06.04.2026, 15:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2026, 15:59 przez Alexander Mulciber.)
– Nie płacz – burknął cicho – nie można, gdy gargulki patrzą. – Jak gdyby nigdy nic zasadził swoje ciemne okulary na nosek Jahnavi. Przechylił przy tym lekko głowę, udając, że ocenia, jak się w nich prezentuje. Oględziny musiały wypaść pomyślnie, bo kąciki ust Alexandra uniosły się w lekkim uśmiechu. Na swój sposób próbował widać rozweselić siedzącą obok kobietę. – Nie podważaj ich bitewnego morale, kapitanie. – Mówił tak do niej czasem, odkąd opowiedziała mu o swych przygodach na morzu. Monotonia jego tonu przypominała bezwietrzne pasmo morskiej ciszy, nie chciał jednak wzbudzić w niej grozy. Nawet na moment nie podniósł głosu. Niezwruszony był jego spokój. W końcu nie miał złych zamiarów. Chciał tylko troszeczkę nastraszyć irytujących współgraczy zasiadłych po przeciwnej stronie stołu. W przeciwieństwie do Navi niewiele dbał o większość ludzi wokół siebie. Nie znajdował powodów, żeby być miłym dla kompletnie obcych. Po prawdzie, nawet dla bliskich rzadko kiedy był takim. Wyroki przeznaczenia mało komu były miłymi, więc wyrocznia, która je wypowiadała, nie powinna dawać takiego wrażenia. Może dlatego Alexander nie przejął się wcale, że mógł zostać uznanym za gbura. W końcu był jasnowidzem. Zawsze roztaczał wokół siebie tę specyficzną aurę inności. Niepokojące miał wejrzenie, coś apokaliptycznego czaiło się na dnie niebieskich ślepi. Przyzwyczajony był do tego, że wszyscy wokół uznają słowa jego profecji za świętość. Nie znosił, gdy wróżbici pokroju Vakela Dolohova sprzedawali swoje talenta masom, profanując misterium daru widzenia marketingowymi sztuczkami, a naukę obracając w towar, którzy można sprzedać. Kiedyś doceniał to, że popularyzuje się sztukę dywinacji, teraz odnosił się z większym sceptycyzmem do podobnych praktyk. Zwłaszcza, gdy deprecjonowano dokonania jego przodków, jarmarcznymi sztuczkami nazywając arkana cygańskiej magii. Jakże wielkim przywilejem było, że nie musiał nigdy wróżyć za pieniądze. Cyganie zmuszeni byli kupczyć swymi darami, nigdy jednak nie wróżyli za złoto tym, z którymi łączyły ich więzy krwi. Wróżby świadczone za pieniądze były niczym. Może dlatego tak bardzo lubił, gdy wróżyła mu Navi. Wróżba była darem, który nie oczekiwał wzajemności innej niż wiara. Wzajemność... To nigdy nie było dla Alexa łatwym. Zmarszczeniem brwi przyjmował zachowanie Navi, która witała się uprzejmie ze wszystkim napotkanymi we wnętrzu Dziurawego Kotła. Nie rozumiał, po co to robiła. Większość ludzi z absolutną obojętnością podchodziło do wszystkich, których napotykali na swej drodze. Znał przecież ich intencje. Wiedział, kiedy udają, zawsze kuło to jednak, gdy wytykał im hipokryzję. Alex nie udawał. Ale Navi... Navi też nie udawała. Na początku nie chciało mu się w to wierzyć. Na początku chciał nazwać to naiwnością, ale Navi nie była naiwna.
Może tylko trochę, przemknęło mu przez głowę. Tylko gdy chodziło o niego.
Alexander przewrócił niegrzecznie oczami, gdy Jahnavi uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco, próbując zamaskować swój smutek. Nawet z okularami przeciwsłonecznymi przesłaniającymi jej twarz, widać było, że jest nieswoja. No ale po co te łzy, chciał powiedzieć Alexander, ale zamiast tego bez słowa wyjął z dłoni Jahnavi woreczek, w którym trzymała gargulki. A bo to jego wina była, że gargulek się rozpadł?! Kto by pomyślał, że ten debil w kapeluszu może mieć taki twardy łeb. Normalnie mokry sen frenologa, pomyślał z niesmakiem Alex, obejmując Navi ramieniem, tak, aby mogła patrzeć, jak naprawia nieszczęsnego gargulka. Dobrze, że to zrobił, bo niechybnie podskoczyłaby do góry na okrzyk bojowy tego pajaca, który wcześniej wcinał kurczaki w kubełku. "Nie lękaj się!", wrzasnął na cały pub, ściągając spojrzenia innych zawodników w stronę ich stolika, ale Alex niespecjalnie się tym zamieszaniem przejął. Siedział ze spuszczoną głową, majstrując różdżką przy gargulku, zdmuchnąwszy tylko włosy, które opadły mu na twarz, przeszkadzając w pracy.
W tym czasie facecik z fedorą (który odzyskał kapelusz, po tym jak zamiatający akurat podłogę Finn uczynnie podał mu niechlujne nakrycie głowy, zamiast wyrzucić je na zmiotce do śmieci), widząc wolę walki, jaka obudziła się w jego towarzyszu, na nowo odzyskał zapał, jaki zgasił w nim wcześniej gburowaty typ, zasiadający po przeciwnej stronie planszy. Chociaż teraz widział trzech typów, bo nieco kręciło mu się w głowie, o którą rozłupał się gargulek laski naprzeciwko. O, lepiej byłoby patrzeć na laskę. Trzy laski to o wiele lepiej niż trzech typów! Może nawet któraś zechciałaby dać mu całusa, gdyby otrzymał tytuł czempiona. Nie był samolubny, więc wspaniałomyślnie uznał, że z trzema laskami, to całusów starczy i dla niego, i dla jego kolegi. A niechby już i ten cham naprzeciwko dostał swój przydział! Ale nie, nie po tym, jak strącił mu z głowy kapelusz. Ta zniewaga wymagała krwi... To znaczy, gargulków. A teraz gbur nawet nie patrzył w jego stronę, nie przepraszał, tylko mizdrzył się do swojej panny, naprawiając jej potłuczonego gargulka, jak gdyby to była jaka znowu wielka rzecz. Mężczyzna zerwał się na równe nogi, skłonił się, zamierzał wykonać bowiem swój popisowy numer. Podniósł fedorę, która spadła mu, gdy się kłaniał... I wykonał rzut.
Oto nastąpiła jego wielka chwila chwały. Wyrównał rachunki. Sprawił, że wraz z kolegą wygrali mecz... Nie, żeby było to takie znowu trudne, skoro grali z amatorami. Dobra passa sprzyjała im przez resztę turnieju, chociaż mieli momenty zawahania, kiedy zmuszeni byli ocierać spływające potem czoła chusteczką podarowaną im przez Navi. Chusteczka, na której wyszyto wylatujące z ula pszczółki niewątpliwie przyniosła im pomyślność, została zresztą zatknięta za rondem fedory, gdy mężczyźni odbierali nagrodę główną. Nie był nią jednak całus od Navi, choć i tej nie zabrakło w tłumie oklaskujących ich zawodników. Alex oczywiście nie klaskał. Nie mógł klaskać, wzruszył ramionami, gdy Navi spojrzała na niego karcąco. W końcu w jednej ręce trzymał głupią nagrodę pocieszenia, jaką był mały, pluszowy gargulek, a drugą... Drugą obejmował stojącą obok Navi. Trudniej było jednak wyjaśnić, dlaczego nie patrzył na scenę, tylko na nią, zatopiony w myślach, do których nie miała dostępu.
!BINGO A2
Może tylko trochę, przemknęło mu przez głowę. Tylko gdy chodziło o niego.
Alexander przewrócił niegrzecznie oczami, gdy Jahnavi uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco, próbując zamaskować swój smutek. Nawet z okularami przeciwsłonecznymi przesłaniającymi jej twarz, widać było, że jest nieswoja. No ale po co te łzy, chciał powiedzieć Alexander, ale zamiast tego bez słowa wyjął z dłoni Jahnavi woreczek, w którym trzymała gargulki. A bo to jego wina była, że gargulek się rozpadł?! Kto by pomyślał, że ten debil w kapeluszu może mieć taki twardy łeb. Normalnie mokry sen frenologa, pomyślał z niesmakiem Alex, obejmując Navi ramieniem, tak, aby mogła patrzeć, jak naprawia nieszczęsnego gargulka. Dobrze, że to zrobił, bo niechybnie podskoczyłaby do góry na okrzyk bojowy tego pajaca, który wcześniej wcinał kurczaki w kubełku. "Nie lękaj się!", wrzasnął na cały pub, ściągając spojrzenia innych zawodników w stronę ich stolika, ale Alex niespecjalnie się tym zamieszaniem przejął. Siedział ze spuszczoną głową, majstrując różdżką przy gargulku, zdmuchnąwszy tylko włosy, które opadły mu na twarz, przeszkadzając w pracy.
W tym czasie facecik z fedorą (który odzyskał kapelusz, po tym jak zamiatający akurat podłogę Finn uczynnie podał mu niechlujne nakrycie głowy, zamiast wyrzucić je na zmiotce do śmieci), widząc wolę walki, jaka obudziła się w jego towarzyszu, na nowo odzyskał zapał, jaki zgasił w nim wcześniej gburowaty typ, zasiadający po przeciwnej stronie planszy. Chociaż teraz widział trzech typów, bo nieco kręciło mu się w głowie, o którą rozłupał się gargulek laski naprzeciwko. O, lepiej byłoby patrzeć na laskę. Trzy laski to o wiele lepiej niż trzech typów! Może nawet któraś zechciałaby dać mu całusa, gdyby otrzymał tytuł czempiona. Nie był samolubny, więc wspaniałomyślnie uznał, że z trzema laskami, to całusów starczy i dla niego, i dla jego kolegi. A niechby już i ten cham naprzeciwko dostał swój przydział! Ale nie, nie po tym, jak strącił mu z głowy kapelusz. Ta zniewaga wymagała krwi... To znaczy, gargulków. A teraz gbur nawet nie patrzył w jego stronę, nie przepraszał, tylko mizdrzył się do swojej panny, naprawiając jej potłuczonego gargulka, jak gdyby to była jaka znowu wielka rzecz. Mężczyzna zerwał się na równe nogi, skłonił się, zamierzał wykonać bowiem swój popisowy numer. Podniósł fedorę, która spadła mu, gdy się kłaniał... I wykonał rzut.
Oto nastąpiła jego wielka chwila chwały. Wyrównał rachunki. Sprawił, że wraz z kolegą wygrali mecz... Nie, żeby było to takie znowu trudne, skoro grali z amatorami. Dobra passa sprzyjała im przez resztę turnieju, chociaż mieli momenty zawahania, kiedy zmuszeni byli ocierać spływające potem czoła chusteczką podarowaną im przez Navi. Chusteczka, na której wyszyto wylatujące z ula pszczółki niewątpliwie przyniosła im pomyślność, została zresztą zatknięta za rondem fedory, gdy mężczyźni odbierali nagrodę główną. Nie był nią jednak całus od Navi, choć i tej nie zabrakło w tłumie oklaskujących ich zawodników. Alex oczywiście nie klaskał. Nie mógł klaskać, wzruszył ramionami, gdy Navi spojrzała na niego karcąco. W końcu w jednej ręce trzymał głupią nagrodę pocieszenia, jaką był mały, pluszowy gargulek, a drugą... Drugą obejmował stojącą obok Navi. Trudniej było jednak wyjaśnić, dlaczego nie patrzył na scenę, tylko na nią, zatopiony w myślach, do których nie miała dostępu.
!BINGO A2
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat