie tam, gdzie słyszała wołanie o pomoc. Zajmowała się wszystkimi: poparzonymi w płomieniach, ofiarami bezpośrednich ataków, a nawet tymi po prostu spanikowanymi, których należało uspokoić. Najcięższe obrażenia były niestety poza jej kompetencjami i w takich przypadkach po udzieleniu podstawowej pomocy, kierowała rannych do Munga. Szczerze mówiąc, nie była pewna czy szpital jeszcze jakkolwiek funkcjonował albo czy przynajmniej wciąż przyjmował potrzebujących, lecz nie mogła zrobić nic innego.
W pewnym momencie wpadła w stan absolutnego skupienia; nie zrażał jej już nawet widok wszechobecnego zniszczenia i rozpaczy, liczyło się tylko pomaganie innym. Straciła rachubę czasu, zapuszczając się w głębię miasta, do dzielnic, których do tej pory nie odwiedzała. Jak długo już trwała ta noc? Parę godzin a może parę miesięcy? Wydawało się, że ten koszmar nigdy się nie skończy, a ona mogła tylko brnąć przed siebie, by pomóc jak największej liczbie osób.
Co dziwne, w porównaniu do większości mieszkańców Londynu, Odile zdawała się mieć niesamowite szczęście. Mimo siejących żniwo płomieni, udało jej się spędzić tę noc praktycznie bez szwanku. Uniknęła zarówno zmiażdżenia przez walące się kamienice jak i stratowania przez spanikowany tłum. Nie padła nawet ofiarą bezpośredniego ataku fanatyków Voldemorta, choć status jej krwi nie był sekretem (może dla wielmożnych panów nie była wystarczająco ważna?).
Niezależnie jednak od tego, jak dużego szczęścia by nie miała, zmęczenie w końcu musiało dać się jej we znaki. Adrenalina, która przez ostatnie godziny pchała do działania, stopniowo zaczęła opuszczać jej ciało. Odile poczuła potrzebę, by stanąć na chwilę i zapalić papierosa. Jakby nie było ci mało dymu i ognia na dzisiaj, pomyślała zaciągając się, oparta o ścianę budynku, który wyglądała w miarę solidnie. Rozejrzała się po otoczeniu. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje; chyba w Hackney? Nie, żeby to miało teraz jakieś większe wrażenie. Pojeby w maskach chyba już się uspokoiły, ponieważ płomienie zdawały się bardziej dogorywać niż płonąć. Ale rannych wciąż nie ubywało... Jak długo jeszcze będzie na siłach? Przy którym potrzebującym powie "nie dam rady"?
W rozmyślań wyrwał ją odgłos huku z oddali, a następnie zbliżające się krzyki. Fawley, przeczuwając co nadciąga, przylgnęła bliżej do ściany, by uniknąć bycia porwaną przez tłum. Tej nocy widziała już parę przypadków ludzi stratowanych przez taki tłok, więc nie zamierzała ryzykować swojego zdrowia. Zamiast tego przeczekała, aż tłum się przerzedzi i zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu kolejnych rannych. Kiedy jej wzrok natrafił na chłopaka siedzącego po przeciwnej stronie ulicy, od razu zaczęła skanować otoczenie w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń. Upewniwszy się, że dookoła jest bezpiecznie, podeszła do rannego chłopaka.
– Hej, słyszysz mnie? – spróbowała nawiązać kontakt, szykując od razu sprzęt do zaopatrzenia rany. – Jestem uzdrowicielem, pomogę ci. – powiedziała, klękając obok niego.
Przewaga: leczenie (III)
Dzisiejszy dzień miał zostać poświęcony na relaks i przyjemności, czyli prowadzenie jej własnych, nieautoryzowanych badań. Ostatnio brakowało jej czasu, żeby móc porządnie zabrać się za ten research, więc pierwszy raz od dawna postanowiła wziąć dzień wolny od pracy. Fawley co prawda nie była typem pracoholika, lecz zwyczajnie interesowało ją to, czym zajmowała się w Departamencie Tajemnic. Niestety, im ciekawszy przedmiot badań, tym więcej wysiłku trzeba było w nie włożyć i finalnie brakowało energii na inne zajęcia (tym bardziej, że czasami trzeba było siedzieć nad jednym projektem do późnych godzin). Taki stan rzeczy jednak szybko doprowadziłby ją do wypalenia, a zatem dzień przerwy wydawał się odpowiednim remedium. Poza prywatnymi badaniami, mogłaby wykorzystać ten czas na zakupy oraz posprzątanie mieszkania. Wieczorem, kiedy już wszystko byłoby ogarnięte, spokojnie odpoczęłaby nad książką.
Najwyraźniej jednak nie było jej dane odpocząć tego dnia, ponieważ od siedmiu godzin była na nogach, próbując ocalić cokolwiek się dało przed apokalipsą.
Gdy w Londynie pojawiły się pierwsze pożary, Odile od razu rzuciła wszystko, co do tej pory robiła i zaczęła zbierać swój najcenniejszy dobytek w celu ewakuacji. Zanim zdążyła skończyć pakowanie, ogień szybko wdarł się do jej mieszkania. Fawley musiała myśleć szybko, inaczej wszystko ległoby w płomieniach. Rzuciła więc zaklęcie mające zmienić strukturę ścian oraz mebli w hartowane szkło i choć nie był to najbardziej przemyślany plan, najwyraźniej zadziałał. Szczęśliwie materiał trudno zapalny w połączeniu z zamkniętymi oknami oraz drzwiami ograniczył rozprzestrzenianie ognia do tego stopnia, że Odile mogła sama sobie z nim poradzić. Gdyby wcześniejszy czar transmutacji się nie udał, zapewne umarłaby w pułapce płomieni... Teraz jednak nie było czasu na ponure rozmyślania; posiadała przecież umiejętności, które są niezastąpione w tak krytycznej sytuacji. Po upewnieniu się, że jej dobytek jest zabezpieczony przed kolejnymi falami ognia, Fawley chwyciła podręczny zestaw do pierwszej pomocy i ruszyła w sponiewierane pożarami miasto.
Wbrew temu, co uważali jej bracia oraz niektórzy współpracownicy, Odile interesowali nie tylko zmarli. Nie była przecież zupełnie pozbawiona moralności (w przeciwieństwie może do innych członków rodziny) i spędziła dobrych parę lat w Mungu ucząc się jak leczyć innych. Co prawda nie pracowała obecnie jako uzdrowiciel, więc niektóre rzeczy z pewnością zapomniała, ale wciąż potrafiła udzielić pierwszej pomocy lepiej od przeciętnego czarodzieja. Zwłaszcza, że skurwysyny w maskach mogły atakować swoje ofiary także czarnomagicznymi zaklęciami...
Fawley planowała szukać potrzebujących najpierw w okolicy swojego mieszkania w Chelsea, a następnie stopniowo poruszać się w stronę Charing Cross Road. Ostatecznie jednak biegła wszędzie tam, gdzie słyszała wołanie o pomoc. Zajmowała się wszystkimi: poparzonymi w płomieniach, ofiarami bezpośrednich ataków, a nawet tymi po prostu spanikowanymi, których należało uspokoić. Najcięższe obrażenia były niestety poza jej kompetencjami i w takich przypadkach po udzieleniu podstawowej pomocy, kierowała rannych do Munga. Szczerze mówiąc, nie była pewna czy szpital jeszcze jakkolwiek funkcjonował albo czy przynajmniej wciąż przyjmował potrzebujących, lecz nie mogła zrobić nic innego.
W pewnym momencie wpadła w stan absolutnego skupienia; nie zrażał jej już nawet widok wszechobecnego zniszczenia i rozpaczy, liczyło się tylko pomaganie innym. Straciła rachubę czasu, zapuszczając się w głębię miasta, do dzielnic, których do tej pory nie odwiedzała. Jak długo już trwała ta noc? Parę godzin a może parę miesięcy? Wydawało się, że ten koszmar nigdy się nie skończy, a ona mogła tylko brnąć przed siebie, by pomóc jak największej liczbie osób.
Co dziwne, w porównaniu do większości mieszkańców Londynu, Odile zdawała się mieć niesamowite szczęście. Mimo siejących żniwo płomieni, udało jej się spędzić tę noc praktycznie bez szwanku. Uniknęła zarówno zmiażdżenia przez walące się kamienice jak i stratowania przez spanikowany tłum. Nie padła nawet ofiarą bezpośredniego ataku fanatyków Voldemorta, choć status jej krwi nie był sekretem (może dla wielmożnych panów nie była wystarczająco ważna?).
Niezależnie jednak od tego, jak dużego szczęścia by nie miała, zmęczenie w końcu musiało dać się jej we znaki. Adrenalina, która przez ostatnie godziny pchała do działania, stopniowo zaczęła opuszczać jej ciało. Odile poczuła potrzebę, by stanąć na chwilę i zapalić papierosa. Jakby nie było ci mało dymu i ognia na dzisiaj, pomyślała zaciągając się, oparta o ścianę budynku, który wyglądała w miarę solidnie. Rozejrzała się po otoczeniu. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje; chyba w Hackney? Nie, żeby to miało teraz jakieś większe wrażenie. Pojeby w maskach chyba już się uspokoiły, ponieważ płomienie zdawały się bardziej dogorywać niż płonąć. Ale rannych wciąż nie ubywało... Jak długo jeszcze będzie na siłach? Przy którym potrzebującym powie "nie dam rady"?
W rozmyślań wyrwał ją odgłos huku z oddali, a następnie zbliżające się krzyki. Fawley, przeczuwając co nadciąga, przylgnęła bliżej do ściany, by uniknąć bycia porwaną przez tłum. Tej nocy widziała już parę przypadków ludzi stratowanych przez taki tłok, więc nie zamierzała ryzykować swojego zdrowia. Zamiast tego przeczekała, aż tłum się przerzedzi i zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu kolejnych rannych. Kiedy jej wzrok natrafił na chłopaka siedzącego po przeciwnej stronie ulicy, od razu zaczęła skanować otoczenie w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń. Upewniwszy się, że dookoła jest bezpiecznie, podeszła do rannego chłopaka.
– Hej, słyszysz mnie? – spróbowała nawiązać kontakt, szykując od razu sprzęt do zaopatrzenia rany. – Jestem uzdrowicielem, pomogę ci. – powiedziała, klękając obok niego.
Przewaga: leczenie (III)