06.04.2026, 10:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2026, 10:32 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine Malfoy od najmłodszych lat wiedziała, jak zapewnić sobie nietykalność. Chowała się za uprzejmościami, uśmiechami i pięknymi słówkami. Chowała się za urodą. Tak za zmysłowym wdziękiem wili, jak i za kruchością wątłej kobiecości. Chowała się za arystokratycznym pochodzeniem, wszem i wobec obnosząc się swym dumnie brzmiącym nazwiskiem. Promieniała, gdy ciotka brała ją pod rękę podczas przechadzki po ogrodzie, dzieląc się ploteczkami, a stryjek chwalił przy obiedzie jak pięknie gra na pianinie. Za pianinem też się zresztą chowała. Za muzyką, za precyzją nut zamkniętych w taktach. Chowała się za poezją, a kryjąc się w zaciszu biblioteki, uciekała do światów znanych jej z baśni i legend.
– Nawet jeżeli nazwiska są słabymi, my będziemy silnymi. A wtedy nazwiska staną się silnymi, a my będziemy mogły osiąść w słabości, aby... – zaczęła mówić Lorraine, ale zamilkła, nie śmiąc przerywać Josephine.
Na Nokturnie chowała się przecież za nazwiskiem swego ojca, który nie pozwoliłby skrzywdzić nikomu jedynej córki. Chowała się za reputacją Otto, którego silne ramiona dawały jej poczucie bezpieczeństwa. Chowała się za zastępem pająków, misternie splecioną siecią wpływów, za obojętną bezstronnością sprzedawanych informacji. Twarz chowała za szerokim wachlarzem znajomości, a ciało za konserwatywnym krojem białej sukni, na której guziczkach wciąż widać było tłoczenie emblematu rodu Malfoy. Chowała się, zmieniając co tydzień niemal miejsce zamieszkania, nigdzie nie odważywszy się zagościć na dłużej. Chowała się w zakładzie pogrzebowym, gdzie mogła liczyć na protekcję ze strony sędziwego nekromanty, Alhazreda. Zatrzaskując jego drzwi jak wieko trumny, odczuwała przedziwny spokój. Chowała się za sojuszami z Madame Fontaine, Dantem, za wszystkimi zbirami z półświatka. Chowała się za plecami Baldwina, który potrafił zadbać o nią jak nikt inny. Chowała się w jego głowie, chwytała jego dłoni, gdy wędrowała podziemnymi korytarzami. Wreszcie, chowała się w sercu Maeve. W jedynym miejscu na świecie, w którym nie mogło ją spotkać nic złego.
Nie było bardziej, kurwa, zapobiegliwej osoby niż Lorraine Malfoy, która ubezpieczała się na absolutnie każdym kroku. Bo chociaż nie musiała się bać, mając wokół siebie tak wielu, którzy wstawiliby się za nią bez wahania... Uważała, że należy się bać. Podobnie jak bojaźń boża była cnotą, tak jej zapobiegliwość była wyrazem rozwagi. Może dlatego właśnie Lorraine mogła swobodnie poruszać się tak po Nokturnie, jak i po Ścieżkach. Była kimś godnym szacunku, bo wiedziała, jak ten szacunek wzbudzać. Nigdy nie spuszczała gardy. Nie robiła głupstw. Nie wystawiała się na niepotrzebne niebezpieczeństwo. "Może powinnam zapytać, kto z nas jest bezpieczny?", pytała Josephine. Przypominała jej w tym momencie Mirandę u schyłku życia. Wtedy, gdy opętana paranoją, a jednak zbyt słaba, aby czarować, nie dopuszczała do siebie nikogo, czyjego umysłu nie dotknęła mocą legilimencji. Przestała widywać się z ludźmi, wierząc, że wszyscy żywią wobec niej złe zamiary. Na przemian pogrążała się to w apatii, to w panice, powtarzając, że nikomu nie można ufać. Jakże straszliwie było patrzeć na jej dumną twarz, wykrzywioną strachem lepkim jak przepocona pościel, którą zmieniała Lorraine. Jak gdyby bała się, że udusi ją poduszką. Przecież nie odczytawszy myśli przybranej córki, nie mogła mieć pewności. Jakże straszliwie było patrzeć, jak pogrąża się w swym szaleństwie. Nie miała przecież powodu, żeby bać się Lorraine. Lorraine, która zawsze patrzyła na nią z miłością.
Lorraine nie potrafiła nie widzieć Mirandy w Josephine. Josephine nie potrafiła nie widzieć Raphaeli w Lorraine. Córki i matki, matki i córki. Nie rozdarły może swych łon, ale rozdarły serca. Być może to wystarczyło, żeby być matką. Być może to wystarczyło, żeby być córką. Tak jak ziemia rozdziera bijące w nią w przyboju morze, sama będąc rozdzieraną, pomyślała Lorraine, wsłuchując się w grzmiącą za oknami wodną kipiel. Nie potrafiła się bać. Nie, gdy otaczał ją wszem i wobec huk fal rozbijających się o brzeg. Bliskość wody wystarczyła, aby Lorraine zachowała spokój.
– Czy tata chciałby, żebyśmy wisieli w galerii sztuki? – spytała, jak gdyby lekko zmieszana słowami Josephine. – Sam prędzej by ją podpalił. Nie po to, żeby kogoś skrzywdzić. Po prostu nie zniósłby myśli, że sztukę można zamknąć, że można ją ograniczyć. Jak go znam... A chcę myśleć, że znałam swojego ojca, spaliłby swoje własne prace, a sztuką nazwał ulatujący z nich dym. Wdychałby go jak święte kadzidło, a potem nazwałby się prorokiem pośród popiołów. Ale wystarczyłoby przecież dodać wodę i spoiwo, aby popiół przemienić w atrament. – Wtuliła się mocniej w Josephine, nie chcąc, aby ciotka wypuściła ją nagle ze swych objęć. Głos jej był czułym, nieskończenie czułym. – Nie mów o końcu świata, ciociu. Powiedz lepiej, jak go opisać, żebyśmy mogły wznieść się ku niebiosom, wolne jak dym. Więc grozi ci ta sama osoba, która napadła na Raphaelę? Kto?
– Nawet jeżeli nazwiska są słabymi, my będziemy silnymi. A wtedy nazwiska staną się silnymi, a my będziemy mogły osiąść w słabości, aby... – zaczęła mówić Lorraine, ale zamilkła, nie śmiąc przerywać Josephine.
Na Nokturnie chowała się przecież za nazwiskiem swego ojca, który nie pozwoliłby skrzywdzić nikomu jedynej córki. Chowała się za reputacją Otto, którego silne ramiona dawały jej poczucie bezpieczeństwa. Chowała się za zastępem pająków, misternie splecioną siecią wpływów, za obojętną bezstronnością sprzedawanych informacji. Twarz chowała za szerokim wachlarzem znajomości, a ciało za konserwatywnym krojem białej sukni, na której guziczkach wciąż widać było tłoczenie emblematu rodu Malfoy. Chowała się, zmieniając co tydzień niemal miejsce zamieszkania, nigdzie nie odważywszy się zagościć na dłużej. Chowała się w zakładzie pogrzebowym, gdzie mogła liczyć na protekcję ze strony sędziwego nekromanty, Alhazreda. Zatrzaskując jego drzwi jak wieko trumny, odczuwała przedziwny spokój. Chowała się za sojuszami z Madame Fontaine, Dantem, za wszystkimi zbirami z półświatka. Chowała się za plecami Baldwina, który potrafił zadbać o nią jak nikt inny. Chowała się w jego głowie, chwytała jego dłoni, gdy wędrowała podziemnymi korytarzami. Wreszcie, chowała się w sercu Maeve. W jedynym miejscu na świecie, w którym nie mogło ją spotkać nic złego.
Nie było bardziej, kurwa, zapobiegliwej osoby niż Lorraine Malfoy, która ubezpieczała się na absolutnie każdym kroku. Bo chociaż nie musiała się bać, mając wokół siebie tak wielu, którzy wstawiliby się za nią bez wahania... Uważała, że należy się bać. Podobnie jak bojaźń boża była cnotą, tak jej zapobiegliwość była wyrazem rozwagi. Może dlatego właśnie Lorraine mogła swobodnie poruszać się tak po Nokturnie, jak i po Ścieżkach. Była kimś godnym szacunku, bo wiedziała, jak ten szacunek wzbudzać. Nigdy nie spuszczała gardy. Nie robiła głupstw. Nie wystawiała się na niepotrzebne niebezpieczeństwo. "Może powinnam zapytać, kto z nas jest bezpieczny?", pytała Josephine. Przypominała jej w tym momencie Mirandę u schyłku życia. Wtedy, gdy opętana paranoją, a jednak zbyt słaba, aby czarować, nie dopuszczała do siebie nikogo, czyjego umysłu nie dotknęła mocą legilimencji. Przestała widywać się z ludźmi, wierząc, że wszyscy żywią wobec niej złe zamiary. Na przemian pogrążała się to w apatii, to w panice, powtarzając, że nikomu nie można ufać. Jakże straszliwie było patrzeć na jej dumną twarz, wykrzywioną strachem lepkim jak przepocona pościel, którą zmieniała Lorraine. Jak gdyby bała się, że udusi ją poduszką. Przecież nie odczytawszy myśli przybranej córki, nie mogła mieć pewności. Jakże straszliwie było patrzeć, jak pogrąża się w swym szaleństwie. Nie miała przecież powodu, żeby bać się Lorraine. Lorraine, która zawsze patrzyła na nią z miłością.
Lorraine nie potrafiła nie widzieć Mirandy w Josephine. Josephine nie potrafiła nie widzieć Raphaeli w Lorraine. Córki i matki, matki i córki. Nie rozdarły może swych łon, ale rozdarły serca. Być może to wystarczyło, żeby być matką. Być może to wystarczyło, żeby być córką. Tak jak ziemia rozdziera bijące w nią w przyboju morze, sama będąc rozdzieraną, pomyślała Lorraine, wsłuchując się w grzmiącą za oknami wodną kipiel. Nie potrafiła się bać. Nie, gdy otaczał ją wszem i wobec huk fal rozbijających się o brzeg. Bliskość wody wystarczyła, aby Lorraine zachowała spokój.
– Czy tata chciałby, żebyśmy wisieli w galerii sztuki? – spytała, jak gdyby lekko zmieszana słowami Josephine. – Sam prędzej by ją podpalił. Nie po to, żeby kogoś skrzywdzić. Po prostu nie zniósłby myśli, że sztukę można zamknąć, że można ją ograniczyć. Jak go znam... A chcę myśleć, że znałam swojego ojca, spaliłby swoje własne prace, a sztuką nazwał ulatujący z nich dym. Wdychałby go jak święte kadzidło, a potem nazwałby się prorokiem pośród popiołów. Ale wystarczyłoby przecież dodać wodę i spoiwo, aby popiół przemienić w atrament. – Wtuliła się mocniej w Josephine, nie chcąc, aby ciotka wypuściła ją nagle ze swych objęć. Głos jej był czułym, nieskończenie czułym. – Nie mów o końcu świata, ciociu. Powiedz lepiej, jak go opisać, żebyśmy mogły wznieść się ku niebiosom, wolne jak dym. Więc grozi ci ta sama osoba, która napadła na Raphaelę? Kto?