06.04.2026, 23:36 ✶
Jakże łatwym było mówić o językach człowiekowi, który posiadł je wszystkie na własność. Alexander odwrócił wzrok od Anthony'ego, odpuszczając dalszą dyskusję. Przecież to wszystko nie miało sensu. Był tutaj przez wzgląd na nią, pomyślał, otrząsnąwszy się z odrętwienia dopiero wtedy, gdy Lorien zanurzyła palce w jego włosach. Tylko na nią. Nie czerpał żadnej przyjemności z tej dyskusji. Intelektualne dysputy od dawna prowadził już z przyzwyczajenia wyłącznie, nie z pasji.
Włoski był dla Lorien tym, czym dla niego był romski.
To jest nasz język, powtarzała mu zawsze matka, język, który chcieli nam odebrać, bo wtedy odebraliby nam to, kim jesteśmy. Bo język u Romów zawsze był świętością. Jego znajomość warunkowała przynależność. Warunkowała tożsamość. Wcale w nie tak zamierzchłych czasach można było stracić język, jeżeli posługiwało się nim jawnie. A więc uczyniono z niego sekret. Dziedzictwo strzeżone tak samo pilnie jak nadane przez matkę imię, którego prawdziwego brzmienia nie zdradzało się przecież nikomu. Alexander nigdy nawet nie poznał swojego. Wątpił, żeby matka wciąż o nim pamiętała.
Może tak było lepiej.
Może dlatego za najbliższe świętości uznawał milczenie.
– Mangav tut te aves khere anglal o kham te perel. Me kamav tut – powiedział po cygańsku Alexander, sunąc wzrokiem po twarzy Lorien, jak gdyby czegoś w niej szukał. Musiał to znaleźć, bo kąciki ust drgnęły mu jak do uśmiechu. Ścisnął delikatnie jej dłoń zanim odeszła. Dwoje ludzi, mówiących do siebie językami, których nie potrafili zrozumieć. A jednak pewne frazy, powtarzane przez lata, stały się wystarczająco utartymi, żeby im to nie przeszkadzało. Być może nigdy im to nie przeszkadzało. Być może pewnych rzeczy nie dało się tak po prostu zrozumieć, nawet jeżeli znało się wszystkie języki świata. Być może lepiej, jeżeli pozostały niewypowiedzianymi.
Odprowadził Anthony'ego i Lorien w stronę wyjścia na taras, obracając ostatni z paciorków między palcami. Kiwnął obojgu głową na pożegnanie. Nie wyszedł do ogrodu zalanego słońcem. Przez chwilę tylko trwał oparty o framugę drzwi tarasowych, przyglądając się, jak spacerują, aby samemu zniknąć w zacienionym wnętrzu domostwa.
Włoski był dla Lorien tym, czym dla niego był romski.
To jest nasz język, powtarzała mu zawsze matka, język, który chcieli nam odebrać, bo wtedy odebraliby nam to, kim jesteśmy. Bo język u Romów zawsze był świętością. Jego znajomość warunkowała przynależność. Warunkowała tożsamość. Wcale w nie tak zamierzchłych czasach można było stracić język, jeżeli posługiwało się nim jawnie. A więc uczyniono z niego sekret. Dziedzictwo strzeżone tak samo pilnie jak nadane przez matkę imię, którego prawdziwego brzmienia nie zdradzało się przecież nikomu. Alexander nigdy nawet nie poznał swojego. Wątpił, żeby matka wciąż o nim pamiętała.
Może tak było lepiej.
Może dlatego za najbliższe świętości uznawał milczenie.
– Mangav tut te aves khere anglal o kham te perel. Me kamav tut – powiedział po cygańsku Alexander, sunąc wzrokiem po twarzy Lorien, jak gdyby czegoś w niej szukał. Musiał to znaleźć, bo kąciki ust drgnęły mu jak do uśmiechu. Ścisnął delikatnie jej dłoń zanim odeszła. Dwoje ludzi, mówiących do siebie językami, których nie potrafili zrozumieć. A jednak pewne frazy, powtarzane przez lata, stały się wystarczająco utartymi, żeby im to nie przeszkadzało. Być może nigdy im to nie przeszkadzało. Być może pewnych rzeczy nie dało się tak po prostu zrozumieć, nawet jeżeli znało się wszystkie języki świata. Być może lepiej, jeżeli pozostały niewypowiedzianymi.
Odprowadził Anthony'ego i Lorien w stronę wyjścia na taras, obracając ostatni z paciorków między palcami. Kiwnął obojgu głową na pożegnanie. Nie wyszedł do ogrodu zalanego słońcem. Przez chwilę tylko trwał oparty o framugę drzwi tarasowych, przyglądając się, jak spacerują, aby samemu zniknąć w zacienionym wnętrzu domostwa.
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat