08.04.2026, 16:53 ✶
Nigdy nie sposób było być pewnym młodych mężczyzn obdarzonych temperamentem podobnym temu młodego Lestrange’a. Bywali zarozumiali, nadmiernie pewni siebie, wrażliwi na krytykę — a jednak Louvain przyznał pani Mulciber rację, co usposobiło do niego staruchę nieco przychylniej. Niechże dowodem onej przychylności będzie chociażby to, jak skinęła głową w geście pochwały, gdy padło sformułowanie o Ministerstwie czyniącym z obywateli zakładników walki. Był to doprawdy obiecujący kierunek.
Wiele zdań, które wypowiedział Louvain Lestrange przypominało to, o czym sama Philomena pisała od dekad. Dołączenie do projektu Pax Magicka w tym kształcie byłoby więc naturalną kontynuacją jej prac; nie zmieniłoby ich toru.
— I czyż mugolacy nie są w rzeczy samej zaczątkiem wszelkich problemów? Ubolewam od lat nad tym, że kwestia mugolacka nie zyskuje wystarczającego posłuchu. Tak długo, jak ci ludzie funkcjonują na równych nam prawach, tak długo nie będzie to kwestia podkreślona wystarczająco. — Przytaknęła mu w tonie takim, jakby publiczne wskazywanie mugolaków jako źródła wszelkich problemów nie było żadną taktyką polityczną, a jedyną słuszną drogą.
Philomena Mulciber była wyrachowana i wszystkie słowa obliczała na zysk polityczny, również te słowa o panoszących się po magicznej Anglii szlamach. Pod tą wykalkulowaną linią programową w szczerości serca nimi pogardzała i nienawidziła tych poślednich istot wartych niewiele więcej niż skrzaty domowe. Widziałaby oba te gatunki w tym samym miejscu: zniewolone pod podłogą jej lśniącej kancelarii, wypuszczane jedynie nocą do najniewdzięczniejszej pracy. Wtedy może mugolactwo poznałoby wartość czystokrwistych czarodziejów. Mugolacy rzuceni na kolana, odarci ze skandalicznego poczucia, że są pod jakimkolwiek kątem równi czarodziejom takim jak Philomena Mulciber. Nie byli równi. Nie będą równi.
Absolutnie nie wierzyła, że mugolactwo stanowi zagrożenie, mimo że zarzekała się o tym na niezliczonych stronicach swoich artykułów. Mugolactwo było zwyczajnie odrażające i nie powinno być dla tej szarańczy miejsca przy czarodziejskim stole.
Projekt Louvaina w tym kształcie był więc czymś więcej niż strategią polityczną — był kolejnym sposobem, aby karaluchy dognieść butem do ziemi.
— Wojny nie ustają wraz z ustaniem ich przyczyn — zauważyła spokojnie Mulciberowa, uważniej przyglądając się reakcji Lestrange’a na to stwierdzenie. — Z pewnością nie tych przyczyn, jakie wodzowie na wojnach mienią swoimi celami. Manifest Voldemorta to nic więcej niż chorągiew, którą on powiewa, aby zwabić myślących podobnie. Choćbyśmy bowiem spełnili jego manifest co do litery, wojna nie ustanie tak długo, jak długo ten człowiek nie otrzyma władzy bądź nie zostanie rozbity. Mam nadzieję, że jest pan tego świadom. — To powiedziawszy, starucha schyliła na moment głowę, aby odnotować coś krótko w dzienniku leżącym na biurku. — Skoro mamy między sobą porozumienie na tej płaszczyźnie — powróciła spojrzeniem do Louvaina, odkładając pióro — pana nowe motto jest, panie Lestrange, dobre. Przez porządek ku pokojowi. Nie będzie pokoju, jeśli nie poukładamy pierwej społecznego ładu w sposób właściwy. Nie ma możliwości, aby Ministerstwo w obecnym kształcie poradziło sobie z kryzysem. Nie będzie natomiast powodów, aby podążać drogą krwawej rebelii, jeśli przemiana dokona się pokojowo. Kto, szanowni państwo, będzie dołączał do zamachu na swój własny dom, kiedy ów dom jest pod jego wyłączną opieką? — Ostatnie pytanie Philomena zwróciła uroczystym tonem niby do niewidzialnej publiki.
Nie obiecywali w tym bezpośredniego pokonania Voldemorta. Nie obiecywali również uznania jego władzy. Głosili jedynie, że nie będzie nikogo wśród nich, czystokrwistych elit, kto by miał chętkę niszczyć ustrój, jeśli przywrócone zostaną dawne układy. To złudzenie kompromisu Philomena była gotowa rozgłosić pod swoim nazwiskiem.
Gdy Louvain wysunął wreszcie oficjalną propozycję, mecenas Mulciber patrzyła nań z właściwą sobie wyższością — miała moc uczynić mu przysługę. Starej nienawistnej jędzy nie pozostało już wiele więcej niż ta wyższość. Jej niegdysiejszego piękna można było już tylko poszukiwać na zdjęciach w archiwach bądź w wyjątkowo barwnej wyobraźni. Została po pięknej kobiecie starucha, której opadały powieki, skóra na szyi wisiała, włosy się przerzedziły. Nie łaknęła już więcej bogactw — życia by jej nie starczyło, aby zużyć to, co zdążyła nagromadzić. Na skinienie palca miała dowolne luksusy. Nie goniła za sławą, gdy niemal wszyscy czarodzieje Londynu znali imię Philomeny Mulciber, nawet jeśli nie budziło ono w nich pozytywnych skojarzeń. Jedyne, czego wciąż łaknęła, to wyższość i władza. Ambicja tego, aby nie tylko swoje prywatne włości ułożyć po swojemu, lecz całemu Londynowi narzucić swój program.
I kimże miał być jej wspólnik? Buńczucznym dzieciakiem, na którym trudno było polegać. Dziś przyznał jej rację, lecz czy przyzna ją i jutro? Gdyby tylko jednak zdołała go pokierować i przejąć nad projektem wystarczająco dużą kontrolę — to mogłoby być dla niej samej oraz rodu Mulciber korzystne.
— Z przyjemnością przyjmę pana ofertę. O ile, to oczywista, w szczegółowym planie projektu nie wynajdę uchybień. Pozostaję tymczasem dobrej myśli, jako że wierzę w pana oddanie właściwej idei — rzekła wreszcie łaskawie, pieczętując wstępnie ich umowę. — Niechby był pan jedynie łaskaw zdradzić mi jedną jeszcze rzecz, panie Lestrange. — W głosie Philomeny pojawił się cień autentycznego zaciekawienia. — Jaka jest w tym przedsięwzięciu pańska rola? Jest pan twarzą Pax Magicka czy cichym właścicielem widniejącym wyłącznie w dokumentach? Czyżby zatęsknił pan za światłem reflektorów i planował rozpocząć karierę w polityce?
Wiele zdań, które wypowiedział Louvain Lestrange przypominało to, o czym sama Philomena pisała od dekad. Dołączenie do projektu Pax Magicka w tym kształcie byłoby więc naturalną kontynuacją jej prac; nie zmieniłoby ich toru.
— I czyż mugolacy nie są w rzeczy samej zaczątkiem wszelkich problemów? Ubolewam od lat nad tym, że kwestia mugolacka nie zyskuje wystarczającego posłuchu. Tak długo, jak ci ludzie funkcjonują na równych nam prawach, tak długo nie będzie to kwestia podkreślona wystarczająco. — Przytaknęła mu w tonie takim, jakby publiczne wskazywanie mugolaków jako źródła wszelkich problemów nie było żadną taktyką polityczną, a jedyną słuszną drogą.
Philomena Mulciber była wyrachowana i wszystkie słowa obliczała na zysk polityczny, również te słowa o panoszących się po magicznej Anglii szlamach. Pod tą wykalkulowaną linią programową w szczerości serca nimi pogardzała i nienawidziła tych poślednich istot wartych niewiele więcej niż skrzaty domowe. Widziałaby oba te gatunki w tym samym miejscu: zniewolone pod podłogą jej lśniącej kancelarii, wypuszczane jedynie nocą do najniewdzięczniejszej pracy. Wtedy może mugolactwo poznałoby wartość czystokrwistych czarodziejów. Mugolacy rzuceni na kolana, odarci ze skandalicznego poczucia, że są pod jakimkolwiek kątem równi czarodziejom takim jak Philomena Mulciber. Nie byli równi. Nie będą równi.
Absolutnie nie wierzyła, że mugolactwo stanowi zagrożenie, mimo że zarzekała się o tym na niezliczonych stronicach swoich artykułów. Mugolactwo było zwyczajnie odrażające i nie powinno być dla tej szarańczy miejsca przy czarodziejskim stole.
Projekt Louvaina w tym kształcie był więc czymś więcej niż strategią polityczną — był kolejnym sposobem, aby karaluchy dognieść butem do ziemi.
— Wojny nie ustają wraz z ustaniem ich przyczyn — zauważyła spokojnie Mulciberowa, uważniej przyglądając się reakcji Lestrange’a na to stwierdzenie. — Z pewnością nie tych przyczyn, jakie wodzowie na wojnach mienią swoimi celami. Manifest Voldemorta to nic więcej niż chorągiew, którą on powiewa, aby zwabić myślących podobnie. Choćbyśmy bowiem spełnili jego manifest co do litery, wojna nie ustanie tak długo, jak długo ten człowiek nie otrzyma władzy bądź nie zostanie rozbity. Mam nadzieję, że jest pan tego świadom. — To powiedziawszy, starucha schyliła na moment głowę, aby odnotować coś krótko w dzienniku leżącym na biurku. — Skoro mamy między sobą porozumienie na tej płaszczyźnie — powróciła spojrzeniem do Louvaina, odkładając pióro — pana nowe motto jest, panie Lestrange, dobre. Przez porządek ku pokojowi. Nie będzie pokoju, jeśli nie poukładamy pierwej społecznego ładu w sposób właściwy. Nie ma możliwości, aby Ministerstwo w obecnym kształcie poradziło sobie z kryzysem. Nie będzie natomiast powodów, aby podążać drogą krwawej rebelii, jeśli przemiana dokona się pokojowo. Kto, szanowni państwo, będzie dołączał do zamachu na swój własny dom, kiedy ów dom jest pod jego wyłączną opieką? — Ostatnie pytanie Philomena zwróciła uroczystym tonem niby do niewidzialnej publiki.
Nie obiecywali w tym bezpośredniego pokonania Voldemorta. Nie obiecywali również uznania jego władzy. Głosili jedynie, że nie będzie nikogo wśród nich, czystokrwistych elit, kto by miał chętkę niszczyć ustrój, jeśli przywrócone zostaną dawne układy. To złudzenie kompromisu Philomena była gotowa rozgłosić pod swoim nazwiskiem.
Gdy Louvain wysunął wreszcie oficjalną propozycję, mecenas Mulciber patrzyła nań z właściwą sobie wyższością — miała moc uczynić mu przysługę. Starej nienawistnej jędzy nie pozostało już wiele więcej niż ta wyższość. Jej niegdysiejszego piękna można było już tylko poszukiwać na zdjęciach w archiwach bądź w wyjątkowo barwnej wyobraźni. Została po pięknej kobiecie starucha, której opadały powieki, skóra na szyi wisiała, włosy się przerzedziły. Nie łaknęła już więcej bogactw — życia by jej nie starczyło, aby zużyć to, co zdążyła nagromadzić. Na skinienie palca miała dowolne luksusy. Nie goniła za sławą, gdy niemal wszyscy czarodzieje Londynu znali imię Philomeny Mulciber, nawet jeśli nie budziło ono w nich pozytywnych skojarzeń. Jedyne, czego wciąż łaknęła, to wyższość i władza. Ambicja tego, aby nie tylko swoje prywatne włości ułożyć po swojemu, lecz całemu Londynowi narzucić swój program.
I kimże miał być jej wspólnik? Buńczucznym dzieciakiem, na którym trudno było polegać. Dziś przyznał jej rację, lecz czy przyzna ją i jutro? Gdyby tylko jednak zdołała go pokierować i przejąć nad projektem wystarczająco dużą kontrolę — to mogłoby być dla niej samej oraz rodu Mulciber korzystne.
— Z przyjemnością przyjmę pana ofertę. O ile, to oczywista, w szczegółowym planie projektu nie wynajdę uchybień. Pozostaję tymczasem dobrej myśli, jako że wierzę w pana oddanie właściwej idei — rzekła wreszcie łaskawie, pieczętując wstępnie ich umowę. — Niechby był pan jedynie łaskaw zdradzić mi jedną jeszcze rzecz, panie Lestrange. — W głosie Philomeny pojawił się cień autentycznego zaciekawienia. — Jaka jest w tym przedsięwzięciu pańska rola? Jest pan twarzą Pax Magicka czy cichym właścicielem widniejącym wyłącznie w dokumentach? Czyżby zatęsknił pan za światłem reflektorów i planował rozpocząć karierę w polityce?
głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia