13.03.2023, 22:56 ✶
- Dlatego po prostu przyjdź tutaj - powiedziała Florence lakonicznie. Z dwojga złego wolała, aby wampir kręcił się w szpitalu pełnym czarodziei, nie w szpitalu pełnym mugoli.
Obserwowała Brandona i Sarah, kiedy zajmowali się uzupełnieniem papierów. Stała niemal w bezruchu, krzyżując ramiona na klatce piersiowej, zdecydowana dopilnować, aby wszystko zakończyło się szczęśliwie, zanim przejdzie na izbę przyjęć, by sprawdzić kilka rzeczy i temu i owemu Rzucić Spojrzenie Pełne Dezaprobaty.
- Wyglądał pan na chorego. Martwienie się o chorych to mój obowiązek - odparła krótko na słowa Codyego. W końcu skąd miała wiedzieć, że nieoddychanie jest dla niego stanem naturalnym? - Powinien spróbować pan pić krew swojej dawnej grupy. To powinno zredukować szansę osłabienia - dodała jeszcze. Nie, nie miała pojęcia, że niechęć wobec niej może wynikać z nazwiska. Stawiała na ogólną wściekłość na świat młodego wampira. Matkę Cody'ego rodzice musieli oddać najmniej trzydzieści lat temu. Jeżeli Florence nawet ją poznała, nie było szans, aby jakikolwiek obraz dziewczynki zachował się w pamięci młodszej Bulstrode - która wtedy w najlepszym wypadku uczyła się stawiać pierwsze kroki.
Brwi magomedyczki powędrowały w górę, kiedy wręczył jej kartonik. Oczywiście, była podejrzliwa. Rozwinęła kartkę, kiedy tylko Brandon znikł za progiem.
Mogłaby za nim pobiec, nie zrobiła tego jednak. Coś takiego nie byłoby w stylu Florence.
- Hm - mruknęła tylko do siebie, zanim bardzo starannie złożyła kartkę i wsunęła ją do kieszeni.
Na pewno nikt, kto by ją obserwował, nie potrafiłby stwierdzić, czy wiadomość ją poruszyła i czy dała wiarę w jakiekolwiek spokrewnienie z jakimś wampirem. Bo spokojnie obróciła się na pięcie i ruszyła na izbę przyjęć: dokładnie tak, jak zaplanowała.
Obserwowała Brandona i Sarah, kiedy zajmowali się uzupełnieniem papierów. Stała niemal w bezruchu, krzyżując ramiona na klatce piersiowej, zdecydowana dopilnować, aby wszystko zakończyło się szczęśliwie, zanim przejdzie na izbę przyjęć, by sprawdzić kilka rzeczy i temu i owemu Rzucić Spojrzenie Pełne Dezaprobaty.
- Wyglądał pan na chorego. Martwienie się o chorych to mój obowiązek - odparła krótko na słowa Codyego. W końcu skąd miała wiedzieć, że nieoddychanie jest dla niego stanem naturalnym? - Powinien spróbować pan pić krew swojej dawnej grupy. To powinno zredukować szansę osłabienia - dodała jeszcze. Nie, nie miała pojęcia, że niechęć wobec niej może wynikać z nazwiska. Stawiała na ogólną wściekłość na świat młodego wampira. Matkę Cody'ego rodzice musieli oddać najmniej trzydzieści lat temu. Jeżeli Florence nawet ją poznała, nie było szans, aby jakikolwiek obraz dziewczynki zachował się w pamięci młodszej Bulstrode - która wtedy w najlepszym wypadku uczyła się stawiać pierwsze kroki.
Brwi magomedyczki powędrowały w górę, kiedy wręczył jej kartonik. Oczywiście, była podejrzliwa. Rozwinęła kartkę, kiedy tylko Brandon znikł za progiem.
Mogłaby za nim pobiec, nie zrobiła tego jednak. Coś takiego nie byłoby w stylu Florence.
- Hm - mruknęła tylko do siebie, zanim bardzo starannie złożyła kartkę i wsunęła ją do kieszeni.
Na pewno nikt, kto by ją obserwował, nie potrafiłby stwierdzić, czy wiadomość ją poruszyła i czy dała wiarę w jakiekolwiek spokrewnienie z jakimś wampirem. Bo spokojnie obróciła się na pięcie i ruszyła na izbę przyjęć: dokładnie tak, jak zaplanowała.
Koniec sesji